Archiwum prywatne Przemysława Niemca

Równo trzy lata temu Michele Scarponi zginął potrącony przez samochód. Włoch swoje ostatnie sezony spędził w Astanie, ale najpiękniejsze chwile w swojej karierze przeżywał w Lampre, gdzie przez trzy lata jeździł z Przemysławem Niemcem. Postanowiliśmy więc zadzwonić do wychowanka Sokoła Kęty i zapytać o wspomnienia związane ze “Scarpą”. Zapraszamy do lektury.

Pamiętasz swój pierwszy kontakt ze Scarponim? To było dopiero w Lampre, czy już wcześniej podczas wyścigów mieliście okazję się poznać?

Gdy on był zawodnikiem Androni, ja jeździłem w Miche. Obie grupy bardzo często jeździły we włoskich wyścigach, więc siłą rzeczy często mieliśmy okazję ze sobą rywalizować. Pamiętam, że w kwietniu 2010 roku obaj braliśmy udział w Bergamasce. On wygrał, a ja byłem trzeci. To było rok przed naszym transferem do Lampre. Obaj już wtedy wiedzieliśmy, że tam przejdziemy i między etapami często poruszaliśmy ten temat, czasem sobie nawet trochę z tego żartowaliśmy.

Już wtedy byliście dobrymi kolegami?

Na włoskich wyścigach generalnie jest tak, że pół peletonu się zna, ale nasza relacja nie była jakaś specjalnie bliska. Nie było tak, że gadaliśmy ze sobą godzinami. To była raczej znajomość na zasadzie “cześć – cześć”. Czasem zawiązaliśmy jakąś krótszą rozmowę, ale to w zasadzie tyle, choć oczywiście z biegiem lat ten nasz kontakt był coraz lepszy.

Pewnie budowanie relacji ułatwiały osiągane wyniki. Już w waszym pierwszym sezonie w Lampre pojawiły się sukcesy…

Myślę, że to kilka lat w Androni, w drugiej dywizji dobrze mu zrobiło. Nabrał drugiej świeżości i praktycznie od razu wystrzelił z grubej rury. Przecież zaczął szaleć już w swoim pierwszym roku w Lampre. Po dyskwalifikacji Contadora wygrał Giro d’Italia. Wygrał też Giro del Trentino oraz Volta a Catalunya i miał kilka innych bardzo dobrych wyników.

Czułeś, że to także twoje sukcesy?

Miałem ten zaszczyt, że przez wiele lat byłem jego ostatnim pomocnikiem. Po mojej pracy jemu zostało “tylko” wykończenie tego, co wcześniej zrobiliśmy jako drużyna. Często było tak, że ja odbijałem jakieś 500 metrów przed metą, a chwilę później Michele albo wygrywał etap, albo kończył go w trójce. Wtedy czułem się tak, jakbym to ja wygrał, bo wiedziałem, że część tego sukcesu, to była także moja zasługa. Michele też to doceniał. Bardzo się o nas troszczył, zawsze dziękował nam za wykonaną pracę. Był takim liderem, dla którego chciało się pracować.

Wyrażał swoją wdzięczność również materialnie? Niektórzy liderzy wręczają swoim gregario zegarki. On też tak robił?

Do dziś mam tablet, który dostałem od niego w 2012 roku. To było podczas zgrupowania na Etnie. Byłem wtedy w pokoju razem z nim i Alessandro Spezialettim. Któregoś dnia powiedział nam, żebyśmy jechali na trening bez niego. Po kilku godzinach wróciliśmy, weszliśmy do pokoju i okazało się, że na naszych łóżkach leżą wypasione tablety. Dziś może nie robią już takiego wrażenia, ale wtedy to był jeden z najlepszych modeli dostępnych na rynku. Oczywiście szybko okazało się, że to prezent od Michele, który chciał nam w ten sposób podziękować za wygrane Giro.

Poza tym to właśnie on fundował nam większość zgrupowań przed wielkimi tourami. W tamtych czasach ekipy nie angażowały się tak bardzo w przygotowanie zawodników do startów. Mieliśmy tylko dwa zgrupowania na początku zimy, w lutym robiliśmy sobie obóz wysokościowy na Etnie i to było w zasadzie tyle. Wszystko poza tym było naszą indywidualną sprawą. Michele wiedział, że będzie nas potrzebować na Giro czy na Vuelcie, więc konsultował się z szefostwem ekipy i trenerami. Potem wszystko załatwiał i opłacał, dzięki czemu mogliśmy się lepiej zgrać przed najważniejszymi wyścigami.

