W pierwszym monumencie kolarskiego sezonu niełatwo jest się zakochać. Rozgrywany jest na doskonale znanej i pozbawionej momentów niespodziewanych uniesień trasie, bawi jak spacer ubłoconą polną drogą w marcu, a o ostatecznym rezultacie i tak decydują taktyczne szachy na dwóch pozbawionych efektu wow podjazdach. Nuda. A jednak Mediolan-San Remo nigdy nie jest dokładnie tym, czym się wydaje. Włosi mówią na niego Primavera, ale on tylko czasami przywodzi na myśl słońce i festiwal melodyjnych piosenek. Sen o nadejściu wiosny ubiera w dłużące się bez końca kilometry, jednocześnie wbijając w fotel w tym rodzaju napięcia, którego nie jest w stanie wywołać żaden inny wyścig. Jego finał zaś, gorący i duszny jak próchniejące szklarnie na zboczach Poggio, to najlepsze piętnaście minut całego kolarskiego kalendarza. Zapowiadany jako kolejne starcie Tadeja Pogačara z Mathieu van der Poelem, Mediolan-San Remo zostanie dziś rozegrany po raz 117. i już teraz jest on wyjątkowy, ponieważ jako jeden z nielicznych wyścigów do tak krótkiej listy pozwala dodać: albo ktokolwiek inny.
Być może dwie jaskółki wiosny nie czynią, ale długa podróż pomiędzy sercem Lombardii a liguryjskim wybrzeżem potrafi. Odnieść to można do rozgrywanych w ostatni weekend lutego Omloop Het Nieuwsblad i Kuurne-Bruksela-Kuurne, które tradycyjnie zwiastują wejście sezonu w nową fazę, ale same stanowią jedynie kolejny etap przygotowań do rywalizacji w najbardziej prestiżowych wyścigach jednodniowych. Ta ciągnie się od połowy marca do października, spinana w swoistą klamrę przez dwa włoskie monumenty: Mediolan-San Remo i Il Lombardię.
Każda z pięciu największych imprez jednodniowych sezonu charakteryzuje się czymś, co zdecydowanie wyróżnia ją na tle pozostałej czwórki. Podczas gdy Liège-Bastogne-Liège i Il Lombardia, rzecz jasna w pewnym uproszczeniu, dedykowane są góralom, Paryż-Roubaix specjalistom od rywalizacji na brukach, a Ronde van Vlaanderen zawodnikom łączącym te umiejętności w wybuchowych proporcjach, Mediolan-San Remo to królestwo sprintu. Czy raczej w ten sposób zwykliśmy myśleć o tym klasyku jeszcze do niedawna, ponieważ w ostatnich latach zaczął on dryfować coraz dalej i dalej od swojego stereotypowego wyobrażenia.
Łatka wyścigu przyjaznego sprinterom czy najłatwiejszego z pięciu monumentów zostanie z Mediolan-San Remo jeszcze na długo, a być może na zawsze, ale na pierwszy plan coraz wyraźniej wysuwają się inne cechy tego wyścigu. Mniej pisze się o sięgającym blisko 300 kilometrów dystansie, który czyni Primaverę najdłuższą imprezą całego kalendarza startów, a zdecydowanie więcej o przewidywalnej w swojej nieprzewidywalności końcówce, na krótkim odcinku liguryjskiego wybrzeża mieszczącej wszystko, co stanowi kwintesencję kolarstwa szosowego.
Tylko tu, wewnątrz finałowych 10 kilometrów, w grze o najwyższą stawkę liczyć się mogą zawodnicy wszystkich specjalności i równie prawdopodobne wydają się wykluczające się scenariusze, od sprinterskiego pojedynku z relatywnie dużej grupy po niezapomniane solowe akcje. To kilkanaście minut wzmożonego wysiłku na sam koniec bardzo długiej podróży, podczas których szans jest niewiele, a każdej z nich trzeba się desperacko chwytać. Nawet, kiedy wydaje się to głupie.
