fot. Giro d'Italia 2019

Po kolejnym Giro d’Italia pozostały już tylko wspomnienia, więc korzystając z chwili urlopu postanowiłem – jak zwykle odrobinę spóźniony – poszukać śladów wyścigu i zrozumieć tę włoską miłość do kolarstwa, która co roku późną wiosną wyciąga z domów miliony ludzi. Wielu śladów już nie znalazłem, bo życie pędzi dziś zdecydowanie zbyt szybko, żeby zajmować się wspomnieniami. Ale we włoskim powietrzu wciąż jest coś, co sprawia, że człowiek na rowerze czuje się tam jak we własnym domu.

Kiedyś myślałem, że tajemnica tkwi we włoskich drogach, pnących się zboczami Apeninów i Dolomitów lub wijących się przez wzgórza Toskanii, Umbrii i Marche. Ale to raczej nie to. Toskańskie drogi, po których tym razem się snułem, są raczej marnej jakości: pocięte pajęczynami pęknięć, nierówno połatane, tu i ówdzie pozapadane. Kiedy gniotłem klamki, zjeżdżając z jednego z licznych wzniesień, a rower nagle wybijał mi w górę jakiś niewidoczny pod asfaltem korzeń, łatwiej mi było zrozumieć religijność Włochów, niż ich miłość do kolarstwa. A mimo to ludzi przemierzających te niełatwe, choć malowniczo położone szosy, na każdym kroku spotykałem tu setki. Często o wiele starszych ode mnie, bo wciąż jeszcze było przed szczytem sezonu, a miejscowi „mamile” na ogół siedzieli w tym czasie w pracy.

Jeśli zatem nie szosy rozbudzają tę miłość, to co? Za każdym razem, gdy jestem we Włoszech, ze zdziwieniem obserwuję zachowanie kierowców, którzy zdają się jeździć bardzo nerwowo (i niejednokrotnie bardzo szybko), demonstrując jednocześnie niewyczerpane zasoby cierpliwości dla wszystkich, których na polskich ścieżkach nazwalibyśmy „zawalidrogami”: niewielkich śmieciarek, obwoźnych straganiarzy, kierowców charakterystycznych mikrociężarówek. I cyklistów. 

Wiele razy zdarzyło mi się męczyć na jakimś podjeździe, ciągnąc za sobą sznur samochodów, cierpliwie czekających na kawałek prostej, na której będą mogli mnie w końcu wyprzedzić i pojechać przed siebie. Nikt nie trąbił, za to niezwykle często w wyprzedzających mnie samochodach widziałem ręce, machające do mnie na pożegnanie. Gdy w ubiegłym roku wspinałem się w deszczu na Etnę, najmocniejszy doping czułem ze strony kierowców mijających mnie autokarów. Kiedy w jakiejś małej mieścinie zatrzymywałem się przy miejskiej studni żeby napełnić bidony wodą, pozdrawiali mnie siedzący w pobliskich barach starzy Włosi. 

Zastanowiło mnie też, dlaczego mijając na szosie innych kolarzy, częściej niż zwyczajowe „ciao” słyszałem pozdrowienie „salve”? Zapytałem o to znajomego Włocha, który wyjaśnił mi, że w ten sposób mieszkańcy Italii pozdrawiają ludzi, którym okazują szacunek, wobec których zwykłe „ciao” byłoby poufałe. Wtedy zrozumiałem, że prawdopodobnie właśnie na tym opiera się stosunek Włochów do kolarstwa: na szacunku dla podejmowanego wysiłku i do wykonywanej pracy.

Wróciłem do Polski i jedną z pierwszych rzeczy, jaka rzuciła mi się w oczy, była relacja Wojtka Pszczolarskiego o dwójce nastolatków na skuterze, którzy w trakcie treningu mijali go o centymetry, szturchając rękami. Na kilku warszawskich grupach na Facebooku czytam nie milknące apele o rozsądek i ostrożność w pokonywaniu niebezpiecznych fragmentów jednej z licznie odwiedzanych przez kolarskich amatorów dróg. Niby większość się zgadza, choć zdarzają się i tacy, którzy na uwagę, że jeżdżą tamtędy również początkujący, służą niezmiennie „dobrą radą”: niech jeżdżą gdzieś indziej. Chwilę później znajomy podsyła mi link do historii faceta, opisującego sposób, w jaki został potraktowany przez sędziego na rozgrywanych w miniony weekend Mistrzostwach Polski Mastersów w Starachowicach. 

Może i faktycznie nie mógł walczyć o tytuł mistrza Polski z niemieckim obywatelstwem, ale polską licencją (jedyną, jaką posiada i jedyną, jakiej wymagał niezbyt precyzyjny regulamin zawodów). Ale z całą pewnością można było sprawę rozwiązać inaczej, niż wyszukując faceta na linii startu, by mu przy wszystkich ogłosić: „nie jedziesz”. 

Szacunek. W naszym nieszczególnie tanim do uprawiania sporcie jedna z niewielu rzeczy, dostępnych zupełnie za darmo. Szkoda zatem, że mamy go wciąż tak niewiele: wobec innych ludzi i wobec dyscypliny, którą uprawiamy i którą – podobno – kochamy. Niczego innego nam tak bardzo nie brakuje: mamy znakomitej jakości drogi; może nie tak wysokie, ale mimo wszystko piękne góry; mamy zapierające dech w piersiach krajobrazy i w końcu: mamy w sobie ducha rywalizacji i wytrwałej walki. Tak naprawdę nie brakuje nam niczego, byśmy mogli w pełni cieszyć się kolarstwem i zarażać naszą pasją innych. Cierpimy jedynie na niedostatek wzajemnego szacunku.

Tego jednego nam wszystkim życzę na początek upalnego, kolarskiego lata. Oby dla wszystkich przyjemnego i – przede wszystkim – bezpiecznego.

Salve!