Michał Kapusta / naszosie.pl

Kolarski świat pogrążył się w głębokim szoku, smutku i niedowierzaniu. W wypadku podczas treningu zginął Michele Scarponi – jedyny w swoim rodzaju, najsympatyczniejszy człowiek peletonu.

Płaczą Włochy, płacze kolarski peleton, płacze cały świat

Wiadomość o śmierci Michele Scarponiego dotarła do nas w drodze powrotnej z Tour of The Alps – wyścigu, który okazał się ostatnim w bogatej karierze kolarza Astany. Ostatni triumf, ostatni wyścig, ostatnie wywiady… Każde spotkanie z Michele tworzyło atmosferę, która sprawiała, że natychmiast czuliśmy się jak w rodzinie. Włoch roztaczał wokół siebie niezwykle dobrą aurę, potrafił przyciągnąć swoim humorem, energią i pozytywnym podejściem do życia. Jego charakter nie pozwalał czuć się zwycięzcą Giro d’Italia 2011 – Włoch nie zaakceptował dyskwalifikacji Alberto Contadora i nie przyjął nagrody. Nawet w gorszych momentach, porażkach, nie zdarzało mu się narzekać – najświeższym przykładem może być ostatni etap Tour of The Alps, w którym Scarpa miał atakować podium klasyfikacji generalnej. Zadanie się nie powiodło, ale pierwszymi słowami, które usłyszałem od Michele po przekroczeniu linii mety dwie sekundy za triumfatorem Thibaut Pinot, było

Dobra robota, Thibaut!

W ostatnich latach doświadczony kolarz nie mógł znaleźć formy sprzed kilku sezonów, nie walczył już o najwyższe laury. Co z tego? Vincenzo Nibali w czasie Giro d’Italia 2016 przyznawał, że ciężkie dwa tygodnie i porażki z rywalami przetrwał głównie dzięki Scarponiemu, który zawsze potrafił znaleźć słowo otuchy, pocieszyć i dodać sił. Podobnie w tym roku – Astana długo pozostawała jedyną drużyną WorldTour, która nie była w stanie zwyciężyć. Udało się to właśnie Michele na pierwszym etapie Tour of The Alps.

Cieszę się ze zwycięstwa, ale nie mam nic przeciwko kolejnym. To bardzo ważny moment dla całej Astany. Na pewno podniesie morale i pozwoli optymistycznie patrzeć w przyszłość

– mówił po tym sukcesie, niestety ostatnim, Scarponi.

Wspomnień o Michele Scarponim jest wiele. Każdy, kto widział się z nim chociażby przez pięć minut, stawał się jego przyjacielem. Kolarski świat wyraża swój żal na różne sposoby – portale społecznościowe zawrzały i wypełniły się nawet krótkimi wpisami zszokowanych kolarzy, kibiców, dyrektorów sportowych – wszystkich uwielbiających jedynego w swoim rodzaju sportowca. Nie był najbardziej utytułowany, najlepszy. Jego siłą było podejście do życia, które sprawiało, że Scarponi nie miał rywali – sportowa walka była jednym, ale przy triumfach Włocha każdy chciał mu pogratulować, a po jego porażkach każdy słyszał dobre słowo i gratulacje.

Michele Scarponi był wielkim profesjonalistą z wielką miłością do swojej pracy. Przede wszystkim był przesympatycznym człowiekiem – zawsze miły, radosny i dostępny dla wszystkich. Jego przykład powinien być wzorem dla wszystkich uprawiających ten sport

– pożegnał zawodnika menedżer generalny Tour of The Alps, Maurizio Evangelista.

W naszej redakcji znał go prawie każdy. Widywaliśmy go z reguły na Giro del Trentino, kiedy to pełen pozytywnej energii potrafił poprawiać nam humor i pokazywać co w kolarstwie jest najważniejsze. Wspomnienia o nim zostaną w naszych głowach na zawsze, przypominając o tym jak wartościowe potrafi być jedno ziemskie istnienie.

To chyba najgorszy powrót z wyścigu w moim życiu. Kiedy pędziliśmy autostradą w kierunku Bergamo, nasz kierowca Alessandro nerwowo machnął ręką w naszym kierunku mówiąc “Scarponi e morto” i pokazując znak krzyża. Momentalnie się przebudziliśmy, rozumiejąc powagę sytuacji. Wszyscy mieliśmy łzy w oczach. 24 godziny wcześniej, stojąc na starcie w Smarano, Michele podszedł do mnie i szeroko się uśmiechnął. Na pytanie “how are you” odpowiedział w swoim stylu “tutto bene”. Radosny udał się na start ostatniego etapu w swoim życiu. Poznałem go w niedzielę, a czuję, jakby odszedł mój wieloletni kolega

– Dawid Gruntkowski, wracający z Tour of The Alps.

Poznałem Michele kilka lat temu na wyścigu w Trentino. Wiecznie uśmiechnięty, pozytywnie nastawiony do wszystkich wokół. Nie zapomnę jego “Ciao Polaco” i tej życzliwości, którą emanował w zaciszu hotelowych kanap, na starcie oraz na metach po ciężkich etapach. Cieszyłem się jak wariat w Wielkanocny poniedziałek, gdy “Scarpa” utarł nosa innym kolarzom i wygrał w pięknym stylu w Innsbrucku. Nie spodziewałem się, że za kilka dni przegra nierówną walkę także na szosie. Dla mnie kolorowy peleton już nie będzie od dziś taki sam…

– Arek Waluga.

