Obecnie jedna z najlepszych polskich zawodniczek – Małgorzata Jasińska (na zdjęciu druga od lewej) na swojej stronie opowiedziała o prezentacji swojej nowej ekipy MCipollini Giambenini oraz o programie startów na najbliższe tygodnie.

W czwartek 1 marca, niedaleko Werony odbyła się prezentacja ekipy MCipollini Giambenini. Ciepła i miła atmosfera, pozytywnie mnie zaskoczyła, a przede wszystkim, szybka i konkretna ceremonia ;)
 
Niestety na to święto moja rodzinka nie mogła przylecieć, ale przyjaciele z Toscanii nie pozwolili mi na samotne świętowanie. Dlatego po części oficjalnej, mogłam porozmawiać i nacieszyć się obecnością przyjaznych mi osób :) ale nie tylko oni sprawili, że ten dzień był wyjątkowy, miałam przyjemność poznać i zrobić sobie zdjęcie z Eddy Mercxem, który dla mnie i przede wszystkim dla mojego tatusia jest jedną z ikon kolarstwa…dla mnie z opowieści, a dla taty z podziwianych w jego wykonaniu wyścigów.
 
Kiedy przyszła kolej na prezentację mojej osoby, usłyszałam następujące słowa z ust charakteryzującej nas Dyrektor Sportowej- Jedyna zawodniczka zagraniczna naszej ekipy…to nasze ,,JAJKO WIELKANOCNE”- w dosłownym tłumaczeniu z włoskiego, a w przenośnym chodziło o to, że spodziewa się po mnie sporej niespodzianki, więc chyba takie słowa mogą być miodem na serce kolarza ;)
Po prezentacji przybyłam do mojego nowego domu, mieszczącego się w małej, baaaardzo spokojnej wiosce niedaleko Werony. Cały piątkowy dzień spędziłam na porządkowaniu i systematyzowaniu mieszkania i moich rzeczy, oczywiście nie zapominając o najważniejszym – ROWERZE :)
 
Kilka dni odpoczynku…hmmm co ja piszę już dzisiaj pojechałam poznawać nowe tereny…góry…ojjjj było ciężko, a że jak to z moim szczęściem bywa, chyba za ciężko…bo rower, a raczej łańcuch odmówił posłuszeństwa…na trzecim z dość długich podjazdów, zerwałam przerzutkę i nie dałam rady kontynuować treningu…Godzinę spędziłam na oczekiwaniu na transport…po przyjeździe do mechanika, okazało się, że wina leżała w łańcuchu, nie pękł on całkowicie, a jedynie i przed wszystkim niestety pękło jedno oczko w połowie, co wyrwało tylną przerzutkę, a ta uderzając o ramę spowodowała jej uszkodzenie…i takie słowa padły z ust mechanika…,,Nie ma co za dużą masz siłę w nogach” ;) Tak tak, ale pecha to na pewno mam za duuużego ;)
 
Co do moich planów, to teraz kilka dni oddechu i rozpocznę sezon na nowym, drugim rowerze w Vaiano- toscańskim klasyku, w niedzielę 11 marca, potem kontrola mojej obecnej predyspozycji, kilka treningów w Toscani i Padowa- płaski klasyk punktowany do rankingu UCI. Następnie, mam nadzieję, z dobrą nogą no i oczywiście ze szczęściem pojadę w Pucharze Świata w Citiglio…a kolejne starty zależeć będą od tego na jakim poziomie będę się znajdować :)
 
Ok kończę, bo jak tak dalej pójdzie to nigdy nie skończę i nic nie będę robić tylko pisać i pisać…a przecież jeszcze książki istnieją i chciało by się tu dodać telewizja…ale jeszcze ten luksus nie dla mnie….ktoś tu wspominał coś o pechu…hmmmm..????? ;) Pozdrawiam….

Źródło + foto: gosiajasinska.pl