Fot. Ministerstwo Sportu i Turystyki

Przymierzałem się do tego felietonu jak do nielubianego dania: opornie i bez przekonania. Bo i o czym tu pisać? W ostatnim czasie zajmowałem się głównie pewnym związkiem specjalnej troski, co zaczynało już przybierać objawy jakiejś obsesji i budziło uśmiechy politowania ze strony kolegów dziennikarzy, którzy w obliczu gasnącej nadziei na rozsądne wyjście z sytuacji w większości machnęli ręką na płynące z Pruszkowa „nowe” pomysły. Nie inaczej jest tym razem, ale na szczęście z odsieczą przyszedł mi żegnający się z urzędem minister Bańka oraz PKN Orlen, który ogłosił wyniki swojego zaangażowania w Formułę 1.

Jestem daleki od wystawiania laurek odchodzącemu ministrowi, bo zdaję sobie sprawę, że na wymierne efekty jego pracy przyjdzie nam jeszcze jakiś czas poczekać, o ile tylko nowy lokator budynku na Senatorskiej – ktokolwiek nim będzie – rozpoczęte przez Witolda Bańkę działania będzie konsekwentnie kontynuował. Niemniej trzeba oddać ministrowi, że styl jego zarządzania polskim sportem przez ostatnie 4 lata, w którym niewiele było polityki, a sporo profesjonalizmu oraz koncentracji bezpośrednio na sportowcach i wspierających ich programach, budził szacunek wielu osób. Również tych, którzy niekoniecznie identyfikują się z polityczną linią aktualnej władzy.

Obierając ostry kurs wobec PZKol, a w ostatnich miesiącach jeszcze bardziej radykalizując swoje stanowisko, minister Bańka w pewnym sensie środowisko kolarskie podzielił na dwie dość odległe od siebie frakcje. Jedna z nich, wciąż niestety będąca w mniejszości, zaczyna przynajmniej szukać jakichś konstruktywnych rozwiązań. Druga wciąż cierpliwie czeka na cud, złorzecząc nieopierzonemu młokosowi w garniturze, któremu się wydaje, że może bezkarnie burzyć odwieczny porządek świata, w którym państwo zobowiązane było do spełniania kaprysów działaczy.

Jeśli mógłbym wyrazić jakąś nadzieję wobec nowego ministra sportu, to mimo wszystko chciałbym, aby był kontynuatorem strategii ministra Bańki. To się nie musi działaczom spodobać i zdaję sobie sprawę, że będzie to proces bolesny. Ale nawet jeśli jest jeszcze za wcześnie, by mówić o kompletnej zapaści kolarstwa w Polsce, to nie da się już dłużej ukrywać, że organ, który naszą ulubioną dyscypliną zarządza, jest od dłuższego czasu pogrążony w głębokim kryzysie.

Dość obrazowe jest nazywanie „bypassami” aktualnych metod finansowania dyscypliny, ale mimo to w Pruszkowie wciąż głęboka jest wiara w uzdrowienie za pomocą witaminy C. A właściwie: witaminy „O”, bo nie wiedzieć dlaczego, jedynego skutecznego remedium na problemy związku – poza podrzuceniem dość sporego kukułczego jaja COS-owi – upatruje się w gotówce z Orlenu. Zdanie: „skoro Orlen wyłożył 100 milionów na Kubicę, to może przecież spłacić długi PZKol” dorobiło się już wśród działaczy statusu inwokacji, od której zaczynają się wszelkie rozważania na temat problemów związku.

Tymczasem rzeczony Orlen ujawnił niedawno dane, mówiące o tym, że inwestycja w Formułę 1 i kontrakt z Robertem Kubicą zaowocowały wzrostem przychodów samych tylko zlokalizowanych na stacjach sklepów o blisko 400 milionów złotych. W stosunku do wydanych na ten cel pieniędzy (10 milionów euro w pierwszym roku współpracy) oznacza to 10-krotne przebicie. Rzecz jasna: na ten wynik składa się jeszcze kilka innych czynników, z ograniczeniem handlu w niedziele na czele, ale warto też zwrócić uwagę, że stacje i sklepy w Polsce to ledwie część działalności koncernu, który dość mocno rozpycha się na sąsiednich rynkach, a sprzedaż pod marką Orlen rozmaitych produktów ropopochodnych odbywa się na całym świecie, więc efekty tej współpracy przełożą się na wymierne wartości jeszcze wiele razy i w wielu różnych miejscach.

Problem w tym, że do większości działaczy (i znacznej części konserwatywnych kibiców) wiedza ta zdaje się nie docierać. Podobnie jak fakt, że Skarb Państwa ma w Orlenie „zaledwie” 27% udziałów i mimo decydującego głosu nie może podejmować decyzji szkodliwych dla firmy i jej rozproszonego akcjonariatu. Nie może więc być podręczną skarbonką ministra, a w takiej roli wiele osób wciąż chętnie by Orlen widziało.

Pora to w końcu zrozumieć i pora nauczyć się myśleć o sporcie tak, jak już powszechnie myśli się na świecie: w kategoriach konkretnych korzyści. Wbrew pozorom nie jest to wiedza tajemna i jeśli tylko władze kolarskiej federacji chciałyby z niej skorzystać, to mają ją w gruncie rzeczy pod ręką. Nie dalej jak tydzień temu marketingowe wyniki tegorocznej edycji Tour de Pologne prezentował Czesław Lang; liczby robiły wrażenie, a sponsorzy mieli podstawy do zadowolenia. Po torowych mistrzostwach świata w Pruszkowie organizująca je agencja również podzieliła się szczegółowym raportem, dotyczącym ekspozycji poszczególnych marek, zaangażowanych – przy znaczącym wsparciu ministra sportu – w ratowanie imprezy. Przez nierozumiejących istoty marketingu sportowego działaczy tego typu działania traktowane są jak kwiatek do kożucha, bo większość z nich wciąż święcie wierzy w siłę nieformalnych „relacji”. Tymczasem dzisiaj mówienie językiem korzyści to absolutny elementarz i warunek konieczny jakichkolwiek rozmów o pieniądzach. „Sponsorzy nie chcą z nami rozmawiać” – mówią działacze. No cóż. W sumie nic dziwnego, jeśli jedyną „korzyścią”, jaką im się oferuje, jest udział w spłacie długu i ratowaniu toru.

Na działania ministra Bańki będziemy pewnie niebawem patrzyli z większym dystansem i przez pryzmat jego następcy. Być może wielu dzisiejszych krytyków jego ostrego kursu wobec związków sportowych zmieni wówczas zdanie i przychylniej spojrzy na tę próbę zmiany sposobu myślenia w federacjach. W pewnym sensie próbę siłową, ale wiele dzisiejszych związków sportowych – z kolarskim na czele – przypomina trochę chorego na raka płuc, który nie zamierza przestać palić. Albo więc możliwie najprędzej wyślemy go na operację, albo zamiast laudacji na zbliżające się setne urodziny będziemy mu pisać epitafium.

Nie warczałbym w tej sytuacji na lekarza, który chce użyć skalpela. W niektórych sytuacjach okazuje się być jedynym skutecznym narzędziem. To, czy pacjent ten zabieg przeżyje, to w dużym stopniu również kwestia jego nastawienia i woli walki. A ten na razie myśli wyłącznie o tym, żeby nie bolało.