Giro d’Italia 2025 nie mogło mieć piękniejszej puenty niż ta, która przytrafiła się temu wyścigowi w ostatnią sobotę. Wjeżdżając na metę w Sestriere jako trzeci Simon Yates w końcu napisał ostatni rozdział opowieści, którą rozpoczął wiosną 2018 roku.
Dominatorzy rzadko wzbudzają powszechną sympatię – te słowa aktualne są także dziś, ale siedem lat temu były zdecydowanie bardziej adekwatne. Zwłaszcza jeśli mowa o Brytyjczykach. W latach 2012-17 brytyjscy kolarze Team Sky wygrali aż 5 spośród 6 rozegranych edycji Tour de France, jednak nie zapewnili sobie tym powszechnej sympatii. Styl, w jakim jeździli kolarze Dave’a Brailsforda mógł budzić podziw. Dbałość o każdy detal i taktyka rozpracowana w najmniejszych szczegółach zasługiwały na szacunek, lecz ani Chris Froome, ani Bradley Wiggins nie zaskarbili sobie miłości, jaką dziś otrzymuje od kibiców (rzecz jasna nie od wszystkich!) Tadej Pogačar.
Wręcz przeciwnie – nawet ci, którzy nie wierzyli w oskarżenia o doping (zdecydowanie lepiej uzasadnione niż te, które dziś pojawiają się w przypadku Słoweńca), zarzucali ekipie z Wysp, że dowożąc swojego lidera w “futerale” do ostatnich kilometrów decydujących podjazdów, zabijają kolarstwo. Na szczęście był jeden Brytyjczyk, który w maju 2018 roku pokazał, że dominować można także w sposób przyjemny dla oka.
Yates we can
Simon Yates zdecydowanie nie przyjeżdżał na Giro d’Italia 2018 jako faworyt do zwycięstwa w wyścigu. Miał 26 lat, więc wciąż jeszcze mógł uchodzić za młodego kolarza, był liderem Mitchelton-Scott z pierwszymi niezłymi wynikami w klasyfikacjach generalnych wielkich tourów, ale we Włoszech miał zmierzyć się nie tylko z Chrisem Froomem, zwycięzcą sprzed roku – Tomem Dumoulinem, ale też z kolarzami pokroju Thibauta Pinota czy Fabio Aru.
Simon Yates przyjechał jednak do Włoch w formie życia. Pokazał to już na otwierającej wyścig czasówce po ulicach Jerozolimy. Zawodnik, który wcześniej nie pokazywał się ze szczególnie dobrej strony na etapach jazdy indywidualnej na czas, na niemal całkowicie płaskiej trasie zajął 7. miejsce. – Nie spodziewałem się, że mogę tutaj zyskać czas nad konkurentami – opowiadał tuż po czasówce, na której przegrał z Tomem Dumoulinem, ale pokonał resztę głównych rywali na czele z Chrisem Froomem.
Gdy już po opuszczeniu Izraela, we Włoszech, zaczęły się trudniejsze etapy, Yates jechał czujny jak ważka. Nie stracił czasu na Caltagirone ani na Santa Ninfa, a później na Etnie przeprowadził wraz z Estebanem Chavesem spektakularną akcję, która zapewniła mu koszulkę lidera.
Wtedy jeszcze nie wygrał etapu – zrobił to dopiero 3 dni później i okazał się naprawdę godnym jej posiadaczem. Nie tylko nie oddał jej żadnemu spośród uczestników kolejnych ucieczek dnia, utrzymując ją przez kolejne 13 etapów. On postanowił uhonorować ją licznymi zwycięstwami etapowymi. Najpierw na Campo Imperatore po prostu wygrał finisz z 11-osobowej grupy, ale potem, w Osimo stoczył kapitalny i zwycięsko zakończony pojedynek z Dumoulinem.