Najbardziej zaskakującym aspektem Mediolan-San Remo jest jednak to, że jego wykuta w kamieniu końcówka okazuje się wyjątkowo wrażliwa na zmiany zachodzące wewnątrz zawodowego peletonu. Jak papierek lakmusowy pokazuje, jaka myśl taktyczna aktualnie dominuje, wokół jakiego typu kolarzy budowane są drużyny i w jakim kierunku podąża rozwój młodych zawodników. My zorientowaliśmy się relatywnie niedawno, że nadszedł zmierzch ery klasycznych sprinterów. Wyniki Mediolan-San Remo jasno wskazują na ten trend od 2017 roku i niewiele sugeruje, aby miało się to zmienić w najbliższym czasie.
Trasa Mediolan-San Remo 2026
Kolarstwo szosowe ma ogromną słabość do utartych schematów, a do takich zdecydowanie należy trasa Mediolan-San Remo, tradycyjnie łącząca stolicę Lombardii (z przyległościami) z oddalonym o blisko 300 kilometrów liguryjskim wybrzeżem. Jej mocno ugruntowany przebieg nieco zaburzyło przeniesienie startu imprezy do Pawii, skąd kolarze wyruszą również w tę sobotę, natomiast ortodoksyjnych fanów dyscypliny z pewnością ucieszy informacja, że po dwóch nieco skromniejszych pod kątem dystansu latach wyścig wraca do swojej pełnometrażowej wersji: przed nami 298 kilometrów i 2545 metrów przewyższenia.
Po wyjeździe z Pawii wszystko przebiegnie zgodnie ze standardowym harmonogramem, a pierwszym urozmaiceniem na początkowo wiodącej przez uprawy ryżu trasie tradycyjnie będzie Passo del Turchino (2,4 km, śr. 5,3%). Turkusowa przełęcz, okno na Morze Liguryjskie i Lazurowe Wybrzeże, sama w sobie nie ma większego wpływu na losy rywalizacji, ale najczęściej dzieli ją na dwie wyraźne części i wyznacza ten moment, w którym tempo po raz pierwszy odczuwalnie wzrasta. To tu, po pokonaniu ponad 130 kilometrów, naprawdę rozpoczyna się Mediolan-San Remo.
Kolejne tego rodzaju atrakcje każą na siebie dosyć długo czekać, ale widokowa szosa przyklejona do skalistego wybrzeża, antyczna Via Aurelia, wypełnia ten czas spektakularnymi widokami. Byłyby to całkiem błogie chwile, szczególnie w słoneczne sobotnie popołudnia, gdyby nie wiszące w powietrzu napięcie. Na tym etapie rywalizacji pierwszy monument sezonu gotuje swój suspens na tyle długo, że staje się to coraz bardziej nieznośne zarówno fizycznie, jak i psychicznie, a odliczanie kilometrów do Tre Capi odwraca uwagę od fajerwerków natury przyrodniczej. Nierozłączne Capo Mele (1,0 km, śr. 5,0%), Capo Cervo (1,6 km, śr. 3,1%) i Capo Berta (1,7 km, śr. 6,9%) to głównie pirotechniczny pokaz kibicowskiej pasji, ale sporadycznie pozwalają one wyeliminować z gry pierwszych sprinterów oraz kolarzy, którym tym razem nie dopisała forma dnia.
Następna wspinaczka na trasie, a więc Cipressa (5,6 km, śr. 4,1%, max. 9%), jest dla Mediolan-San Remo tym, czym dla L’Alpe d’Huez są Col de la Madeleine czy Col de la Croix de Fer. Tu rozkręca się piece i grilluje, świadomie ponosząc koszt w postaci utraty nawet najbardziej cennych pomocników. Tu, po pokonaniu ponad 260 kilometrów, rozpoczyna się prawdziwa walka, a ostatnie dwie edycje imprezy jeszcze mocniej przesunęły punkt ciężkości kluczowej fazy rozgrywki w kierunku tego właśnie podjazdu. To najbardziej klasyczny moment w kategorii „nie można wygrać (chyba?), ale można przegrać”.