Bycie pomocnikiem ma jednak swoje minusy. Trzeba odsunąć swoje osobiste ambicje na dalszy plan. Tak jak ty w Giro 2013. Zająłeś wtedy świetne 6. miejsce w klasyfikacji generalnej. Czy choćby przez moment wkurzało cię to, że twoja rola ograniczyła szanse na zajęcie jeszcze wyższej lokaty?

Nie myślałem o tym w ten sposób. Wychodziłem z założenia, że to i tak wielki sukces, że udało mi się zająć tak wysokie miejsce w wielkim tourze, będąc pomocnikiem. Moje zadania od początku były jasne, miałem pomóc Michele w wygraniu Giro. Były dwa takie etapy, na których miał chwile słabości, a ja zostałem poproszony przez radio, żebym na niego poczekał i nie miałem z tym żadnego problemu. Nie było takich scen, jak choćby w zeszłym roku na Vuelcie, gdy Marc Soler protestował przeciwko decyzji dyrektorów sportowych. Po prostu poczekałem, a potem razem z Michele robiliśmy wszystko, by zminimalizować straty. Być może gdyby nie moja rola, skończyłbym to Giro piąty, czwarty czy nawet trzeci, ale nie myślałem takimi kategoriami, bo nie przyjechałem do Włoch po klasyfikację generalną, tylko po to, by pomóc liderowi. To, że wtedy miałem swoje pięć minut, traktowałem jako coś ekstra.

Wspominałeś o Solerze, czy jako człowiek, który spędził całe lata u boku lidera, rozumiesz takie zachowanie?

Doskonale rozumiem. Tacy są młodzi kolarze. Buzuje w nich adrenalina i inaczej patrzą na świat. Poza tym, dziś peleton nie wygląda tak jak kiedyś. Ja byłem kolarzem ze starszego pokolenia. Kiedyś, by dotrzeć na kolarski szczyt, trzeba było latami wspinać się w hierarchii. Do starszych zawodników miało się olbrzymi respekt, chciało się ich naśladować, uczyć się u ich boku i dopiero późnej można było osiągnąć jakieś wyniki. Dziś jest zdecydowanie inaczej. Mamy kolarzy, którzy niedawno skończyli 20 lat i już wygrywają największe wyścigi na świecie. Trochę wynika to też z tego, że teraz można wszystko zmierzyć, więc łatwiej jest ocenić, kto rzeczywiście jest najsilniejszy.

Wróćmy do Scarponiego. Jak wyglądały wasze relacje poza szosą?

Podczas wyścigów rzadko spaliśmy w tym samym pokoju. Chyba tylko raz się tak zdarzyło – podczas Tirreno-Adriatico. Poza tym mieszkaliśmy z innymi współlokatorami, ale cały czas mieliśmy ze sobą kontakt. Chyba najmocniej zżywaliśmy się podczas zgrupowań. Na część z nich jeździliśmy tylko w czterech lub pięciu, więc praktycznie cały czas przebywaliśmy ze sobą i mieliśmy dużo czasu na rozmowy, choć oczywiście nie zawsze tak to działało. Na przykład przed Vueltą zawsze jeździliśmy do Livigno. Spędzaliśmy tam na rowerze 7-8 godzin, a po powrocie mieliśmy siłę tylko na to, by zjeść kolację i praktycznie od razu po niej szliśmy do łóżek.

Nic dziwnego, że z biegiem lat ta nasza relacja stawała się coraz bliższa. Poznałem jego żonę, dzieciaki, które często stały przy trasie, żeby go dopingować, a czasami jeździły razem z nim na zgrupowania. To też miało wpływ na naszą przyjaźń i potem nawet jak odszedł do Astany, to dalej utrzymywaliśmy ze sobą kontakt. Przede wszystkim na wyścigach, bo choć byliśmy w różnych ekipach, to nie było dnia, żebyśmy ze sobą nie gadali.

A spotykaliście się czasami prywatnie?

