Foto: ASO/Alex Broadway

To był… dziwny rok.

Gdyby ktoś chciał kiedyś znaleźć dowód na pokrętną logikę naszych czasów, to rok 2019
nadawałby się do tej roli idealnie.

Pod względem intensywności sportowych wrażeń chyba nie mamy powodów do narzekania.
Dostaliśmy całkiem sporo emocjonujących imprez, z wieloma nieoczywistymi rozstrzygnięciami. Bo czy ktoś się spodziewał chociażby zwycięstwa Alberto Bettiola we
Flandrii? Richarda Carapaza w Giro? Madsa Pedersena w mistrzostwach świata? Czy ktoś był gotów zakładać się przed Tour de France, że Julian Alaphilippe przejedzie 2/3 Wielkiej Pętli w żółtej koszulce? Ktoś obstawiał ponad 100-kilometrową samotną ucieczkę Annemiek Van Vleuten po tęczę? A przecież takich sytuacji mieliśmy w tym roku znacznie więcej.
Z drugiej strony: w tym samym roku, który właściwie bez ograniczeń sycił kolarskich kibiców emocjami, w oczy coraz większej liczby zespołów zaczęło zaglądać widmo braku sponsorów.

Dla kilku drużyn rok 2019 był ostatnim rokiem ich funkcjonowania. Z kalendarza zniknie też
kilka wyścigów. Co poszło nie tak? Czy to aby na pewno wyłącznie błędy w zarządzaniu?
Również na naszym podwórku był to rok przedziwnych paradoksów. Dwa szóste miejsca
Rafała Majki w dwóch wielkich tourach – drugi taki przypadek w naszej historii, pierwszy od
26 lat – duża część polskich kibiców uznała za… porażkę. Trudno to nawet zgrabnie
spuentować…

W mateczniku kolarskiej federacji, która „związek” ze sportem ma już chyba wyłącznie w
nazwie, zorganizowano – formalnie bez jej udziału – jedną z najważniejszych imprez
sportowych, jakie w tym roku odbyły się w naszym kraju. Torowe mistrzostwa świata
zrealizowano z sukcesem nie tylko pod względem organizacyjnym i sportowym, ale również
finansowym, co tylko pokazuje, że jeśli zaangażuje się do pracy odpowiednich ludzi, to
niemożliwe staje się całkiem realne. Nawet w miejscu, które nieudolność ma wpisane w
DNA.

Ale wniosków nikt z tego nie wyciągnął (do czego w sumie zdążyliśmy już przywyknąć) i kilka miesięcy po całkiem udanej imprezie wybrano nowy zarząd, na którego liście sukcesów trudno szukać – poza samym wyborem – jakiejkolwiek innej pozycji. Chyba że za sukces uznamy pojawienie się w Pruszkowie nowej nieruchomości: gustownie przyozdobionej biało- czerwoną taśmą metalowej barierki, która wytrwale pilnuje miejsca parkingowego jednego z wiceprezesów. Od czegoś przecież trzeba zacząć budowanie kolarskiej potęgi. Tymczasem w tych wyjątkowo niesprzyjających okolicznościach trenuje nasza torowa kadra, która co prawda nie zawsze ma się w co ubrać, ale której przynajmniej nie brakuje ochoty do walki. Dowodem na to tegoroczne sukcesy Mateusza Rudyka, który najpierw sięgnął po brąz w mistrzostwach świata, później powtórzył ten wynik w mistrzostwach Europy, a na najbliższy czempionat, który na przełomie lutego i marca rozegrany zostanie w Berlinie, pojedzie jako zdobywca Pucharu Świata w sprincie.

W Berlinie, a później podczas igrzysk w Tokio, będzie walczył między innymi z Holendrami,
Brytyjczykami i kolarzami z Antypodów, którzy swój czas dzielą między treningi a wizyty w
tunelach aerodynamicznych, gdzie toczą wytrwałe boje o każdy gram i milimetr, który może
ich zbliżyć do rekordowego wyniku. Polska kadra toczy w tym czasie bój z zarządem związku, by ten przynajmniej nie przeszkadzał i nie traktował torowców jak grupy bachorów, której wymaganiom trzeba czynić zadość, wysyłając na dalekie imprezy i inwestując w stroje. Po tym dziwnym roku 2019 nastanie prawdopodobnie nie mniej szalony 2020. W roku olimpijskim wiele rzeczy zostanie postawionych na głowie i pewnie znowu będziemy świadkami wielu nietypowych rozstrzygnięć. Oczekiwania mamy spore, a możliwości… no cóż, nie zawsze oczywiste.

Na wyjątkowo trudnej trasie wyścigu szosowego w Tokio wystawimy przeciwko wielu silnym
składom liczebnie mizerne reprezentacje, ale – jak to mamy w zwyczaju – do końca będziemy wierzyć w spryt i wytrwałość Kwiatkowskiego, Majki czy Kasi Niewiadomej. I –
mam wielką nadzieję – znowu damy się ponieść emocjom, bo w tym dziwnym świecie
najlepiej smakują sukcesy, zdobywane nie dzięki, ale na przekór rozmaitym okolicznościom.

Życzyłbym sobie i wszystkim kibicom kolarstwa w Polsce, żebyśmy w Nowym Roku potrafili
się cieszyć nawet małymi sukcesami. W tym pełnym paradoksów i mało logicznym świecie
brakuje nam czasem zwykłej, szczerej radości z dokonań, które może nie zawsze są na miarę naszych ambicji, ale niejednokrotnie i tak znacząco przewyższają nasze możliwości.
Nauczmy się tym bawić i cieszmy się każdą okazją do kibicowania „naszym”. Niczym
Kolumbijczycy, którzy czekali na „swój” sukces ponad trzy dekady, a dostali go – jak by nie
patrzeć – w dużej mierze jako dzieło przypadku. Bo przecież jeszcze pod koniec kwietnia tego dziwnego 2019 roku Egan Bernal miał zupełnie inne plany…