Jeśli Cipressa otwiera decydującą fazę wyścigu, niepozorny Poggio di Sanremo (3,7 km, śr. 3,7%, max. 8%) i następujący po nim karkołomny zjazd stanowią jej absolutny punkt kulminacyjny. To najbardziej szalone, szargające nerwy 15 minut całego kolarskiego kalendarza, na które czeka się przez zimowe miesiące, a później jeszcze przez 280 kilometrów po starcie – a to więcej, niż liczy jakikolwiek inny wyścig szosowy. Nawet kiedy Poggio bezpośrednio nie wyłania zwycięzcy pierwszego monumentu sezonu, niemal każdorazowo wskazuje na scenariusz, według którego rozegrana zostanie końcówka, a na odcinku 5400 metrów pomiędzy szczytem podjazdu a linią mety na Via Roma zapisały się już dziesiątki dramatów i zwrotów akcji.
Pogoda
Pierwszy monument sezonu rozpocznie się przy zaledwie 5°C w Pawii, jednak na wysokości wybrzeża liguryjskiego temperatura wzrośnie do przyjemnego zakresu 14–17 stopni. Podczas gdy opady deszczu nie są przewidywane, uwagę zwraca wiatr, którego kierunek zmieni się na finałowych 50 kilometrach wyścigu na południowo-zachodni (10–12 km/h). Oznacza to, że atakujący kolarze tym razem nie dostaną dodatkowego wsparcia ze strony sił natury, a doprowadzenie do pęknięć w głównej grupie wymagać będzie większego wydatku energetycznego.
Faworyci Mediolan-San Remo 2026
Najłatwiejszy monument do ukończenia, ale najtrudniejszy do wygrania? Chociaż Mediolan-San Remo bynajmniej nie jest odporny na to, jak współczesne metody treningowe i najwięksi kolarze tej generacji zmieniają zasady gry, to jedno pozostaje prawdą. Tyle że pula nazwisk, spośród których wybieramy (realistycznego) potencjalnego zwycięzcę, jest znacznie węższa niż 10–15 lat temu, a w poszukiwaniu prawdziwej niespodzianki cofnąć się trzeba do początku poprzedniej dekady. Czy w tę sobotę uda się wyjść poza dominujący największe wyścigi jednodniowe schemat Mathieu van der Poel versus Tadej Pogačar, tu z małą gwiazdką przypisaną do skrzydłowego pierwszego z wymienionych?
Z wyświechtanym sloganem, którym otworzyłam tę sekcję, musi w głębi serca zgadzać się Tadej Pogačar (UAE Team Emirates-XRG), bo Mediolan-San Remo wyjątkowo długo i konsekwentnie opiera się jego ofensywie – i to pomimo bardzo skrupulatnych przygotowań, zarówno w kontekście pracy na samych podjazdach, jak i strategii. Jest w relacji 27-letniego Słoweńca z pierwszym monumentem sezonu coś świeżego, na kształt szczeniackiego „hate to love, love to hate”, dlatego lubię myśleć, że skompletuje on kolarstwo właśnie wtedy, kiedy stanie na najwyższym stopniu podium Classicissimy – jeden raz wystarczy. Tylko jak do tego doprowadzić? Czekanie na Poggio było już grane, bez sukcesu, i na tym etapie wydaje się jasne, że bez znaczącej zmiany układu sił lub zaistnienia wyjątkowo sprzyjającego splotu okoliczności, nie jest to z perspektywy lidera UAE Team Emirates-XRG zwycięski scenariusz. Ubiegłoroczny odjazd na Cipressie był wynikiem przypadku, ale pokazał, że mała grupa może nawet na dłuższym odcinku pokonać peleton, co jest przydatną wiedzą. Teraz wystarczy wrócić do pierwotnego planu z poprzednich dwóch edycji wyścigu, czyli wykorzystania najmocniejszych ogniw ekipy do maksymalnego podkręcenia tempa na przedostatnim