— Dostaję to pytanie po raz 20. — mówił Michael Vanthourenhout przed rozpoczęciem Kerstperiode, słynnego przełajowego okresu świąteczno-noworocznego w krajach Beneluksu. Chodziło oczywiście o powrót Mathieu van der Poela i Wouta van Aerta, którzy nim zaczęli się ścigać, skradli całe show. Nazwisko Van der Poel jest magnesem przyciągającym kibiców przed telewizory, ale czy zatrzyma ich przy przełajach?
Sezon przełajowy ma swój niepowtarzalny rytm i scenariusz, którego trzyma się od lat. Pierwsze dwa i pół miesiąca to czas dla światowej czołówki, by wyszaleć się i między sobą walczyć o punkty w najbardziej prestiżowych cyklach. Później przychodzi grudzień, okres świąteczno-noworoczny, Mathieu van der Poel z Woutem van Aertem, a wraz z nimi – pozostając w bożonarodzeniowym klimacie – ogień krzepnie, blask ciemnieje. Dwaj przełajowi herosi regularnie sprawiają, że pozostali zawodnicy wyglądają na statystów, mimo że przecież są jednymi z najlepszych zawodników na świecie.
Duet zgarnia zdecydowaną większość przełajowego tortu pod kątem zainteresowania zanim staną w blokach startowych, czemu też nie ma się co dziwić. – Wystarczająco dużo zostało napisane na ich temat. Zanim rozpoczęli sezon, dostali więcej uwagi od mediów niż gdyby wygrali 10 wyścigów – powiedział kilka dni temu Michael Vanthourenhout o „wielkiej dwójce”, jednocześnie podkreślając jej niezwykłe dokonania i poziom.
Choć Wout van Aert nie wrócił jeszcze do rywalizacji, pierwsze starty Mathieu van der Poela pokazały, że pod kątem scenariusza sezon 2024/25 nie zapowiada się na przełomowy. A szkoda. Wierni przełajom kibice, którzy mieli przyjemność oglądania zmagań w błocie od października, zgodzą się, że jest to jeden z najbardziej wyrównanych sezonów od lat. Sweeck, Vanthourenhout, Nys, Iserbyt, Orts, Van der Haar, Vandeputte, Aerts — każdy z nich miał swoje momenty.
Nie było kolarza, który wygrał więcej niż 3 wyścigi z rzędu na najwyższym poziomie, a w każdej cenionej serii imprez wszystko może się jeszcze zdarzyć. Byliśmy świadkami jednych z najbardziej emocjonujących wyścigów w ostatnich latach, jak chociażby w Namur, gdzie walka toczyła się do samej końcówki.
Mimo tego, każdy sukces najlepszych przełajowców na świecie może zostać podważony przez nieobecność Van der Poela na starcie. Takiemu podejściu również nie ma się co dziwić – mistrz świata przyjechał i pozamiatał, dominując w dwóch pierwszych wyścigach sezonu. Nie miał sobie równych, co w Pucharze Świata w Zonhoven pokazał przedzierając się po minucie na prowadzenie (startując z trzeciego rzędu). Dzień później nieco dłużej przewiózł się z rywalami, ale gdy zaatakował, tylko Laurens Sweeck był w stanie utrzymać jego tempo i to ledwie przez kilka minut.
Wyrównane rywalizacje napędzają sport, dlatego zawsze można było nastawiać się na pojedynki Van der Poela z Van Aertem. W tym roku najprawdopodobniej będzie inaczej – Belg wraca po kontuzji, a teraz jeszcze chorobie. Dodatkowo skupia się na przygotowaniach do sezonu szosowego, a w przełajach wystartuje tylko „z miłości dla tej dyscypliny”. Łącznie dojdzie do trzech pojedynków „wielkiej dwójki” ale śmiem wątpić, że będzie to równa walka. Szykuje się 11 zwycięstw Van der Poela na 11 startów?
Mistrz świata osiągnął w przełajach doskonałość – może nie w każdym elemencie, ale jeśli chodzi o całokształt, jest poza zasięgiem rywali. Bicie rekordów jest super, ale w kwestii emocji wyścigi nie mają wiele do zaoferowania. Nawet najlepszy film oglądany po raz 50. może się w końcu znudzić.