Wisienką na torcie był zaś 15. etap z metą w Sappadzie. Atak przeprowadzony na przedostatnim wzniesieniu, 18-kilometrów przed metą zaskoczył rywali i zapewnił mu zwycięstwo ze sporą, ponad 40-sekundową przewagę nad drugim kolarzem. Po dwóch tygodniach miał już ponad dwuminutową przewagą nad drugim w “generalce” Dumoulinem. Przez 15 dni rywalizacji Yates dominował nad rywalami. Problem w tym, że do przejechania wciąż pozostawał jeszcze trzeci tydzień…
Dzień, w którym zgasły wszystkie marzenia
Jeśli komuś coś się kiedyś w sporcie należało, to Yatesowi z całą pewnością należało się zwycięstwo w tamtym Giro d’Italia. Brytyjczyk nie kalkulował – zamierzał czerpać pełnymi garściami z każdego kolejnego dnia spędzonego w różowej koszulce. Być może po prostu chciał się nacieszyć zdobyczą przed katastrofą, którą wieszczył sobie niemal na każdym kroku.
Wszystko zaczęło się na 10. etapie, dzień po pierwszym zwycięstwie Brytyjczyka. Gdy Yates triumfował na Campo Imperatore, trzecie miejsce zajął Esteban Chaves, który w ten sposób wskoczył na 2. miejsce w klasyfikacji generalnej. Mitchelton-Scott nie utrzymał jednak dubletu zbyt długo. Już dwa dni później odpadł z peletonu już na pierwszym podjeździe, kilkanaście kilometrów po starcie. Trudy tamtego etapu, z którymi doskonale poradził sobie choćby sprinter – Sam Bennett, który dojechał do mety jako trzeci, przerosły jednego z najlepszych górali na świecie.
Yates zapamiętał tamtą lekcję. – Modlę się o to, żeby uniknąć słabego dnia i pecha. Widzieliście co się stało z Estebanem – wyścig się kończy – mówił już następnego dnia, tuż po wygraniu swojego drugiego etapu. Po trzecim triumfie mówił natomiast – Cała moja przewaga może zniknąć jednego dnia, w trakcie jednej czasówki…
Tyle że czasówka, której tak bardzo się obawiał, nie przyniosła mu aż tak dużych strat, jak oczekiwał. Znów pokazał, że dobrze radzi sobie również wtedy, gdy musi jechać sam. Owszem, stracił do Dumoulina minutę, ale wciąż miał 56 sekund przewagi. To pozwoliło mu odzyskać pewność siebie i nawet gdy na 18. etapie stracił 30 sekund do reszty faworytów, wydawał się spokojny. – Jeśli to miał być ten kryzysowy dzień to w sumie dobrze się skończyło – mówił. Brzmiał tak, jakby wiedział, że moment, którego tak bardzo się obawiał, w końcu nadszedł i nie pozbawił go koszulki. Dalej miało pójść z górki. Niestety nie poszło.
To, co wydarzyło się na 19. etapie, na Colle delle Finestre miało bowiem przejść do historii. Nogi zawodnika, wymęczone po olbrzymim wysiłku włożonym we wtorkową jazdę na czas, w piątek odmówiły posłuszeństwa. Gdy na około 90 kilometrów przed metą do pracy zabrał się Team Sky, Yates błyskawicznie został z tyłu. Wkrótce później zawodzący do tej pory Chris Froome przeprowadził swoją najsłynniejszą szarżę w historii i wygrał Giro d’Italia w stylu, w jakim nigdy nie wygrał Tour de France. Yates zaś błyskawicznie tracił dystans do czołówki. Etap ukończył na 79. miejscu, 38 minut za zwycięzcą. Szanse na wielkotourowe zwycięstwo przepadły.
Raj utracony
Wciąż nie zregenerowałem się po jeździe na czas. Do dziś zachowywałem pokerową twarz. Teraz przeżywam najtrudniejszy dzień w mojej karierze, ale wrócę. Wrócę i któregoś dnia wygram
~Simon Yates po 19. etapie Giro d’Italia 2018.
Brytyjczyk zakończył tamto Giro poza pierwszą “20” klasyfikacji generalnej, ale tamten występ przysporzył mu wielu kibiców – gdy kilka miesięcy później rywalizował z Michałem Kwiatkowskim podczas Tour de Pologne, sam widziałem, jak jeden z kibiców trzymał w ręku karton z napisem “Yates, we can!”. We wrześniu wygrał Vuelta a Espana, ostatecznie udowadniając, że stać go na zwycięstwa w wielkich tourach.
