fot. Bahrain-Merida

Wyścig Tour of the Alps będzie dla Vincenzo Nibalego (Bahrain-Merida) pierwszym z dwóch ważnych sprawdzianów przed wielkim tourem Giro d’Italia, który jest jego głównym celem w tym sezonie. Naprawdę bardzo podoba mi się formuła tego wyścigu – powiedział Sycylijczyk.

Nibali wrócił właśnie z obozu wysokościowego na Teneryfie, gdzie wykonał ciężką i zarazem niezbędną pracę, ale poza tym potrzebne mu jest złapanie wyścigowego rytmu. Będzie to możliwe w wyścigu Tour of the Alps, a później, w niedzielę, w Liège-Bastogne-Liège.

Naprawdę bardzo podoba mi się formuła wyścigu Tour of the Alps, na którą składają się krótkie i wymagające etapy. Wydaje się, że właśnie w taką stronę pójdą wielkie toury. Etapy w tym wyścigu zazwyczaj rozgrywają się na początku, stanowiąc wyzwanie dla kolarzy i zapewniając wspaniały spektakl kibicom

– uważa “Rekin z Messyny”.

Jednym z głównych rywali Nibalego na włoskich i austriackich szosach będzie czterokrotny zwycięzca Tour de France Chris Froome (Team Sky). Obaj mają na koncie aż dziesięć zwycięstw w wielkich tourach. Sycylijczyk wypowiedział się o nim z szacunkiem i z uznaniem.

Myślę, że Froome będzie konkurencyjny. Do Tour de France wciąż pozostało dużo czasu, ale rozmawiamy o mistrzu. To będzie mój pierwszy wyścig po Milano-Sanremo, a także po obozie wysokościowym. Nie mogę się doczekać aż sprawdzę, jak się czuję przed Giro d’Italia

– powiedział Vincenzo Nibali.

Lider drużyny Bahrain-Merida ma na koncie dwa zwycięstwa w Corsa Rosa, a także dwa łupy w klasyfikacji generalnej Tour of the Alps – jeszcze w czasach, gdy wyścig ten nosił nazwę Giro del Trentino (2008, 2013). Czyni to dla niego ten wyścig wyjątkowym.

Czuję się związany z tym wyścigiem. Po raz pierwszy zwyciężyłem w nim w 2008 roku, a następnie powtórzyłem ten sukces w 2013 roku – sezonie, w którym po raz pierwszy wygrałem Giro d’Italia. Wciąż pamiętam emocje związane ze zwycięstwem w Folgarii, gdzie wygrałem przed Franco Pelizottim, który teraz będzie wspierał mnie z samochodu jako dyrektor sportowy

– zakończył Vincenzo Nibali.