Foto: © Quick-Step Floors Cycling Team / Tim de Waele

Od inaugurującego belgijski sezon szosowy Omloop Het Nieuwsblad minął już miesiąc. Świętowaliśmy w tym czasie polskie sukcesy, faworyci jeszcze sprawiedliwiej niż zwykle rozdzielili między sobą pomniejsze łupy, a nienasycony Patrick Lefevere kontynuował swoje zwycięskie odliczanie. I chociaż w ostatnich tygodniach Flandria była areną wielu ekscytujących pojedynków, z początkiem kwietnia to wszystko przestaje mieć znaczenie. Już w najbliższą niedzielę czarny lew ponownie załopocze na wietrze, a brukowane wzgórza zaleje bursztynowe piwo, muzyka i niezliczone tłumy miłośników kolarstwa. Tak właśnie wygląda, brzmi i smakuje najbarwniejszy z monumentów kolarstwa: Ronde van Vlaanderen. De Ronde. Flandryjska Piękność. 

Jak dotąd każdy z rozegranych na brukach klasyków zawierał w sobie element przygotowań, a najwięksi specjaliści od wyścigów jednodniowych bagatelizowali znaczenie zwycięstw i porażek, niechętnie odsłaniając wszystkie karty. Nadejście jednego z dwóch punktów kulminacyjnych ich sezonu położy jednak kres wcześniejszym nieporozumieniom i taktycznym przepychankom, a jego wynik w znacznym stopniu zadecyduje o końcowej ocenie ich wiosennej kampanii. Wiodąca z Antwerpii do Oudenaarde trasa ponownie zakreśli niezliczone pętle i zygzaki, a potencjalnego zwycięzcę od chwil triumfu dzielić będzie 267 kilometrów usłanych pięcioma brukowanymi sektorami i osiemnastoma ikonicznymi hellingen, których nazwy stanowią kolarskie abecadło.

Każdą z pięciu największych imprez jednodniowych sezonu charakteryzuje unikalność i indywidualny rys. Coś, co zdecydowanie wyróżnia ją na tle pozostałej czwórki. Podczas gdy Liege-Bastogne-Liege i Il Lombardia dedykowane są góralom, a wiosenne Milano-Sanremo – przynajmniej w teorii – jest królestwem sprinterów, również dwa rozgrywane na brukach monumenty są w dużym stopniu niezależnymi od siebie bytami.

Często przytaczana jest opinia, że Paris-Roubaix charakteryzuje się dużym stopniem przypadkowości, i chociaż szczęście zdecydowanie nie wystarczy, by triumfować w legendarnym Piekle Północy, jego brak może w bardzo wczesnej fazie rywalizacji pozbawić szans na sukces nawet najmocniejszego z faworytów. Bój z rywalami jest tam toczony równolegle z zupełnie inną walką – ze sobą samym, zawodzącym sprzętem i całym szeregiem innych przeciwności losu, a taktyczne rozgrywki mają drugorzędne znaczenie wobec elementarnej konieczności przetrwania.

W tym sensie Ronde van Vlaanderen jest wyścigiem bardziej sprawiedliwym, nawet jeśli spektakularna kraksa trójki pretendentów na Oude Kwaremoncie z zeszłorocznej edycji imprezy z powodzeniem może aspirować do miana katastrof dekady, obok wirażu Daniela Martina w Liege i ostatniej prostej Fernando Gavirii w Sanremo. Faworyt przewracający się metry od linii mety? To już było. Faworyt jednym manewrem eliminujący siebie samego i dwóch najgroźniejszych rywali? That’s a bingo!

Osobliwa sytuacja sprzed roku nie zmienia jednak faktu, że w obliczu nieco bardziej przewidywalnego niż Paris-Roubaix wyścigu i ogromnego skumulowanego wysiłku związanego z pokonywaniem stromych brukowanych hellingen, o zwycięstwo w Ronde van Vlaanderen co do zasady walczą najlepsi specjaliści od północnych klasyków, a triumf kolarza spoza ścisłego grona faworytów jest rzadkością.

