fot. Dimension Data

Brytyjczyk wciąż walczy o powrót do dawnej formy w sprinterskich końcówkach. Minionej nocy w Kalifornii stoczył jednak walkę o zmieszczenie się w limicie czasu na etapie do South Lake Tahoe.

Drugi odcinek kalifornijskiego wyścigu upłynął pod znakiem niemalże niekończącej się wspinaczki. Praktycznie od samego startu droga wiodła w górę, by po niemal 150 kilometrach dojechać na Carson Pass położonego na wysokości ponad 2600 m n.p.m. Cavendish stracił kontakt z główną grupą 80 kilometrów przed metą i wówczas zaczęła się walka o to by pozostać w wyścigu.

Brytyjczykowi został do pomocy jego wierny druh – Bernhard Eisel, ale mimo tego po kolejnych 10 kilometrach duet ekipy Dimension Data tracił już przeszło 12 minut do czołówki. Cavendish wydawał się być na tyle pogodzony ze swoim losem, że kazał Eiselowi ruszyć w pościg za uciekającym im wyścigiem, ale Austriak pozostał przy swoim koledze i liderze drużyny. Finalnie Cavendish z Eiselem przekroczyli metę nieco ponad 36 minut po zwycięzcy, Kasperze Asgreenie i spokojnie zmieścili się w limicie czasu, który na tym etapie wynosił 60 minut. Co ciekawe, Austriak i Manxman nie byli wcale ostatnimi zawodnikami na mecie, bo ponad 11 minut po nich w South Lake Tahoe zameldował się Fabio Calabria (Novo Nordisk).

Walka na trasie przywołała wspomnienia z ósmego etapu Tour de France z 2016 roku, kiedy to na odcinku z Pau do Bagnères-de-Luchon także ten sam duet walczył w pirenejskim upale o pozostanie w wyścigu. Wówczas obaj zawodnicy zdołali dojechać do grupetto i zmieścili się w limicie czasu meldując się na mecie niemal 40 minut po Chrisie Froomie.

Cieszę się, że ten dzień już za nami. To etap, którego obawiam się najbardziej w całym sezonie. Jazda do Lake Tahoe jest jak jazda na trenażerze przez 7 godzin. Połowa tego spędzona z Bernhardem Eiselem, zupełnie jakbyś powtórzyli nasz dzień z 2016 roku.