Wtedy wydawało się, że Brytyjczyk zrealizuje swoją odważną zapowiedź z majowego Giro d’Italia raczej wcześniej niż później. Pierwszą szansę dostał już w kolejnym roku i tym razem był wyjątkowo pewny siebie. Na pytanie o to, co zrobiłby na miejscu swoich rywali odpowiedział: “Obs***bym się ze strachu!” – i rzeczywiście, zaczął wyścig z wysokiego “C”. Rozpoczynającą wyścig czasówkę zakończył na drugim miejscu za Primožem Rogličem, jednak później szło mu już zdecydowanie gorzej.
– Nie wiem, naprawdę nie wiem, co się stało z Simonem Yatesem – mówił Matt White – dyrektor sportowy Mitchelton-Scott, gdy pod Lago Serru jego podopieczny po raz kolejny nie był w stanie utrzymać tempa rywali. – To Giro złamało mi serce – przyznawał z kolei sam Yates, gdy później kończył wyścig dopiero na 8. miejscu.
Nie był to jego ostatni start. W kolejnych trzech latach startował jeszcze trzy razy i trzy razy wygrywał etapy. Tyle że nigdy nie zbliżył się do końcowego zwycięstwa. Dwa razy wycofywał się z wyścigu po kraksach a raz, w 2021 roku, wprawdzie zajął świetne 3. miejsce, ale ani przez moment nie zagrażał Eganowi Bernalowi. Kolumbijczyk pokonał go o 4 minuty.
Domknięcie
Najbardziej szalone było dla niego Giro z 2022 roku. Najpierw sensacyjnie wygrał czasówkę w Budapeszcie, by chwilę później odnieść kontuzję na pierwszym górskim etapie, a to nie był wcale koniec wrażeń. Później, mimo urazu zdążył bowiem wygrać jeszcze jeden etap, by po kilku dniach, z jego powodu wycofać się z wyścigu. Najwyraźniej uznał, że po takiej huśtawce nastrojów przyda mu się kilkuletnia przerwa od włoskiego wyścigu, bo nie brał udziału w dwóch jego kolejnych edycjach.
Można było odnieść wrażenie, że się na niego obraził i porzucił marzenia o jego wygraniu. Gdy w tym roku, świeżo po transferze do Visma–Lease a Bike w końcu wrócił na jego trasę, słowem nie wspomniał o możliwości zwycięstwa w klasyfikacji generalnej. – Dam z siebie wszystko i zobaczymy, jak wysoko uda mi się zakończyć – mówił przed wyścigu, nie wspominając ani słowem o tym, że na miejscu rywali by się “ob***ł”.
Inną twarz niż lata temu pokazywał nie tylko podczas konferencji prasowych, ale też na szosie. Właściwie był przeciwieństwem samego siebie z 2018 roku. Wtedy szarpał gdzie tylko się dało, walcząc o każdą sekundę i każde zwycięstwo etapowe.
Tu ani razu nawet nie był go blisko. Pomijając etapy zakończone finiszem z peletonu, nigdy nawet nie dojechał do mety w grupie walczącej o zwycięstwo. Nie schylał się nie tylko po bonifikaty, ale nawet po pojedyncze sekundy urywane rywalom podczas kolejnych etapów. A mimo to, dzięki równej jeździe przez cały czas zajmował wysokie miejsce w klasyfikacji generalnej, z niewielką stratą do lidera.
W końcu stało się to, o czym marzył przez długi czas, w sposób najbardziej symboliczny z możliwych. Na Colle delle Finestre, w miejscu, gdzie w 2018 roku przegrał wyścig, tym razem zapewnił sobie zwycięstwo. To tam zaatakował, zostawiając z tyłu Isaaca del Toro i Richarda Carapaza. To tam wykorzystał fakt, że Latynosi nie mogą dojść do porozumienia i powiększył przewagę do takich rozmiarów, by całkowicie zniechęcić ich do jakiejkolwiek współpracy. Koszulka lidera, na którą czekał tak długo, w końcu do niego wróciła. I to tam, gdzie 7 lat wcześniej wypuścił ją z rąk.