Na trasie Flandryjskiej Piękności, którą znany z lingwistycznych akrobacji Andrea Tafi nazwał kiedyś drogą krzyżową, również mają miejsce liczne defekty i kraksy. Wąskie i kręte drogi, nieco przyjaźniejsze kolarzom “ardeńskie” kocie łby i doskonale nadające się do przeprowadzania niezliczonych ataków sztywne podjazdy sprawiają jednak, że o ostatecznych losach wyścigu decyduje nie rządząca się pewną przypadkowością eliminacja od tyłu, ale mierzona w watach moc i zaprawiona szczyptą taktycznego błysku zdolność inicjowania ofensywnych akcji.

Przebieg trasy Ronde van Vlaanderen regularnie ulega różnego typu korektom, zazwyczaj daleko wybiegającym poza zakres kosmetycznych poprawek. Po licznych trzęsieniach ziemi w ostatnich latach związanych najpierw z usunięciem z trasy ikonicznego Muur van Geraardsbergen, przesunięciu startu z Brugii do Antwerpii, a następnie umieszczeniu wizytówki De Ronde w zupełnie innym miejscu, organizatorzy tym razem postanowili ostudzić emocje i dać schematowi z ubiegłego roku kolejną szansę. W końcu przyczynił się on do wykreowania widowiska najwyższej próby, a życie dostatecznie często udowadnia, że lepsze jest wrogiem dobrego.

102. edycja Ronde van Vlaanderen wystartuje zatem z położonej w północno-wschodniej części kraju Antwerpii, a głównym zadaniem otwierającej fazy wyścigu – poza dostarczeniem solidnej rozgrzewki przed czekającym zawodników wysiłkiem – będzie szybkie i sprawne przeniesienie rywalizacji w najbardziej pofałdowaną część Flandrii, nieformalnie nazywaną Vlaamse Ardennen. Wiąże się to z koniecznością pokonania ok. 110 kilometrów liczącej łącznie 267 kilometrów trasy, a odcinek ten zawierać będzie na przetarcie dwa brukowane sektory: Lipperhovestraat i Paddestraat.

Po pokonaniu otwierającego rywalizację płaskiego odcinka peleton w charakterystyczny sposób meandrować zacznie wśród wąskich i krętych dróg prowadzących przez najsłynniejsze z pokrytych kocimi łbami podjazdów, w łącznej liczbie 18. Zdająca się nie mieć końca sinusoida tradycyjnie rozpocznie się z przytupem – od Oude Kwaremontu, a po nim nastąpią odpowiednio KortekeerEdelareWolvenbergLebergBerendries i Tenbosse.

Mniej więcej w tym miejscu przed rokiem prosiłam o zaczerpnięcie tchu w tej wyliczance by zaznaczyć, że na trasę powraca ikoniczny, legendarny i majestatyczny Muur-Kapelmuur a.k.a. Muur de Geraardsbergen. I że pokonywany 100 kilometrów od linii mety będzie miał na losy wyścigu wpływ bardziej marginalny, niż marginal gains na wyniki Team Sky.

Cóż, od czasu opublikowania tych kompromitujących mnie jako analityka sportowego słów dowiedzieliśmy się dwóch rzeczy: przy odrobinie szczęścia (tej odrobinie z Oude Kwaremontu) samobójczy atak nawet w tak wczesnej fazie wyścigu może przerodzić się w jedno z najbardziej epickich zwycięstw w historii imprezy, a marginalne korzyści brytyjskiej ekipy trudno dalej nazywać marginalnymi, skoro mierzy się je w wartościach czterocyfrowych.

Muur van Geraardsbergen od pierwszego przejazdu przez sekwencję Oude Kwaremontu i Paterbergu dzielić będą Pottelberg i Kanarienberg, a po pokonaniu przez peleton najtrudniejszego podjazdu dnia – Koppenbergu i następującego po nim Steenbeekdries, rozpocznie się decydująca faza zmagań.

Otworzy ją automatycznie przywołujący na myśl Toma Boonena i stanowiący idealną platformę do przepuszczenia ataku Taaienberg, a trzema ostatnimi podjazdami na trasie 102. edycji Flandryjskiej Piękności tradycyjnie będą KruisbergOude Kwaremont i Paterberg. Ostatnią sekwencję ikonicznych hellingen od linii mety w Oudenaarde dzielić będzie 17 kilometrów.