podjeździe na trasie, i spróbować nie zawalić go już u podnóża. W tym roku zabraknie tam co prawda niemal niezawodnego w tych okolicznościach Tima Wellensa, jednak Florian Vermeersch, Brandon McNulty, Jan Christen i Isaac del Toro to kolektywnie wystarczająca broń na zdecydowaną większość uczestników imprezy, o ile nie wszystkich. Celem musi być skok Pogačara jeszcze na Cipressie, bo nawet najbardziej wyselekcjonowana grupa niewiele z jego perspektywy zmienia, kiedy znajdują się w niej główni rywale, a dystans dzielący od kolejnego wzniesienia pozwala wystarczająco wyrównać oddech. W idealnym świecie Słoweniec odjeżdża z kilkoma kolarzami, z których jeden jeździ w tych samych barwach, ale żaden nie nazywa się Mathieu van der Poel.
Przechodząc płynnie do perspektywy 31-letniego Holendra, w jego idealnym świecie nie zmienia się nic, a wygrywanie Mediolan-San Remo należy do najłatwiejszych zadań dostępnych w ramach kolarstwa szosowego: wystarczy utrzymać koło Pogačara na dwóch krótkich podjazdach i pokonać go w niezbyt skomplikowanym sprincie. Nie chcę przez to powiedzieć, że bycie Mathieu van der Poelem (Alpecin-Premier Tech) jest proste, aczkolwiek zawsze wydawało się odrobinę prostsze od bycia pozostałymi kolarzami, a on sam włożył pewien wysiłek w budowanie takiego właśnie wizerunku. Lider drużyny Alpecin-Premier Tech świetnie otworzył sezon w Omloop Het Nieuwsblad i nie przestawał wyglądać dobrze przez zdecydowaną większość czasu spędzonego na trasach Tirreno-Adriatico, zatem stanie na starcie 117. edycji Classicissimy w wysokiej dyspozycji i z całkiem konkretnymi (jak na niego) kilometrami wyścigowymi już w nogach.
Potencjalnie zwycięskim planem B drużyny Alpecin-Premier Tech jest rzecz jasna triumfator Mediolan-San Remo sprzed dwóch lat, Jasper Philipsen, co daje Van der Poelowi taktyczną przewagę w przypadku rozgrywek w małej grupie. Belgijski sprinter aż do tego tygodnia specjalnie nie błyszczał, ale na każdym kroku podkreślał, że wynikało to z jego założeń treningowych na pierwszą część sezonu – konkretnie poprawienia dynamiki na podjazdach kosztem końcowego przyspieszenia w sprintach. Jeśli rzeczywiście sprawi to, że pokona on kluczowe wzniesienia sobotniego monumentu nie tracąc z oczu najlepszych, drugie zwycięstwo Philipsena w wyścigu stanie się całkiem realne.
W ubiegłym roku za Pogačarem i Van der Poelem pojechać był w stanie jedynie Filippo Ganna (INEOS Grenadiers), i choć wspomnienie włożonego w to wysiłku cały czas boli, proszenie Włocha o powtórkę nie wydaje się aż tak nierealistyczne. Zazwyczaj jest w tej części sezonu w wysokiej formie, odpowiada mu ekstremalna długość trasy i możliwe do przemłócenia podjazdy, a konsekwentne meldowanie się w ścisłej czołówce Mediolan-San Remo tylko to potwierdza. W barwach Ineosu zobaczymy w tę sobotę również Michała Kwiatkowskiego, Axela Laurance’a i Joshuę Tarlinga, jednak mnie osobiście najbardziej ciekawi występ Bena Turnera – co prawda wyniki uzyskiwane przez niego w ostatnich tygodniach nie wróżą spektakularnego sukcesu, ale ma on w sobie wszystkie elementy tego rodzaju zawodnika, który raz na jakiś czas przyczynia się w Mediolan-San Remo do dużej niespodzianki.
