fot. Marta Wiśniewska / Naszosie.pl

Głównie w towarzystwie rodziny, sąsiadów i znajomych z rodzinnego miasta Barczewa, położonego na Warmii, Małgorzata Jasińska (Movistar) opowiadała o sezonie 2018 oraz o życiu profesjonalnej kolarki. Dla nas była to okazja do spokojnego porozmawiania o cennych doświadczeniach z przeszłości, a także o perspektywach na przyszłość – oto wywiad z podwójną mistrzynią Polski i piątą kolarką świata.  

Sezon 2018 był jak dotąd twoim najlepszym w karierze, prawda? 

Tak, to prawda. Z jednej strony niespodziewanie, ale z drugiej strony spodziewałam się tego, ponieważ ciężko na to pracowałam i bardzo na to liczyłam. Według mnie tytuł podwójnej mistrzyni Polski to był całkiem niezły wyczyn (śmiech), ale przede wszystkim piąte miejsce w wyścigu o mistrzostwo świata [w Innsbrucku] i szóste w Ronde van Vlaanderen – to były moje najlepsze wyniki.

Który wyścig bardziej zapadł tobie w pamięci – mistrzostwa świata czy “Flandria”? 

Dzisiaj jeden z moich trenerów w Movistarze, który analizuje nasze tętna wysiłkowe i spoczynkowe zapytał mnie, w którym wyścigu jechało mi się najlżej. Odpowiedziałam, że w Ronde van Vlaanderen, ponieważ to właśnie tam po raz pierwszy dotknęłam światowej czołówki. Chociaż mistrzostwa świata… [Gosia chwilę się zastanawia] W sumie wystartowałam w tym wyścigu jako pomocnik, a dzięki odważnej jeździe i walce udało mi się osiągnąć dobry wynik.

Mistrzostwa Świata w Innsbrucku charakteryzowały się jedną z najbardziej wymagających tras w ostatnich latach, a do tego bardzo mocna była obsada. Co prawda Anna van der Breggen (Holandia) była poza zasięgiem, ale ty niemal do końca wyścigu jechałaś w grupce, która walczyła o medale. 

Tak, były mocne nazwiska, ale przede wszystkim, i to mówią mi moi znajomi i kibice, widać było moją walkę na trasie. Dałam z siebie wszystko i za każdym atakiem o medal – czy to Anny van der Breggen, Amandy Spratt czy Tatiany Guderzo, próbowałam stanąć w pedały i walczyć o medal. Tym razem się nie udało, ale za to po raz pierwszy w karierze przekonałam się, że na każdej trasie mogę pokazać się z dobrej strony.

Wciąż pamiętam twoje koleżanki z drużyny, m.in. Kasię Niewiadomą i Anię Plichtę, które rozmawiając z nami po wyścigu wzruszone mówiły głównie o tobie, wyrażając radość z twojego piątego miejsca. To było niesamowite i myślę, że wiele mówi o twojej postawie, twojej osobowości i samym wyniku. 

Jest mi bardzo miło, ale myślę, że stało się tak dlatego, że nigdy wcześniej nie byłam na mistrzostwach świata liderką. Zawsze dawałam przysłowiowe sto dziesięć procent swoim koleżankom i tak samo było w drużynach, w których się ścigałam. Zawsze miałam do wykonania jakieś zadanie. W Innsbrucku zrobiłam to, co do mnie należało, ale ostatecznie wyścig potoczył się z korzyścią dla mnie.

W dniu wyścigu o mistrzostwo zakłada się biało-czerwoną koszulkę i jedzie się pod szyldem reprezentacji, ale przecież na co dzień pracuje się z trenerami i dyrektorami sportowymi w drużynach. Czy Movistar pomógł tobie w jakikolwiek sposób przed tym startem? 

Tak, trener z Movistaru wysłał nam kilka wskazówek, ale one pokryły się taktyką trenera kadry [Mariusza Mazura]. Zrealizowałam więc te polecenia od dwóch niezależnych osób.

Pozwolę sobie wrócić na chwilę do wyścigu Ronde van Vlaanderen – bardzo dobrze znamy wyścig mężczyzn, wiemy, że jest to jeden z najpiękniejszych wyścigów w sezonie, że akcja wyścigu jest wartka, że wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie, a w dodatku Belgowie przeżywają niemal święto narodowe. Tak samo jest w wyścigu kobiet? 

Tak, przed każdym muurem musisz być z przodu, dlatego bardzo ważna jest drużyna, która ustawia swojego lidera na jak najlepszej pozycji. Trzeba też umiejętnie gospodarować siłami, i mnie dopiero w tym roku udało mi się tego dokonać. Dyrektor sportowy powiedział mi, że do trzech-czterech ostatnich muurów mam się nie wychylać i zaufać koleżankom. Na trzydziestym kilometrze przewróciłam się i zobaczyłam, jak mocna jest moja ekipa, ponieważ wszystkie koleżanki na mnie czekały. Po tym upadku i sytuacji, która po nim nastąpiła, miałam niejako obowiązek dobrze wypaść w tym wyścigu.