O to było ciężko, bo ja mieszkałem w Toskanii, a on w Marche. Jednak często do siebie dzwoniliśmy, także dlatego, że mieliśmy tego samego menedżera, który dbał o nasze kontakty. Przed przyjściem do Lampre nie miałem menedżera, ale po jakimś czasie wspólnej jazdy Michele zaproponował mi, żebym spróbował współpracy z Raimondo. Przekonał mnie. Po pierwszym sezonie w Lampre podpisaliśmy umowę i pracowało nam się razem na tyle dobrze, że kontynuowaliśmy to do końca mojej kariery. Jestem za to bardzo wdzięczny Michele, bo być może gdyby nie ta jego podpowiedź, moja kariera nie potoczyła się tak dobrze.

I o czym najchętniej rozmawialiście?

U nas w ekipie każdy wiedział, że jestem wielkim maniakiem samochodów. Mógłbym o nich rozmawiać godzinami, więc jak Michele chciał sobie kupić auto, to zazwyczaj dzwonił do mnie i pytał o radę. Gadaliśmy też sporo o życiu prywatnym, o przyszłości, o planach wyścigowych. W zasadzie o wszystkim.

W jednym z artykułów o Scarponim wyczytałem, że podczas wyścigu zdarzało mu się śpiewać. Rzeczywiście tak było?

Szczerze mówiąc nie przypominam sobie, żeby tak było, choć może by to do niego trochę pasowało. Michele uwielbiał włoską muzykę i zawsze był duszą towarzystwa. Nieraz, gdy jakiś etap czy wyścig nie poszedł nam najlepiej, wszyscy siedzieliśmy smutni w autokarze, aż w końcu on palnął coś głupiego i wszyscy zaczynaliśmy się śmiać. To samo było przy posiłkach, bardzo często starał się nas rozśmieszać, chciał, byśmy zawsze byli w dobrym humorze i chyba każdy chciał siedzieć z nim przy jednym stoliku.

Czyli Michele rzeczywiście był bardzo wesołym człowiekiem. Czy przejawiało się to także w tym, że regularnie robił wam jakieś dowcipy?

Często się to zdarzało. Chyba najbardziej w pamięć zapadła mi sytuacja z Vuelty 2013. Wprawdzie nie było mnie wtedy w zespole, ale potem dużo się o tym u nas mówiło. Spaliśmy w tym samym hotelu z policjantami i Michele postanowił wykorzystać tę sytuację. Podczas jednego z dni przerwy poprosił stróżów prawa, by ci poszli do naszego zespołowego kolegi. Ci posłuchali go i podeszli pod pokój wypatrzonej przez “Scarpę” ofiary. Kolega im otworzył, a oni z poważną miną mówią, że mają nakaz przeszukania jego pokoju. On cały spanikowany, a kumple z pokoju obok, którzy wiedzieli co jest grane, schowali się za drzwiami i mieli ubaw po pachy.

W takim razie pewnie nie byliście zadowoleni, gdy w 2014 odchodził z Lampre do Astany. Znasz kulisy jego transferu?

Po prostu nie udało mu się dogadać z szefostwem Lampre. Z tego, co wiem, miał jakiś konflikt z Saronnim. Ważny był też pewnie aspekt finansowy, bo tak to u nas zwykle wygląda – kolarz idzie tam, gdzie oferują mu lepsze warunki. Trochę było mi wtedy przykro, bo zdawałem sobie sprawę z tego, że kończy się pewien ważny okres w mojej karierze, ale też wiedziałem, że będziemy dalej utrzymywać kontakt i rzeczywiście tak było. Pamiętam, że po raz ostatni rozmawialiśmy na dwa dni przed tym feralnym wypadkiem.

Pytał o zdrowie? Kilka dni wcześniej odniosłeś groźną kontuzję.

Dokładnie tak, obaj przygotowywaliśmy się do Giro. To miał być nasz kolejny wspólny wyścig. On był na Tour of The Alps, a ja na Wyścigu Dookoła Chorwacji. Niestety odniosłem kontuzję obojczyka. On się o tym dowiedział i zadzwonił do mnie. Mówił, żebym się nie martwił, że wszystko będzie dobrze…