Wout van Aert (Visma | Lease a Bike), w optymalnej formie i ze wsparciem bardzo dobrze dysponowanego Matteo Jorgensona, powinien być w stanie może nie przetrzymać, ale przynajmniej dostatecznie zminimalizować swoje straty do Słoweńca i Holendra – nawet jeśli ich ataki okażą się skuteczne już na Cipressie. Problem w tym, że aktualnie bardzo trudno jest umieścić Belga gdziekolwiek na planszy, podobnie jak wracającego po kontuzji Madsa Pedersena (Lidl-Trek), a pozbawiony sprintu Jorgenson sam niewiele zdziała. Zaskakujący atak w końcówce w stylu Jaspera Stuyvena? Podjęcie tego rodzaju próby nigdy nie jest złym pomysłem, ale z Pogačarem za plecami – który goni każde koło jak wiejski pies – szanse powodzenia są dosyć niskie.
Myśląc jeszcze o scenariuszu, w którym do decydującego pęknięcia w głównej grupie dochodzi na przedostatnim podjeździe wyścigu, wśród kolarzy potencjalnie zdolnych przetrwać tego rodzaju selekcję warto uwzględnić Romaina Grégoire’a (Groupama-FDJ United), Giulia Ciccone (Lidl-Trek), Michaela Valgrena (EF Education-EasyPost) czy Thomasa Pidcocka (Pinarello-Q36.5). Ten ostatni nie przestraszy się sprintu przeciwko głównym faworytom imprezy.
Jeśli natomiast wiatr utrudni dokonanie wcześniejszej selekcji, lub chociaż sprawi, że różnice czasowe pomiędzy grupami będą niewielkie, na Poggio jak zwykle zrobi się chaotycznie i tłoczno, a lista pretendentów do zaistnienia w ścisłym finale znacząco się wydłuży. Poza wcześniej wymienionymi, Bahrain Victorious ma czekającego od kilku lat na taką pogodę Mateja Mohoriča, EF Education-EasyPost Luke’a Lampertiego i Kaspera Asgreena, Lidl-Trek specjalizującego się w podjeżdżaniu pod Poggio Sørena Kragha Andersena i debiutującego Mathiasa Vacka, Soudal Quick-Step Paula Magniera i Jaspera Stuyvena, Jayco AlUla Mauro Schmida i Andreę Vendrame, Decathlon CMA CGM Paula Lapeirę, Red Bull-BORA-hansgrohe Laurence’a Pithiego wspieranego przez Primoža Rogliča i Giulia Pellizzariego, a Tudor Pro Cycling starych, dobrych Juliana Alaphilippe’a i Matteo Trentina. Nie ma tu złych wyborów, a najlepszą kartą na pierwszy od lat sprint z dużej grupy i tak może okazać się Tobias Lund Andresen (Decathlon CMA CGM).
W 117. edycji wyścigu Mediolan-San Remo udział weźmie dwóch Polaków: Michał Kwiatkowski (INEOS Grenadiers) i Filip Maciejuk (Movistar).
Harmonogram
📍 Start honorowy: 10:00
🚩 Start ostry: ok. 10:10
🏁 Prognozowany finisz: 16:35–17:15
📺 Transmisja (PL): Eurosport / HBO Max – od 9:35






Pogoda






Juz przed godzina 17 kolejna odslona placzu fanow talentu Pogacara.
ave MVDP!
od kilku miesięcy chce się zwrócić od tej dyskusji o Tadeju (często nastawionej na kliki a nie wnoszącej wiele merytoryki), teraz zwroty tęczą od zapowiedzi wyścigu, to jeszcze tylko miesiąc zwrotów do rozważań o tadeju na Roubaix i w koncu trochę spokoju na śnieżno-różowym Giro.