„Latający Holender” jest magnesem przyciągającym kibiców na trasy i przed telewizory. Każdy fan kolarstwa chciałby, żeby przemknęła przed nim rakieta „Van der Poel II”, ale czy wszyscy będą tak samo podekscytowani kolejnym spektaklem jednego aktora oglądając to przed ekranem? Jak długo niedzielny kibic może zachwycać się doskonałością?
Nierzadko spotkałem się z komentarzami o wyłączeniu wyścigu elity mężczyzn po paru minutach, bo „nic już się przecież nie wydarzy”. Znajdą się fani dominacji, ale większość zostaje przy emocjach, nieprzewidywalności. Tej niestety brakuje w najbardziej medialnym okresie sezonu przełajowego, ale towarzyszy dyscyplinie w pozostałych momentach rywalizacji!
Nie chodzi bowiem o to, by zniechęcać kibiców do Van der Poela albo proponować rozwiązania rodem z Giro d’Italia 1930, gdy organizatorzy zapłacili Alfredo Bindzie, by ten nie wystartował w wyścigu. Ważna jest natomiast świadomość, że przełaje warto oglądać nie tylko z powodu obecności Van der Poela. Zainteresowanie wyścigami, w których nie ma mistrza świata – co widzę analizując statystyki artykułów na ich temat – nie jest zbyt duże, ale może czasem warto włączyć imprezę, której największym faworytem będzie na przykład wspomniany wcześniej Michael Vanthourenhout? A nuż zatrzyma was przy przełajach na stałe!







Co to za bzdury, za kazdym razem jak to slysze, ze dominacja to nuda, to smiac mi sie chce. Przypomne najpiekniejsze momenty w sporcie ostatnich lat. Dominacja Schumachera w f1, Chicago Bulls wraz z Jordanem, Nadal z Djokovicem, Tiger Woods w golfie, Bolt w sprintach, Phelps w plywaniu itp itd. I jak bylo ? Byly to zlote czasy tych dyscyplin, szczyty ogladnalnsoci i wielu ludzi wpomina to jako historyczne momenty . Wiec wniosek ? Zamiast narzeka, to cieszmy sie chwila !! Za lata bedziet opowiadac, ze bylismy swiadkami dominacji Mvdp i Wwa.
Nie wiem czy na pewno przeczytał pan tekst ze zrozumieniem. „Wyrównane rywalizacje napędzają sport, dlatego zawsze można było nastawiać się na pojedynki Van der Poela z Van Aertem”, to jeden z jego fragmentów. Chodzi tu o sytuację, w którym Van Aerta nie ma bądź nie jest w odpowiedniej dyspozycji, by nawiązać walkę z Van der Poelem. Tematem nie jest całokształt ich wspólnej historii, tylko ten konkretny sezon, który w moim mniemaniu (podczas wyścigów z MvdP na starcie), będzie po prostu nudny, tak sam jak nudne były trzy pierwsze wyścigi z jego udziałem. Historyczne momenty – to na pewno, ale podczas gdy pan będzie się śmiał z słów, że dominacja to nuda, ktoś inny wyłączy telewizor. Nie kwestionuję też tego, co napisał pan o zainteresowaniu – wręcz sam to podkreślam, dwukrotnie. Z tym, że jest to bardziej zainteresowanie tymi dwoma postaciami, a nie kolarstwem przełajowym per se. Pozdrawiam.
A ktoś inny go nawet nie włączy i nigdy by nie oglądał gdyby tam mvdp nie było. Przełaj był przez lata sportem niszowym, oglądany w zadadzie tylko w krajach beneluxu i z gartstka fanatykow na swiecie. To Mvdp i Wwa zrobili z tej dyscypline sport miedzynarodowo popularny. Sam pamietam poczatki jak weszli do elity, przeciez wtedy tego nie bylo gdzie ogladac nawet, zostawaly pirackie streamy jak jakims cudem udalo sie znalezc.
Oczywiście, tu nie ma dyskusji, ale czy przesłaniem tekstu nie jest właśnie to, że przełaje potrafią być interesujące nie tylko z Van der Poelem i Van Aertem? Jest to poniekąd próba nakłonienia czytelników portalu szosowego do dania szansy tej dyscyplinie, gdy nie ma na starcie znanych szosowców.