Jubileuszowa edycja hiszpańskiej Vuelty ruszyła z przytupem, ale niestety nie w pełni pozytywnym. Bardzo ładną walkę na finałowym podjeździe trzeciej kategorii przyćmiła duża kraksa. Drugi etap dał nadzieję na to, że wyścig nie będzie nudny. 

Alto de la Mesa – to na tym krótkim, ale stromym, i jak się okazało, nie tak łatwym podjeździe rozegrały się losy drugiego etapu. Lecz niestety, dla Davida Tannera (IAM Cycling) i Przemysława Niemca (Lampre-Merida) rozstrzygnął się już cały wyścig. I szkoda tylko, że w tak przykry sposób.

Nie było chyba osoby, która nie zdziwiła się obecnością Toma Dumoulina (Giant-Alpecin) w grupce, która w końcówce oderwała się od peletonu i rozegrała między sobą etap. Holenderski specjalista od jazdy na czas do ostatnich metrów walczył z rywalami, w ostatniej chwili próbując jeszcze wyjść z koła Estebana Chavesa. Dumoulinowi zabrakło sił, ale pokazał, że po powrocie do ścigania od czasu kraksy w Tour de France, ma moc. Jestem szczęśliwy i usatysfakcjonowany, ciężko pracowałem na taką dyspozycję. Po kraksie chciałem wrócić jeszcze silniejszy i to zrobiłem – mówił na mecie.

Mocno, choć z nietęgą miną, w grupce robił co mógł także Nicolas Roche (Sky), który dostał pozwolenie od samego Chrisa Froome`a na zabranie się w odjazd i jazdę na siebie. Irlandczykowi odpowiadała trasa, ale zabrakło trochę pary w nogach. Nie miałem siły, by odpowiedzieć na atak Chavesa. Moja głowa była dziś zdecydowanie mocniejsza niż nogi – stwierdził po etapie.

Moc w nogach i lekkość jazdy Kolumbijczyka z drużyny Orica GreenEdge były widoczne gołym okiem. Przed etapem mówiło się, że to podjazd dla nazywając z angielska “punchy climbers”, no i takim właśnie kolarzem okazał się dziś Esteban Chaves. Warto jednak odnotować, że atak tej grupki nie umknął uwadze innemu Kolumbijczykowi Nairo Quintanie (Movistar), którego koledzy wykonali ogromną pracę na czele peletonu. Jemu, w przeciwieństwie do Chavesa, jak sam przyznał, serce biło w końcówce bardzo szybko i nie dał rady walczyć o wygraną. Cieszy się jednak z pracy ekipy, bo dzięki temu udało im się uniknąć kraksy.

O tym, że finałowa wspinaczka nie była bułką z masłem, świadczą różnice czasowe w klasyfikacji generalnej. Wystarczy wspomnieć, że chociażby Froome i Valverde tracą już czterdzieści sekund. Z pewnością Chaves, Dumoulin czy Roche nie utrzymają się w wysokich górach, ale aspekt psychologiczny ma jednak miejsce, bowiem na pierwszym trudniejszym etapie faworyci nawet nie widzieli unoszącego ręce w geście triumfu Chavesa.

Wrogów napędził sobie Vincenzo Nibali, który po tym, jak został za peletonem z powodu kraksy, dochodził po samochodach do grupy. Chociaż….słowo dochodził nie jest może najbardziej odpowiednim określeniem. Może dojeżdżał? No cóż, w każdym razie to, czy wolno mu było jechać w ten sposób po tym jak został nie z powodu słabości, niech każdy rozstrzygnie sam na sam z własnym sumieniem.

Najbardziej poszkodowanym kolarzom dzisiejszego etapu, czyli Davidowi Tannerowi i Przemkowi Niemcowi życzymy szybkiego powrotu na rower, co najmniej takiego, jaki zanotował dziś Tom Dumoulin.

Foto: Getty Images