Dla takiego dnia warto było się wycofać z Giro, warto byłoby nawet oddać etap, wiele rzeczy można by poświęcić. Dziękujemy za pamięć, mnóstwo dobrych słów i życzeń… to był idealny dzień, dzięki Agacie – mojej żonie, ale także dlatego, że mamy wspaniałą rodzinę i znajomych.

Wróćmy jeszcze do Giro: żałuję, że nie znalazłem czasu, żeby podsumować je na gorąco, jeszcze z bólem nóg, gdy byłem na pół martwy, bo o tym zapomina się z czasem, pamięta się tylko te dobre i przyjemne chwile. Drugi tydzień był ciężki, etapy gdzie była szansa na odjazd, to średnia powyżej 50km/h przez pierwsze godziny, więc trzeba było stawać na głowie, żeby się udało. Moja ucieczka, raczej spontaniczna, z perspektywy czasu szaleńcza, nie miała szans na dojechanie, przynajmniej HTC dało nam od razu do zrozumienia, że to etap Cavendisha. Później tryptyk w Dolomitach, najcięższy w historii, nieludzko ciężki… będziemy go wszyscy pamiętali, może nawet bardziej my, którzy “dorabialiśmy” po kilkadziesiąt minut każdego dnia, bo walcząc o wygraną adrenalina pomaga znieść więcej. Najlepiej podsumował to Ongarato: ‘Giro to wyścig dla górali i sprinterów, mistrzów i pomocników… ale w tym roku o tych drugich wszyscy zapomnieli”.

Miałem 2 tygodnie żeby dojść do siebie, psychicznie zregenerowałem siły, fizycznie staram się być na przyzwoitym poziomie, żeby za bardzo nie cierpieć na Critérium du Dauphiné Libére – ot taki miesiąc miodowy. Jak będzie? Nie wiem, zobaczymy, ważne, że odzyskałem motywację i spróbuję wykombinować coś, żeby was wszystkich zaskoczyć.