Przed dwoma laty rozgrywane na brukach monumenty zapowiadane były jako rywalizacja Petera Sagana z resztą świata, podczas gdy w minionym sezonie oczekiwaliśmy wielkich pojedynków pomiędzy nim i znajdującym się w wybornej formie Gregiem Van Avermaetem. Jaki typ narracji dominuje tym razem? Pytanie, czy ktokolwiek zdoła przechytrzyć ekipę Quick-Step Floors.

Dominacja drużyny Patricka Lefevere’a od czasu powrotu do Belgii po włoskich wojażach nie podlega dyskusji, podobnie jak rola Philippe Gilberta jako pierwszego z wielu liderów ekipy – tak ze względu na doświadczenie, jak wywalczony przed rokiem tytuł. O ile jednak Quick-Step Floors bez dwóch zdań stanie na linii startu w Antwerpii w zdecydowanie najmocniejszym składzie, stawianie w ciemno na tylko jednego reprezentującego jej barwy zawodnika wydaje się co najmniej ryzykowne – nie od dziś wiadomo, że dyrektorzy sportowi belgijskiej drużyny wyjątkowo sprawnie żonglują rozwiązaniami taktycznymi w zależności od rozwoju sytuacji na trasie, a kiedy pojawia się szansa na odniesienie zwycięstwa, nazwisko i narodowość triumfatora ma znaczenie drugorzędne. Nie wiadomo natomiast, dlaczego za każdym razem kiedy blokada maszyny losującej zostaje zwolniona, to Zdenek Stybar wyciąga ułamaną zapałkę. Obok obrońcy tytułu i jak dotąd niezdolnego wykorzystać pełni swego ogromnego potencjału Czecha do walki w barwach ekipy Patricka Lefevere’a przystąpią więc bohaterowie ostatnich tygodni, Niki Terpstra i Yves Lampaert, pozostając nie bez szans. W takiej sytuacji wydaje się, że Quick-Step Floors rozpocznie rywalizację z wszystkimi asami w kieszeni, i chociaż nie będą dysponować jednostkowo najmocniejszym zawodnikiem, posiadać będą nad resztą stawki ogromną taktyczną przewagę. Jak powinni ją wykorzystać? Zaatakować wcześnie. Czy posiadają słaby punkt? W sprincie z małej grupy najprawdopodobniej przegrają z pozostałymi faworytami. Wiemy zatem, kto i jak może ich pokonać.

Kiedy sezon układa się tak, jak ten tegoroczny, wyjątkowo trudno jest wysnuwać wnioski na temat formy Petera Sagana (Bora-hansgrohe). Fatalny występ w E3 Harelbeke i następujący po nim triumf lub skuteczna jazda w Gent-Wevelgem powoli stają się powtarzalnym w odniesieniu do tego zawodnika schematem, a sukces w tym drugim przed dwoma laty zwiastował pierwszy triumf Słowaka w kolarskim monumencie. Problem jednak w tym, że mistrz świata w ostatnim czasie większy nacisk zdaje się kłaść na show niż rezultaty o czysto sportowym wymiarze. I również w tym, że przy stawce faworytów tak wyrównanej jak obecnie, Sagan ma tendencję do odmowy współpracy nawet wtedy, kiedy byłoby mu to wyraźnie na rękę, podobnie jak podejmowania innych, niezrozumiałych decyzji. Wydaje się również, że Bora-hansgrohe jak dotąd nie najlepiej radzi sobie z wykorzystaniem potencjału Daniela Ossa, którego umiejętność czytania wyścigu i rozwinięty zmysł taktyczny powinny być cenione wyżej od generowanej przez niego mocy, a rzucony w wir akcji w decydującej fazie rywalizacji – tak, jak rozwiązywali to w BMC – przydałby się ekipie bardziej, niż pedałując u boku mistrza świata. Pomimo tych mankamentów, Sagan wystartuje w 102. edycji De Ronde jako zawodnik o predyspozycjach najlepiej wpisujących się w stawiane przez niedzielny wyścig wyzwania, dynamiczny na brukowanych podjazdach i najszybszy w sprincie z małej grupy. Jeśli więc przystąpi do rywalizacji dostatecznie zmotywowany, a na trasie uniknie kraks, taktycznych wpadek i elementów gwiazdorzenia, powinien stanąć na najwyższym stopniu podium w Oudenaarde.

