Kilka chwil po tym, jak media obiegła informacja, że polska reprezentacja jedzie na kolarskie mistrzostwa świata do Yorkshire w większości bez zapewnionych na tę okoliczność strojów, w internecie pojawiła się społeczna zbiórka pieniędzy na ten cel.

Inicjatywa tyleż zabawna, co kłopotliwa, ale przede wszystkim niezupełnie potrzebna. Nie tylko dlatego, że kilka godzin po publikacji problem się rozwiązał i stroje w ostatniej chwili znalazły (jak się okazuje, nawet w błahych sprawach presja ma sens), ani nawet nie z powodów stricte logistycznych (zbiórka jeszcze trwała, gdy kadrowicze ruszali do Yorkshire), ale przede wszystkim dlatego, że takie działania po części zdejmują odpowiedzialność z działaczy i utwierdzają wszystkich w przekonaniu, że nie trzeba się zajmować leczeniem przyczyn słabości związku, bo wystarczy, że zalepimy plastrem ich objawy.

Nie mam nic przeciwko zbiórkom pieniędzy – ani tej, ani jakimkolwiek innym – choć osobiście odnoszę wrażenie, że w ostatnich latach stało się to już niemal naszym nawykiem. Gdziekolwiek się obrócić, ktoś na coś zbiera od ludzi pieniądze: od kolarskich wdzianek poczynając, na leczeniu śmiertelnych chorób kończąc. Nawet w otoczeniu PZKol nie jest to pierwszy tego typu przypadek, bo zupełnie niedawno z podobną inicjatywą wystąpili pracownicy Areny Pruszków, którzy chcieli zbierać pieniądze na pokrycie gigantycznego długu związku i ratowanie swoich miejsc pracy. Cel skądinąd zacny, choć akurat w tym przypadku Ministerstwo Sportu i Turystyki dało organizatorom delikatnie do zrozumienia, że po pierwsze: ludzie już raz się złożyli w podatkach na budowę pruszkowskiego toru i nieszczególnie wypada prosić ich o to raz jeszcze, a po drugie: wizerunkowo nie wygląda to najlepiej, więc jak chcemy mieć mistrzostwa świata, to trzeba się nieco ogarnąć. Mistrzostwa się odbyły, a Arena Pruszków zdaje się być obecnie jednym z nielicznych w miarę sprawnie działających mechanizmów w otoczeniu PZKol, czyli wygląda na to, że można również inaczej.

Zbiórek tymczasem przybywa, czego ubocznym i mocno niepożądanym skutkiem staje się również to, że stajemy się na nie coraz mniej wrażliwi. Także wtedy, gdy sytuacja istotnie naszej wrażliwości wymaga. Zbiórka pieniędzy na kosztowną rehabilitację Ryszarda Szurkowskiego – rzecz przecież nie wynikającą z żadnego zaniedbania, a będącą wynikiem nieszczęśliwego wypadku – toczyła się mozolnie przez kilka długich miesięcy, w trakcie których trudno było zrealizować niewielki skądinąd cel. Ruszyła z miejsca dopiero w chwili, w której żona Pana Ryszarda wystawiła na sprzedaż jego samochód, co – nawiasem mówiąc – również wiele mówi o naszej społecznej kondycji, skoro dopiero widmo sprzedaży pojazdu potrafi nas zmobilizować do bardziej zdecydowanego działania. Szczęściem jednak sprawa jakoś drgnęła z miejsca i dziś zebrana kwota nie jest już powodem do wstydu, choć końca potrzeb nie widać (gdyby ktoś chciałby się jeszcze włączyć, to link do tej zbiórki jest tutaj).

Ale najpoważniejszym skutkiem tego naszego dość luźnego podejścia do organizowania i zasilania pieniędzmi rozmaitych zrzutek jest to, że zupełnie tracimy z oczu przyczyny zdarzeń, a nasz brak zaangażowania w codzienne sprawy z łatwością przykrywamy leczeniem ich skutków.

Gdyby policzyć nas wszystkich, wsiadających co weekend na rowery, wyszłoby co najmniej kilkaset tysięcy ludzi. Oglądających wyścigi kolarskie też jest w sumie niemała grupa, a kiedy nadchodzi lipiec, popularność kolarstwa sięga zenitu. A ilu ludzi z tej grupy interesuje się tym, co dzieje się w kolarskim związku? Prawdopodobnie nawet drwalowi wystarczy palców, by ich policzyć… Dlaczego o tym wspominam?

Kolarstwo, zwłaszcza szosowe, jest pod pewnym względem organizacyjnym dyscypliną bardzo specyficzną. W przeciwieństwie do wielu innych popularnych dyscyplin występy reprezentacji należą tu raczej do rzadkości. Nie ma skomplikowanego systemu eliminacji do mistrzostw Europy czy świata, bo liczba przyznanych polskim ekipom miejsc na najważniejsze zawody zależy wprost od liczby punktów, zdobytych przez kolarzy… w klubach. Związek nie ma tu zbyt wiele do roboty, toteż i wiele nie robi. W końcu jedną lub dwie imprezy w roku można jakoś bez wychylania się przetrwać. Igrzyska olimpijskie raz na cztery lata również, tym bardziej, że tam organizacyjnie czuwa nad wszystkim PKOl, więc problem w ogóle jest z głowy.

Trochę inaczej wygląda sprawa w przypadku kolarzy torowych, nieco częściej występujących w biało-czerwonych barwach. Ale oni mają to szczęście w nieszczęściu, że występują na ogół pod nosem kolarskiej centrali, więc ich problemy są nieco lepiej słyszalne. Głosów kolarzy MTB nie słychać za to w Pruszkowie prawie wcale. Pewnie dla równowagi.

Summa summarum: tych kilka imprez w sezonie to jednocześnie jedyny widoczny efekt pracy działaczy. Skoro więc tak „dbają” o to, co widać, to jak sobie radzą z tym, o czym na co dzień nie wiemy? Strach pytać. I może dlatego prawie nikt nie pyta, a kolarska centrala skwapliwie z tego braku zainteresowania korzysta. W najgorszym wypadku garstka upartych dziennikarzy coś tam ujawni, parę osób w social mediach jakoś złośliwie to skomentuje, trochę się pośmiejemy, a później rozejdzie się wszystko po kościach i dalej będzie można jakoś trwać.

Nie tędy więc droga, żeby bezradność działaczy legitymizować organizowaniem publicznych zbiórek, a ich zaniedbania naprawiać własnymi pieniędzmi. Zamiast tego powinniśmy więcej od nich wymagać. Tym bardziej, że przecież nie są na swoją rolę skazani, a o miejsca w zarządzie stoczyli niejednokrotnie zaciekłą batalię. Po to, by na koniec nie umieć zorganizować przetargu?

Bo przecież nie o pieniądze tym razem chodziło.