Ostatecznie żaden z was nie pojechał na Giro. Dwa dni później Scarponi nie żył…

To był dla mnie szok. Ta kontuzja, której doznałem w Chorwacji, spowodowała, że miałem problemy z zasypianiem i pamiętam, że w tamten dzień wstałem o szóstej i włączyłem sobie Eurosport. Akurat leciała powtórka wygranego przez Michele Tour of The Alps, więc postanowiłem obejrzeć sobie jego zwycięstwo. Dosłownie pół godziny później zadzwonił do mnie trener, z którym pracowaliśmy, gdy obaj jeździliśmy w Lampre, czyli Michele Bartoli. Gdy zobaczyłem jego imię na wyświetlaczu telefonu, myślałem, że też chce zapytać, jak się czuję po tej kraksie. Niestety, nie chodziło o to. Powiedział mi, że Michele miał wypadek i że jest z nim bardzo źle. Od razu zadzwoniłem do naszego menedżera, żeby dowiedzieć się czegoś więcej, a on był zdziwiony, bo nic o tym nie wiedział. Pięć minut później Michele zadzwonił drugi raz i potwierdził, że “Scarpa”nie żyje. Potem przez godzinę chodziłem po domu i nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Dopiero widziałem, jak podnosi ręce w geście zwycięstwa, a nagle okazało się, że już go nie ma.

Z powodu stanu zdrowia nie mógł być Pan na jego pogrzebie.

No niestety, byłem uziemiony. Ale ceremonię oglądałem online, na tuttobiciweb lub spaziociclismo – któraś z tych dwóch stron internetowych prowadziła transmisję z pożegnania “Scarpy”.

A czy później miał pan możliwość spotkania się z rodziną przyjaciela?

Tak, dwa lata temu byłem u nich w domu. Spotkałem się z jego żoną i dzieciakami. Trochę porozmawialiśmy. Generalnie wciąż utrzymujemy kontakt. Od czasu do czasu wymieniamy się wiadomościami. Niedawno widziałem też na Rai film dokumentalny o Michele, wypowiadali się tam głównie jego brat i siostra, z którą też się bardzo dobrze znam. Oni też wspominali Michele.

Scarponi zginął przez głupotę kierowcy, który w czasie jazdy oglądał film na smartfonie. Niestety nie on jedyny. Co roku w podobnych okolicznościach ginie wielu kolarzy i rowerzystów. Nasza rozmowa trafi pewnie do sporej liczby osób, która regularnie porusza się samochodami. Ma pan do nich jakiś apel, który mógłby w jakiś sposób przyczynić się do tego, by tych wypadków było choć nieco mniej?

Sam wciąż jeżdżę na rowerze i widzę, co się dzieje na ulicach. Niektórzy kierowcy jeżdżą tak, jakby myśleli, że poruszamy się z prędkością 5-10 km/h, a my jeździmy zdecydowanie szybciej. To sprawia, że potrafią się przeliczyć choćby przy wjeździe na drogę z pierwszeństwem. Myślą, że zdążą przed kolarzem, a okazuje się, że kończą z nim na masce. Tak samo jest z omijaniem. Nie mówię, że koniecznie musi być zachowana odległość 150 centymetrów. Niech to będzie choćby metr, a często nawet to jest problemem. Bywa, że prawie zahaczają nas lusterkami. Ja już jestem wprawdzie przyzwyczajony do takich sytuacji, więc na mnie nie robi to wrażenia, ale mniej doświadczeni mogą spanikować i się przewrócić.

Chciałbym, żeby każdy, kto wsiada do samochodu, miał oczy dookoła głowy. Niektórzy jeżdżą z naklejkami: “motocykliści są wszędzie”. To można powiedzieć także o kolarzach, bo jest nas coraz więcej. Ostatnio panuje świetna moda na zdrowy tryb życia. Każdy chce się ruszać, a jazda na rowerze jest jedną z prostszych form aktywności fizycznej, dlatego kierowcy muszą się do tego przyzwyczaić. My także jesteśmy użytkownikami dróg i należy to uszanować. Niestety zbyt często słyszę przekleństwa, które padają w naszym kierunku, choćby tylko z tego powodu, że kolarze jadą obok siebie. To kompletnie bez sensu. Zazwyczaj jeździmy parami na rzadko uczęszczanych drogach, gdzie łatwo nas wyprzedzić. Poza tym, jak często kierowca może spotkać się z taką sytuacją? Raz na tydzień? A gdy czasem słyszę te wyzwiska, to odnoszę wrażenie, że kolarze są największym problemem tego świata. Niedługo pewnie będzie łatwiej, ponieważ infrastruktura rowerowa w naszym kraju jest coraz lepsza, ale na razie musimy znosić swoje towarzystwo, więc byłoby dobrze, gdyby w relacjach na linii kierowcy-kolarze obowiązywał wzajemny szacunek.

Rozmawiał Bartek Kozyra