Nie miałem okazji poznać czy porozmawiać z Michele tak jak koledzy. Nie mogę też powiedzieć, że byłem jego wielkim fanem i kibicem. Taka strata dotyka jednak niezależnie od sympatii. Czytając wszystkie wspomnienia i historie przytaczane o Scarponim wydaje się niesłychane, że w dobie pomiarów mocy, liczników kadencji, pulsometrów, liczb, cyfr i “robotyzacji” kolarstwa wciąż jest…był ktoś, kto trenował z papugą na ramieniu.

Ta sytuacja pokazuje, że wypadki na drodze mogą zdarzyć się każdemu. Kierowcy – uważajcie, patrzcie w lusterka, zwolnijcie. Po Michele zapłacze nie tylko jego rodzina i Frankie, a cały kolarski świat.

– Kuba Szymański.

Mimo że w ostatnim czasie nie dotknęła mnie strata najbliższej osoby, to odchodzą moi znajomi, sąsiedzi, najbliżsi moich przyjaciół, a także ludzie kultury. W tych trudnych chwilach odskocznią jest dla mnie kolarstwo. Na rower wybrałam się także dziś, kilka godzin po śmierci Scarpy, ale tym razem jazda na dwóch kółkach nie była dla mnie czystą przyjemnością… Życie ponownie z nas zadrwiło, bo zabrało pełnego pasji kolarza w momencie, gdy wykonywał swoją pracę i jednocześnie oddawał się swojemu hobby. Nie dane nam jest pojąć wiele, także i tego teraz nie zrozumiemy. Ponieważ nie poznałam Scarponiego osobiście, trafił on do grona tych, których żałuję, że nie zdążyłam spotkać. Mam nadzieję, że po drugiej stronie urządzimy sobie taki wyścig, o jakim tu na ziemi nawet nam się nie śniło

– Marta Wiśniewska

Nie przypisywał sobie cudzych sukcesów, ani nie wyolbrzymiał własnych. Nie było sytuacji, z której nie potrafiłby zażartować, ani zdjęcia, na którym by się nie uśmiechał. Nie był wyłącznie jednym z wielu kolarzy zawodowego peletonu, był osobowością, promieniem słońca. Jedną z tych postaci, które na moment pozwalają zapomnieć o upływie czasu i istnieniu śmierci. Ta jednak wymyka się ludzkim prawom. Odszedł tragicznie i zbyt wcześnie, jednak jego krótkie życie było po brzegi wypełnione radością i pasją. To znacznie więcej, niż większość z nas śmie sobie wymarzyć. Zszedł ze sceny jako zwycięzca, a my zapamiętamy go triumfującego w Insbrucku i przemierzającego włoskie szosy z przyjacielem Frankje na ramieniu. Dziękuję za każdy uśmiech, Michele

– Aleksandra Górska

Reakcja kolarskiego świata na śmierć Michele pokazuje, jak niezwykłym był człowiekiem –  ciepły, zawsze uśmiechnięty. Poznałem go w 2011 roku, podczas Tour de Pologne. W rozmowie z nami był niesamowicie wyluzowany, bezpośredni, przyjacielski, odpowiadał  z humorem. Podczas zeszłorocznego Giro del Trentino, na mecie etapu w Cles widziałem go ostatni raz. Tulącego swoich dwóch synów… Spoczywaj w pokoju Amigo…

– Marek Bala

Nie wierzę, siedzę i płacze… zginął przyjaciel z którym wielokrotnie rozmawiałem, a każdy wywiad kończył się ” ja nie autoryzuje z tobą wywiadów ale zredaguj tak, byś nie pisał dementii…” i uśmiech od ucha do ucha… Taki pozostanie w mojej pamięci. Kondolencje dla żony Anny i bliźniaków.

– Artur Machnik

Michele Scarponi wrócił z Tour of The Alps do domu w piątek w nocy. W sobotę o ósmej rano był już na rowerze – pożegnał się z rodziną wychodząc na trening i nigdy nie wrócił. Jego profesjonalizm i miłość do kolarstwa przyniosły okrutny los.

Michele Scarponi rozpoczął profesjonalną karierę kolarską w 2002 roku. Był nieocenionym pomocnikiem, tym ostatnim, który wypracowywał najlepszą pozycję swoim liderom. Śmiało można stwierdzić, że bez niego nie byłoby zwycięstw Vincenzo Nibalego w Giro d`Italia w 2014 i 2016 roku. Sam “Rekin z Messyny” przyznał w poprzednim sezonie, że to dzięki Scarpie przetrwał kryzys i zmotywował się do walki o zwycięstwo.

Scarponi, jak większość Włochów, był kilkuletnim chłopcem, gdy zaczął jeździć na rowerze. Z okazji pierwszej komunii świętej dostał rower Bianchi, z którym wstąpił do lokalnego klubu kolarskiego. Jednym z jego pierwszych i najważniejszych zwycięstw jest mistrzostwo Włoch juniorów, które zdobył w wieku 17 lat.

Mieszkając w górskim regionie Le Marche oszlifował swój talent kolarza predestynowanego do wyścigów etapowych, stając się jednym z najlepszych w tej dyscyplinie. Do jego największych osobistych sukcesów należą zwycięstwa w klasyfikacjach generalnych Tirreno-Adriatico (2009), Giro del Trentino (2009) oraz Volta Ciclista a Catalunya (2011). Trzykrotnie wygrywał także etapy w swoim domowym wielkim tourze. Mimo iż był bardzo dobrym kolarzem, to zawsze wszystkim uświadamiał, że istnieją ważniejsze rzeczy w życiu niż jazda na rowerze.