Międzynarodowa Unia Kolarska (UCI) chce zorganizować wyścig Paryż-Roubaix dla kobiet, z mniejszą liczbą brukowanych sektorów i z krótszym dystansem. To dobry pomysł? 

Jestem chętna, bo lubię, gdy jest ciężko. Co prawda moja trenerka mentalna [prywatnie siostra Gosi Jasińskiej] mówi, że muszę nauczyć się wierzyć, że mogę wygrywać lub notować wysokie lokaty również w łatwiejszych wyścigach, ale myślę, że start w “Piekle Północy” stanowiłby miłe zwieńczenie mojej kariery.

W przypadku mężczyzn jest jednak tak, że predestynowani do zajęcia wysokich miejsc w Paryż-Roubaix są ci lepiej zbudowani, po prostu ciężsi. Tymczasem patrząc na ciebie, myślę, że musiałabyś przybrać na wadze kilka kilogramów (śmiech). 

(śmiech) Ale średnia waga w kobiecym peletonie jest niższa niż moja waga, więc mam jeszcze co zrzucać. W razie potrzeby byłabym w lepszej sytuacji niż moje rywalki.

18 grudnia w siedzibie sponsora drużyny Movistar w Madrycie odbędzie się oficjalna prezentacja. Pewnie się tam wybierasz? 

Tak, będę z drużyną już 17 grudnia i będę miała bike fitting na rowerze czasowym, więc mam nadzieję, że jeszcze bardziej uda mi się poprawić moją jazdę na czas.

Kiedy rozpoczynacie przygotowania do sezonu 2019?

Zgrupowanie z drużyną mamy w połowie lutego – pewnie jak w poprzednim roku w Calpe, między wyścigami w Walencji, ale ja już w piątek wylatuję do Włoch, gdzie spotkam się z moim trenerem. Z pewnością ułoży mi on ciężki plan treningowy, bo poprzedni sezon przygotowawczy nie potoczył się do końca po mojej myśli. Jednak nic nie dzieje się bez przyczyny, więc wszystko jest na dobrej drodze.

A czy zasugerujesz jakieś zmiany w kalendarzu startów? Może jakiś wyścig chciałabyś dodać lub opuścić w porównaniu do tych, w których brałaś udział w minionym sezonie?

Rozmawialiśmy już o tym wstępnie na pierwszym zgrupowaniu organizacyjnym pod koniec października. Chciałam opuścić te płaskie wyścigi, ale powiedziano mi, że one będą dla mnie przygotowaniem do innych, ważniejszych. Chciałabym również wystartować w Ovo Energy Women’s Tour przed mistrzostwami Polski, w mistrzostwach Europy i we wrześniu w Boels Ladies Tour.

Włoska prasa donosi, że w przyszłorocznej edycji Giro Rosa ma być legendarna przełęcz Passo di Gavia. Co o tym myślisz?

Przyznam szczerze, że tę przełęcz znam tylko z telewizji i z opowiadań. W tym roku był Zoncolan, a to też niezła góra. Jeśli idzie o Gavię, to na pewno trzeba będzie się namęczyć, by tam wjechać. Tutaj wracamy do twojego pytania o kilogramy – albo Paryż-Roubaix, albo Giro Rosa (śmiech).

Rozważasz start w igrzyskach olimpijskich w Tokio?

Tak, trochę już o tym myślę, ponieważ jest to jeden z moich większych celów. Wiadomo jednak, jak jest w kolarstwie i w życiu – wystarczy jedna chwila i już może cię nie być.

Klasyczna, choć jednocześnie wymagająca trasa mistrzostw świata w Yorkshire teoretycznie bardzo tobie odpowiada. Myślisz już o kolejnym światowym czempionacie?

Mam gęsią skórkę na myśl o tym wyścigu, ale na razie chcę skoncentrować się na przygotowaniach do sezonu. Zdarzyło się tak, a nie inaczej, że rozpoczynam je dwa tygodnie później, ale myślę, że ten przymusowy odpoczynek wyjdzie mi na dobre. Sezon zacznę od klasyków i zobaczę, czy noga będzie podawać.

Właśnie. Domyślam się, że trochę późniejsze rozpoczęcie przygotowań jest związane z zabiegiem, który przeszłaś, a o którym poinformowałaś w mediach społecznościowych. Wszystko jest w porządku, czujesz się dobrze?

Tak, to był przymusowy zabieg, który w jakimś sensie sprawi, że będzie mi się lepiej jeździło na rowerze, ale przede wszystkim musiałam się mu poddać ze względu na zdrowie. Nie mogłam tej sprawy odwlekać. Teraz wracam do zdrowia – wprawdzie będą jeszcze jakieś kontrole, ale wznowiłam już treningi. Jestem głodna jazdy na rowerze i mam nadzieję, że ziści się to już 1 grudnia.

W Barczewie rozmawiała Marta Wiśniewska