Greg Van Avermaet (BMC Racing) jest odrobinę mniej dynamiczny na podjazdach i teoretycznie wolniejszy w sprinterskich pojedynkach, co nie przeszkodziło mu w seryjnym pokonywaniu Sagana ubiegłej wiosny. To on był najmocniejszym zawodnikiem zeszłorocznej edycji Ronde van Vlaanderen, co udowodnił heroiczną pogonią za słabnącym Philippe Gilbertem po kraksie na Oude Kwaremoncie. W tym sezonie jak dotąd nie imponował, jednak jego forma w ostatnich tygodniach zdawała się rosnąć, a brak wcześniejszych sukcesów zostanie mu szybko zapomniany, jeśli sięgnie po zwycięstwo w dotychczas umykającej mu Flandryjskiej Piękności. Strata Daniela Ossa musi być odczuwalna, jednak w jego roli szybko odnalazł się występujący tu w podwójnej roli – pomocnika i planu B – Jurgen Roelandts.

Sep Vanmarcke (EF Education First) tak bardzo nie radzi sobie z przekuciem swojej fenomenalnej dyspozycji w odzwierciedlające ją wyniki sportowe, że trudno nie trzymać za niego kciuków. W jaki sposób jednak miałby zwyciężyć? Nie powinien on podpalać się wczesnymi akcjami zawodników Quick-Stepu, a jednocześnie musi poprzedzić ataki kolarzy ze ścisłego grona faworytów. Trudne.

Na sprint nie może czekać również imponujący tej wiosny Tiesj Benoot (Lotto Soudal), który dzięki swojej formie i agresywnemu nastawieniu wydaje się najbliższy powtórzeniu akcji Philippe Gilberta sprzed roku. Po jego sukcesie w Strade Bianche wprowadzenie w życie takiego scenariusza wydaje się w rzeczywistości mało prawdopodobne – rywale nie będą skorzy do zignorowania jakiejkolwiek jego akcji – jednak powinien on przyczynić się do wczesnego otwarcia decydującej fazy rywalizacji, a tym samym wykreowania ekscytującego widowiska.

Kontynuując karciane porównania, o ile ekipa Quick-Step Floors trzyma w rękawie wszystkie asy, w wyścigu nie zabraknie też jokerów w postaci Wouta Van Aerta (Verandas Willems-Crelan), Michała Kwiatkowskiego (Team Sky) i Vincenzo Nibalego (Bahrain-Merida). Każdy z nich w przeszłości dowiódł, że jest w stanie rywalizować na brukach z najlepszymi, a jednocześnie każdemu z nich brakuje w porównaniu do wymienionych już specjalistów doświadczenia i z różnych powodów można postawić przy ich nazwiskach znaki zapytania. Panuje opinia, że trasa De Ronde jeszcze w tym roku okaże się dla debiutującego mistrza świata w przełajach zbyt wymagająca, podczas gdy brak solidnych fundamentów położonych pod pierwszy punkt kulminacyjny kampanii północnych klasyków ma się zemścić na dwóch pozostałych. Może się jednak okazać, że to właśnie świeżość i fenomenalna umiejętność czytania wyścigu okażą się atutami Polaka i Włocha, a jednemu z nich uda się zaskoczyć taktycznie zabetonowaną stawkę faworytów.

Innymi zawodnikami, którzy mogą się liczyć w decydującej rozgrywce są Oliver Naesen (Ag2r-La Mondiale), Gianni Moscon (Team Sky), Jasper Stuyven (Trek-Segafredo), Matteo Trentin (Mitchelton-Scott), Michael Valgren (Astana), Alexander Kristoff (UAE Team Emirates), Edvald Boasson Hagen (Dimension Data), Arnaud Demare (Groupama-FDJ) i Sonny Colbrelli (Bahrain-Merida).

Wyścig Ronde van Vlaanderen 2018 zostanie rozegrany w niedzielę, 1 kwietnia.
Wyścig zostanie w całości pokazany przez stację Eurosport, a relacja rozpocznie się o godz. 10:30.