Mam nadzieję, że czeka nas niespodzianka. Ciekawe czy ktoś założy znowu „myk myka” do szosy, jak niegdyś Mohoric. Czy może jest to zakazane już w szosie?
Pani Olu, tylko Pani tak potrafi. Dziękuję.
Pierwszy akapit i już rzygam tęczą od tego grafomaństwa, którego nie da się czytać.
@Alek
Racja, on jest wszędzie, zaraz wyjdzie mi z lodówki. Dlatego czekam z niecierpliwością na Katalonię, potem na Tour of the Alpes i na Giro, żeby móc poczytać po prostu o kolarstwie, nie tylko o nim.
„My zorientowaliśmy się relatywnie niedawno, że nadszedł zmierzch ery klasycznych sprinterów” ??? Być może w MSM , a nie w ogóle … Chociaż czy rekordzistę w ilości zwycięstw MSM niejakiego Edouarda Louisa Josepha Merckxa (że pozwolę sobie na swego rodzaju zadęcie dopasowując się do patetycznego tonu artykułu) można nazwać klasycznym sprinterem , a przecież on sie ścigał pół wieku temu i wygrywał na solo , z małych grupek ale również i z dużych grup
Do dynda
Taki typowy , zakompleksiony polaczek z ciebie , życzenie przegranej , komukolwiek ? Trochę to słabe kolego , masz z głową coś nie tak .
Nie czytam nawet. Zostawię tu tylko swoje trzy grosze, że słoweńskie monstrum w końcu dzisiaj dopnie swego. Przewiduję raczej akcję na Cipressie z jednym, dwoma jego koleżkami, którzy podholują go do Poggio może z jakimś balastem, a Mathieu niestety będzie musiał dziś uznać wyższość konkurencji.
Podziwiam wszystkich, którzy będą w stanie obejrzeć to męczenie buły przez peleton przez cały dzień (zwłaszcza przy „nadętym” komentarzu redaktora Probosza, który na włoskich wyścigach jest wyjątkowo nieznośny). Ja raczej zacznę od momentu, gdy wróci na antenę po transmisji z wyścigu Pań (którego końcówkę też pewnie obejrzę).
@Don-ww nie nakręcaj się tak, gdzie on niby tutaj życzy komuś porażki, po prostu kibicuje komuś innemu – aż tak Cię to boli, że nie każdy musi być za Tadejem? Równie dobrze można uznać, że to Ty życzysz porażki każdemu, kto nie jest Słoweńcem. Zresztą znając Twoje i Dydny (aka Radzio) komentarze pewnie tak jest i obaj jesteście siebie warci.
Majkel Wanturnałt – a niech dopina i niech się skończy ta opera mydlana. Wiem, że to jest najnudniejszy z monumentów i czymś się trzeba emocjonować, ale nie chciałbym, żeby rok w rok to było to samo.
UAE powinni wypuścić del Toro albo Christena na Cipressie żeby zmęczyć pozostałych gonitwą. Tylko w takim scenariuszu Pogi będzie miał szansę na urwanie się na Poggio, a ewentualnie Emiraty będą mieć wygraną w monumencie
@Ricky
Można tak na to spojrzeć, ale jednak wolałbym, by ktoś mu wyjaśnił, że nie jest jednak tym drugim Mercxxem.
Co tam Panie Dynda słychać? 🙂
Do Adam
„Juz przed godzina 17 kolejna odslona placzu fanow talentu Pogacara.
ave MVDP!” Wg ciebie to jest komentarz kogoś kto kibicuje komuś innemu ? NIE , słyszę tu satysfakcję z przewidywanej przegranej Pogacara .