fot. Dawid Gruntkowski / naszosie.pl

Ostatnio organizowane wyścigi World Tour w Chinach, takie jak Tour of Beijing czy Tour of Guangxi, to jedne z imprez cieszących się najmniejszym zainteresowaniem kibiców w Europie. Wszystko ma jednak swoje powody. Korzystając z możliwości sprawdzenia tego od środka możemy Państwu przekazać to, co naprawdę jest powodem “niechęci” do azjatyckich imprez.

Kolarstwo na dalekim wschodzie jest obecne od wielu lat, lecz oczywiście w różnym znaczeniu. Choć samych zawodników czy kibiców jest naprawdę sporo (czego przykładem może być Japan Cup czy Saitama Critterium), to jednak z różnych względów imprezy są bardzo często omijane przez największych kolarzy w stawce. Powodów jest co najmniej kilka, ale zacznijmy od tych najbardziej prozaicznych.

Co chyba najważniejsze, takie wyścigi jak właśnie Tour of Guangxi są olbrzymim przedsięwzięciem logistycznym. Na miejsce trafić muszą bowiem nie tylko zawodnicy czy działacze (dla których podróż z jakiegokolwiek zakątka świata jest niezwykle męcząca), ale także sprzęt. Tym samym ekipy m.in. nie mają możliwości korzystać ze swoich samochodów technicznych, co zawsze jest pewną nieprzyjemnością. Dodatkowo, niezależnie od starań organizatorów, wszystko ma też swoją cenę, a te często przerastają potencjalne zarobki związane z wyścigiem.

Drugą sprawą są interesy sponsorów, które podczas azjatyckich wyścigów, choć są to imprezy World Tour, nie są najlepiej spełniane. Dla przykładu, tegoroczny Tour of Guangxi jest jedynym wyścigiem World Tour bez oficjalnej relacji live w międzynarodowej telewizji! Na szczęście dla organizatorów w ostatniej chwili z pomocą przyszła firma Velon, która przeprowadzi transmisję dla widzów na całym świecie. Pytanie tylko, kto w godzinach porannych czasu europejskiego będzie wyszukiwał przekazu w internecie? Niestety w parze z tym idą ekwiwalenty reklamowe, które nie dosięgają wymaganych progów.

Będąc tu, na miejscu, można dostrzec jednak kilka innych punktów zaczepienia, które dla dużych firm, które reprezentują kolarskie teamy, a także dla samych zawodników czy obsługi, są dużym języczkiem uwagi. Zważając na tegoroczny termin wyścigu World Tour w Chinach, idealnie zgrał się on z niedawnym konfliktem na linii NBA – Państwo środka (szef zespołu Houston Rockets wsparł protesty w Hongkongu, na co chińskie władze zareagowały wykluczeniem jego zespołu z życia społecznego i zagroziły odwołaniem wszelkich akcji promocyjnych największych teamów w swoim kraju, co mocno uderzyłoby je po kieszeni).  W przypadku kolarstwa sytuacja się jednak odwraca. To tutaj organizatorzy robią wszystko, by móc wypromować siebie (przypadek podobny do tego z Tour of Turkey – duże pieniądze, zaplecze, tylko poziomu i prestiżu brakuje), a z pobudek politycznych, społecznych i finansowych ekipy nie palą się do walki na dalekim wschodzie. Dobrym przykładem tych problemów jest wspomniana już transmisja telewizyjna. Wyścig pokazywany w Eurosporcie zawsze zyskuje bardzo dużo. Tym razem jednak międzynarodowa telewizja odwróciła się od grona menadżerskiego, co z pewnością odbije się na finansach osób odpowiedzialnych za imprezę.

W tym miejscu warto wspomnieć po co organizuje się wyścigi kolarskie. Opcje są dwie. Pierwsza z nich, to zarobek. W ten sposób działa m.in. ASO, które na swoich imprezach zyskuje ogromne ilości pieniędzy, choć wkład własny także nie jest niski. Druga możliwość, to organizacja imprezy dla poprawy wizerunku. Taki przypadek oglądaliśmy przez lata w Turcji, gdzie znakomicie przygotowywana impreza bardzo skutecznie ocieplała wizerunek ówczesnej władzy. Co ciekawe, Tour of Guangxi jest “trochę pomiędzy”. Z jednej strony imprezy organizowane w Chinach zawsze są dobrą okazją do znalezienia rynku zbytu dla różnych podmiotów. Z drugiej z kolei wyścigi pokazują rządy w nieco lepszym świetle (choć w przypadku zaczynającego się jutro wyścigu… jednym z dwóch głównych organizatorów jest autonomiczna władza w Guangxi, która naciskała na główny rząd, by ten ułatwił osobom przyjeżdżającym na wyścig wszelką biurokrację).

Kolejnym bardzo ważnym aspektem jest już samo prawo kraju, w którym wyścig się odbywa. Niestety, w pewnych przypadkach nie da się rozdzielić polityki i sportu. W tym miejscu warto przedstawić kilka sytuacji z wtorku, kiedy wszystkie osoby pracujące przy wyścigu przylatywały na miejsce, z reguły spędzając około doby w podróży. Zgodnie z przewidywaniami, wszystkich czekała jeszcze kilkugodzinna “posiadówka” (można to spokojnie porównać do spotkania grupowego) w policyjnym centrum wizowym. Tam na wielu czekały różne niespodzianki. Dla przykładu Asbjorn Kragh Andersen został przydzielony do kolejki jako ostatni (z reguły to zawodnicy idą pierwsi), a jeden z mechaników ekipy Sunweb musiał na siłę poszukiwać osoby z maszynką do golenia, by pozbyć się brody, której nie miał w paszporcie (ostatecznie w jakiś sposób udało mu się dogadać z celnikami). Drugim z przyziemnych problemów jest choćby wymiana walut. Choć organizatorzy zapewniają tu wszystko co możliwe, czasem po prostu trzeba wyskoczyć do sklepu. Niestety, jakakolwiek wymiana euro czy dolarów na juany nie jest możliwa, gdyż prawo na to nie pozwala. Mała rzecz, a uciążliwa i to w erze płatności kartą. Oprócz tego, co najbardziej dotyka nas, dziennikarzy, w pewnym sensie także musimy się dostosować do ograniczeń internetu. Na szczęście jednak nawet organizatorzy “polecają” korzystanie z odpowiednich sieci VPN.

Już jutro będziemy mogli powiedzieć zdecydowanie więcej na temat samego ścigania. Na ten moment jesteśmy pewni jednego – powietrze jest okrutnie zanieczyszczone w środku miejskich aglomeracji. Tym samym jazda na rowerze nie jest najłatwiejsza, tym bardziej, że uciążliwa jest także bardzo wysoka wilgotność, choć na to nikt już wpływu nie ma.