Fot. Marek Bala / naszosie.pl

Sezon kolarski rozpędził się już na dobre i większość z nas kombinuje, jak zorganizować sobie pracę, żeby możliwie najmniej stracić z tego, co się dzieje na wyścigowych trasach. Tymczasem w chwili, w której nasze oczy zwrócone są już na szosy i bruki, w zaciszu gabinetów kroją się rozwiązania, które mają – przynajmniej w teorii – uatrakcyjnić naszą ulubioną dyscyplinę. Postanowiłem nieco zmącić ten wiosenny spokój, bo choć część postulatów, wysuwanych przez szefa UCI wydaje się być słuszna, to sposób ich procedowania jest już cokolwiek dyskusyjny.

Piję rzecz jasna do wywiadu, jakiego w ubiegłym tygodniu David Lappartient udzielił francuskiemu dziennikowi Le Monde. Wywiadu, który przeszedł właściwie bez echa, co nieco zaskakuje, ale i nie dziwi zarazem. Ta cisza zaskakuje, bo sprawa z punktu widzenia kibiców wydaje się być ważna, tym bardziej, że to rzekomo w ich imieniu owe pomysły na atrakcyjność są wysuwane. Nie dziwi, bo sztuczka Lappartienta polega między innymi na tym, by wywołać „dyskusję” w chwili, w której niewielu ma na nią czas i ochotę (patrz pierwszy akapit o sezonie w pełni).

Z poszczególnymi pomysłami, np. ograniczeniem łączności radiowej, zakazem korzystania z pomiarów mocy czy narzuceniem limitów budżetowych dla drużyn, można rzecz jasna dyskutować. Ale już postulat ograniczenia liczebności worldtourowych ekip do sześciu zawodników budzi podejrzenia co do rzeczywistych intencji pomysłodawców. Używanie w tym kontekście argumentu, że miałoby to w jakiś sposób zwiększyć widownię wyścigów też wydaje się mocno naciągane, bo jeśli spojrzymy na wyniki oglądalności największych imprez, zobaczymy liczby, rosnące z roku na rok średnio o kilkanaście procent. Gdybym miał obstawiać prawdziwy cel tej zmiany, postawiłbym raczej na próbę upchnięcia kolejnych wyścigów w mocno już przeładowanym kalendarzu i wystawienie kolejnych faktur za licencje dla organizatorów.

Ale mój największy niepokój budzą nie tyle same pomysły, co sposób ich procedowania. Lappartient zapowiedział stworzenie specjalnej komisji, która dyskusję nad proponowanymi zmianami miałaby rozpocząć już w czerwcu. W jej skład mieliby wchodzić zarówno zawodnicy, jak i organizatorzy wyścigów, przedstawiciele sponsorów i reprezentanci mediów, a wypracowane przez ową komisję rozwiązania miałyby zacząć obowiązywać już od 2020 roku.

Intryguje mnie pomysł podejmowania istotnych skądinąd tematów w przededniu Tour de France, a więc pod prawdopodobną nieobecność głównych zainteresowanych, pochłoniętych przygotowaniami do najważniejszej imprezy w sezonie. Nie mniej ciekawy jest zamysł dyskutowania o rzuconych już na stół gotowych propozycjach, z pominięciem etapu sprawdzenia, czy aby na pewno postawione diagnozy są słuszne. Zastanawiająca jest też ta presja czasu. I o ile na co dzień jestem daleki od wszelkich teorii spiskowych, o tyle ten sposób pracy nad – jak by nie patrzeć – kolejną rewolucją w kolarstwie, wzmaga moją czujność i każe mi się dopatrywać w tym procesie jakiegoś drugiego dna.

Można sobie w tym momencie zadać pytanie, czy w ogóle jesteśmy coś w stanie z tym zrobić? Pojedynczy głos z Polski – kraju, w którym kolarska federacja znajduje się w stanie agonii i której znaczenie na międzynarodowej arenie jest dziś kompletnie marginalne – to oczywiście głos wołającego na puszczy. Ale mimo wszystko powinniśmy dziś o tym głośno mówić. Głos mediów, a może – przede wszystkim – głos kibiców, stale obecnych przy trasach kolarskich wyścigów, powinien być w UCI wyraźnie słyszalny. Tym bardziej, jeśli postulowane zmiany są składane w „naszym” imieniu.