fot. Team Sky

Profesjonalizacja, komercjalizacja, marginal gains, ściganie na Zwifcie – na co dzień nawet nie zdajemy sobie sprawy jak bardzo sport zwany kolarstwem został zamknięty w świecie komputerów i ogólnie pojętych danych. Po dłuższym zapoznaniu się z tematem można wręcz zadać sobie bardzo bolesne pytanie – czy zamiast kolarzy zaczęliśmy produkować wydajne roboty?

O tym, jak ważne w kolarstwie jest kontrolowanie wszystkich zmiennych wokół jadącego zawodnika wie chyba każdy. Waty, VO2 max, waga roweru, pogoda, kierunek wiatru – wszystko to w ostatnich czasach ma znaczenie momentami nawet większe niż same umiejętności. Idealnie udowodniła to ekipa Sky/Ineos, która kontrolując przebieg każdego mikrocyklu wydolnościowo-pogodowego potrafiła na dobre kilka lat zabetonować najważniejszy wyścig na świecie, czyli Tour de France.

Mimo że doskonale wiedzieliśmy, w którym kierunku to zmierza, czasem trochę kręcąc nosem przyjmowaliśmy wszystko do wiadomości, ze spokojem wracając do szarej codzienności. Nieco inne światło na całą sprawę w ostatnim czasie rzucił Mateusz Święcicki, czyli jeden z czołowych dziennikarzy telewizji Eleven, zajmujący się piłką nożną. W jednym ze swoich blogowych wpisów zauważył, iż w najpopularniejszym sporcie na świecie sytuacja jest… dziwna, o ile tak to można określić. Największe kluby doszły już bowiem do momentu, w którym każda sytuacja boiskowa jest dokładnie analizowana komputerowo, by potem wyniki tejże analizy przekazać samemu zawodnikowi (mówiąc wprost, sprawdza się, czy piłkarz mógł ustawić się lepiej, inaczej zereagować czy zrobić cokolwiek innego). W ten sposób zasadniczo programuje się go niczym głodnego wiedzy robota, który ma robić dokładnie to, co wskaże komputer-matka. W całym zamieszaniu pojawia się jednak czasem zawodnik, będący obiektem westchnień połowy świata. Teraz na takiego wyrasta młodziutki Jadon Sancho, który przyznał otwarcie, iż 90% swoich umiejętności nabył na podwórku, kiedy to codziennie kopał piłkę razem z kolegami.

Co by nie mówić z tożsamą sytuacją mieliśmy do czynienia podczas tegorocznego Tour de France. Poukładane i do granic możliwości „sprofesjonalizowane” zaplecze ekipy Ineos przez 19 dni miało olbrzymi problem, by pokonać obiekt westchnień fanów na całym świecie, krnąbrnego i ambitnego do granic możliwości Juliana Alaphilippe’a. Zasadniczo to właśnie walka „czystego sportu” (nie łączmy tego określenia z dopingiem) z poukładanym i przewidywalnym, wręcz korporacyjnym stylem ekipy Dave’a Brailsforda, pozwalało nam marzyć, śnić i emocjonować się kapitalną edycją Wielkiej Pętli. Cóż, wydaje się jednak, że może to być jeden z ostatnich takich przypadków.

W tym miejscu warto spojrzeć na jedyny aspekt, który może jeszcze uratować sport (w tym kolarstwo) od całkowitego zamknięcia w liczbach. Mowa o czynniku ludzkim, który ma to do siebie, że nie jest doskonały. Osobiście jednak zaczynam się o niego nieco obawiać. Jak bowiem wiadomo, kluby czy zespoły zawodowe są jednocześnie spółkami, które mają na siebie zarabiać, a z biznesem nikt nie wygra. Być może właśnie dlatego co trudniejsi zawodnicy, mimo wysokich umiejętności, będą odchodzić do lamusa, a ich miejsce zajmą roboty reprezentujące jedynie wysoki poziom umiejętności.

Skąd aż takie mocne słowa? W głowie pojawiają się co najmniej 2 przykłady, którym warto się przyjrzeć. Po pierwsze, zwycięzca tegorocznej Wielkiej Pętli Egan Bernal. Z całym szacunkiem do jego wyjątkowych umiejętności, nie jest to kolarz charyzmatyczny. Ba, wydaje się, że jest to zawodnik do bólu oddany dyrekcji zespołu, która może korzystać z niego niczym z kukiełki w teatrzyku. Choć na ten moment wdaje się to abstrakcją, kto wie, czy kiedyś nie usłyszymy takiego dialogu:

– Hej Egan!
– Słucham szefie.
– Na 4 kilometry przed szczytem wrzuć proszę przełożenie 39×21. Do tego prosiłbym cię o kręcenie z prawym kolanem przesuniętym bliżej ramy o 2 centymetry ze względu na południowo-wschodni wiatr, wiejący z prędkością 0,84 metra na sekundę. Na 1,3 kilometra przed szczytem wjedziecie na wysokość równą 2500 m.n.p.m. To właśnie tam zyskasz przewagę około 0,14 litra tlenu na minutę, co możesz wykorzystać wrzucając przełożenie 39×20, na którym dojedziesz do szczytu.
– Rozumiem, działam.

Drugim przykładem, choć zupełnie innym, jest Thomas Diethart, czyli zwycięzca Turnieju Czterech Skoczni z 2014 roku. Austriacki skoczek narciarski był na topie zaledwie sezon, lecz jego osoba jest więcej niż interesującym przypadkiem. Zgodnie z informacjami, które wypływały ze sztabu ówczesnego trenera Austriaków Alexandra Pointnera, Diethart był poddawany „treningowi mentalnemu”, mającemu na celu przystosowania jego umysłu do skakania na najwyższym poziomie. Jak widać, przez pewien czas wszystko działało bez zarzutu.

Nie da się ukryć, że dalszy „postęp” w sporcie może okazać się niebezpieczny. Wydaje się być kwestią czasu, kiedy to poszczególni zawodnicy będą mieli m.in. do bólu dokładnie rozpisywane diety (np. na śniadanie 247 g płatków owsianych prosto z prowansalskich pól zalejesz 149 ml mleka od krowy wypasanej na pastwisku u podnóża Mont Ventoux. Pod żadnym pozorem nie korzystaj z mleka od zamiennika z południowej części departamentu Rhone – w ten sposób stracisz 0,004 W/kg w pierwszych 3 godzinach ścigania), a część rywalizacji przeniesie się w sterylne warunki, by znaczenie miała jedynie siła mięśni.

Cóż, pół żartem – pół serio, na szczęście mamy już torową wersję kolarstwa. Dzięki temu istnieje nadzieja, że czynniki zewnętrzne cały czas będą dokładać coś od siebie. Oby, bo niedługo w imię rozwoju także w sporcie zaczniemy zjadać własny ogon.

Dawid Gruntkowski