Po sobotnim etapie wyścigu Criterium de Dauphine śmiało można zaryzykować stwierdzenie, że Sylwester Szmyd staje się specjalistą od legendarnych podjazdów we Francji. Po ubiegłorocznym triumfie na Mont Ventoux, tym razem Polak zaprezentował fantastyczną dyspozycję na etapie do L’Alpe d’Huez.

Z Sylwestrem Szmydem, kolarzem włoskiej grupy Liquigas-Doimo, rozmawiał Bartosz Rainka (Eurosport).

Wyścig Criterium de Dauphine staje się chyba pana ulubionym. W ubiegłym sezonie triumf na Mont Ventoux, teraz wspaniała jazda na L’Alpe d’Huez.

SYLWESTER SZMYD: Może nie tyle sam wyścig, ile mityczne góry, które znajdują się na jego trasie. One motywują mnie najbardziej. Faktem jednak jest, że Dauphine wyjątkowo mi się podoba. Zawsze na nim walczyłem. W 2007 roku byłem drugi na Mont Ventoux. Rok później przyjeżdżałem wysoko na każdym górskim etapie, dzięki czemu zająłem 8. miejsce w klasyfikacji generalnej. 12 miesięcy temu było zwycięstwo na Górze Wiatrów, a i tym razem podjąłem walkę na najtrudniejszym odcinku.

Sobotniego etapu z metą na L’Alpe d’Huez nie zapomnimy długo. Sytuacja zmieniała się jak w kalejdoskopie. Rwane tempo, ataki, pot i łzy – wspaniała wizytówka kolarstwa szosowego.

Ten etap rzeczywiście był bardzo widowiskowy. To była walka od samego początku podjazdu, aż do szczytu. Alberto Contador atakował mnie, a ja jego. Początkowo on mi odjeżdżał, gdyż jest bardziej dynamiczny. Ja go jednak za każdym razem dochodziłem. Następnie sam próbowałem atakować. To był naprawdę niezły spektakl. Cieszę się, że mogłem w nim uczestniczyć. Najważniejsze, że pokazałem charakter i wolę walki. Dzisiaj nam obu zależało na dobrym rezultacie. Szkoda, że tym razem nie udało się wygrać.

Wcześniej nie mieliśmy okazji podziwiać takiego Sylwestra Szmyda. Ataki, zrywy, szarpnięcia – słowem, odmieniony Szmyd.

Sam jestem trochę zdziwiony (śmiech). Po pierwszym skoku Contadora zostałem trochę z tyłu. Pomyślałem sobie, że skoro Hiszpan wyrwał już do przodu, to już go więcej nie zobaczymy. Później zobaczyłem, że Alberto zwolnił, więc go doszedłem. Przeczuwałem, że jeśli lider Astany skoczy do przodu ponownie, to tym razem mogę nie zdołać już go dojść. Postanowiłem zatem samemu atakować. Contador trzymał się na kole, ale nie był w stanie skontrować. Spróbowałem więc ruszyć do przodu po raz drugi i trzeci. Na początku podjazdu to była próba sił z naszej strony, jednak później zrozumiałem, że śmiało mogę powalczyć tu o zwycięstwo.

Dla Contadora wygranie na L’Alpe d’Huez było chyba tak samo ważne jak triumf w całym wyścigu.

Wczoraj pytałem się dyrektora sportowego Astany, co powinienem zrobić, by na L’Alpe d’Huez wygrać. On odpowiedział – “odjedź z Contadorem”. W sobotę widzieliśmy jednak, że to nie była prawda. Gołym okiem widać było, że Alberto zrobi wszystko, by wygrać na legendarnym podjeździe. Zresztą dobrze, że tak się stało. Ja nie chcę prezentów. Przynajmniej pokazałem, że gregario może powalczyć z najlepszym kolarzem na świecie. A byłoby jeszcze lepiej, gdyby nie motocykl, który w pewnym momencie przeszkodził mi w jeździe.

Po pierwszych pięciu etapach tegorocznego Criterium de Dauphine nie był pan do końca zadowolony z tego, jak się panu w tym wyścigu jedzie. A tymczasem w najważniejszym momencie wszystko zaczęło funkcjonować bez zarzutu.

Najważniejsza jest głowa. Wcześniej łatwo nie szło. Niby nie czułem się źle, jednak zawsze brakowało mi tych 20-30 WATT do swojego normalnego poziomu. Wytrzymywałem tempo czołówki, ale nie byłem w stanie np. atakować. Czułem się silny, ale przy tym bardzo “zmulony”. Ostatni tydzień Giro kosztował mnie bardzo dużo. Czasem jednak jest tak, że – nie wiadomo czemu – czujesz się na trasie po prostu lepiej. W sobotę zrobiłem wszystko, żeby pojechać jak najlepiej. Uważałem na jedzenie, picie, węglowodany. Śniadanie zjadłem dosyć późno. Makaron starałem się jeść bardzo powoli. To są wszystko bardzo drobne rzeczy, które potem mogą przesądzić o postawie na takim podjeździe, jak L’Alpe d’Huez.

Celem numer jeden na niedzielę będzie obrona miejsca w czołowej dziesiątce klasyfikacji generalnej?

Wszystko zależy od tego, jak będę się czuł. Etap jest ewidentnie nie dla mnie. W końcówce mamy pięć rund z krótkim i sztywnym podjazdem. Sztywne podjazdy zawsze były dla mnie problemem. Fajnie, gdyby udało się utrzymać miejsce w dziesiątce, ale zobaczymy jak ułoży się etap.

Polscy kibice powinni się chyba cieszyć, że Tour de France dopiero przed nami. Na francuskich szosach czuje się pan jak ryba w wodzie.

Ja również się cieszę, że ten wyścig dopiero przede mną. Obecnie koncentruję się już wyłącznie na Wielkiej Pętli. W niedzielę pojadę na jeden dzień do domu, a od wtorku trenować będę na San Pellegrino. Tam mamy świetne warunki do szlifowania formy. Cisza, spokój, odpoczynek, czas spędzony w towarzystwie żony – teraz myślę już tylko o tym.

Przeżyjmy to jeszcze raz:


Źródło: www.eurosport.pl

Foto: www.corvospro.com