fot. UCI

„Quelle belle jour pour le vélo!” − krzyknął stojący przy Wieży Eiffla policjant do przedzierającego się przez tłum kibiców rowerzysty. Niewątpliwie był to piękny dzień na rower, bez względu na to, czy mundurowemu chodziło o pogodę czy rozgrywany w Paryżu wyścig ze startu wspólnego mężczyzn. Większość kibiców co prawda nie wsiadła dziś na rower, ale żywiołowo dopingowała tych, którzy męczyli się na stokach Montmartre. 

Niewielki peleton ustawił się na linii startu wyścigu ze startu wspólnego, otwartego przez Petera Sagana, który o dziwo w swojej bogatej w sukcesy karierze nie dorobił się medalu olimpijskiego. Niedługo później jeden z oficjeli machnął białą flagą, jednak tym razem nie oznaczało to poddania się − wręcz przeciwnie, był to sygnał do walki. Grupa 90 kolarzy w szpalerze flag wjechała na Pont d’Iéna. Tylko jedna z nich mogła dziś zawisnąć przy najwyższym stopniu podium − każdy ze startujących miał tego świadomość i marzył, by to on najszybciej wrócił na Plac Trocadero.

Start zlokalizowany vis-à-vis Wieży Eiffla był ujmujący. Znajdując się nad Sekwaną, część zawodników wykorzystała wolne tempo peletonu podczas odcinka honorowego i spojrzała w lewą stronę, jakby starając się wypatrzeć znajdującą się w oddali Bazylikę Najświętszego Serca − Sacre-Cœur, która, jak ustaliliśmy wczoraj, miała być sercem sobotniej rywalizacji.

Jednak kolarze mocno się poszanowali, dając odjechać zawodnikom z bardziej egzotycznych kolarsko krajów. Najciekawszych wrażeń w pierwszej części wyścigu dostarczyły nam niezwykłe widoki, jak ten na Pałac Wersalski, czy waleczna jazda Marokańczyka Ed Doghmy’ego wracającego do czołówki. Wyścig rozkręcał się niczym „Śmierć w Wenecji”, ale tym razem − wiedząc, co przygotowali dla nas organizatorzy na paryskiej rundzie − można było podejść do oglądania z większą dozą cierpliwości niż Grucha i Fred w słynnej produkcji Olafa Lubaszenki.

W biurze prasowym stale panował gwar, jednak nie było to spowodowane nadzwyczajnymi emocjami w wyścigu, a raczej znakomitą akustyką Palais d’Iéna. Pomimo braku ciszy, niektórzy wykorzystali czas trwania wyścigu, by choć na chwilę zdrzemnąć się i odpocząć od trudów igrzysk olimpijskich.

Tego samego nie mogli zrobić kolarze, którzy na niespełna 100 kilometrów do mety rozpoczęli walkę na całego. Atak za atakiem, przyspieszenie za przyspieszeniem. Temu wszystkiemu przyglądali się zagorzali fani, ustawiając się na całej długości trasy, a w szczególności na wzgórzu Montmartre, korzystając chociażby z dobrze znanych schodów Bazyliki Sacre-Cœur, na co dzień obleganych przez turystów, chcących złapać najlepsze ujęcie na panoramę Paryża. Kibice od wczesnych rannych godzin ustawiali się na brukowanej wspinaczce, by zająć jak najlepsze miejsce pozwalające im na śledzenie olimpijskiej rywalizacji.

W oczekiwaniu na przyjazd kolarzy wcale się nie nudzili − między innymi organizowali zawody w sprincie pod górę czy imitowali ruchy wybitnego pływaka Leona Marchanda, który w Paryżu zdobył już 4 złote medale. Prawdziwe święto rozpoczęło się jednak w momencie, gdy zawodnicy wpadli do Paryża, przejechali przez Luwr i znaleźli się na rundzie w pobliżu Montmartre. Hałas na podjeździe był niesamowity, co dodawało wycieńczonym zawodnikom energii.

− Najprawdopodobniej był to najgłośniejszy wyścig, jaki jechałem w życiu. Podjazd przy Moulin Rouge był szalony. Nigdy nie słyszałem takiej ściany hałasu

− przyznał piąty na mecie Toms Skujins w rozmowie z Naszosie.pl.

− Niesamowite, szczególnie podjazd pod bruku, gdzie chyba było kilkaset tysięcy kibiców. Nie słyszałem swoich myśli

− dodał Stanisław Aniołkowski, jedyny reprezentant Polski.

Najwięcej energii miał dziś Remco Evenepoel, który w pięknym stylu odjechał Valentinowi Madouas. Gdy Francuz mijał ubrane w trójkolorowe stroje tancerki z Moulin Rouge, Belg był już ponad minutę dalej, pewnie zmierzając po zwycięstwo. Na Placu Trocadero, gdzie zgromadzeni byli kibice i dziennikarzy, przewijało się słowo „legenda”, wskazujące na pierwsze w historii podwójne olimpijskie złoto w kolarstwie szosowym mężczyzn.

Wtem Remco Evenepoel podniósł rękę, rozpaczliwie starając się przywołać samochód techniczny. Na trybunach rozległy się odpowiednio jęk belgijskich kibiców i wrzawa ich sąsiadów z Francji. W końcu na drugiej pozycji jechał Valentin Madouas! Jego strata była jednak zbyt duża, by myśleć o dogonieniu lidera − ten obronił się mimo defektu. Kolejny raz podniósł rękę już tylko w geście zwycięstwa, po raz kolejny zapisując się w historii kolarstwa.

Zwycięzca był już znany, ale tłum kibiców wciąż czekał na dalsze rozstrzygnięcia. Podczas gdy większość ludzi na trybunach spoglądała raz na telebim, raz w stronę szosy wiodącej po Pont d’Iéna, starając się wyszukać tam Valentina Madouas, mój wzrok utkwił na jednym z komentatorów francuskiej telewizji.

Był nim nie kto inny, jak Marc Madiot, menedżer drużyny Francuza, który − podobnie jak niegdyś na Col du Tourmalet przy zwycięstwie Thibaut Pinot − bardzo mocno przeżywał jazdę swojego podopiecznego. Charyzmatyczny Madiot na odległość starał się wesprzeć Valentina Madouas, przy okazji mocno gestykulując, jak gdyby chciał pchnąć go w stronę mety. Później był już tylko wielki wybuch radości z powodu srebrnego medalu, a wyścig osłodził także brązowy krążek Christophe’a Laporte’a, który przyprowadził na metę grupę pościgową.

Bohaterem dnia został jednak Remco Evenepoel, który w Paryżu zgarnął wszystko. Dodatkowo dzięki swojej żonie, która opatrznie zabrała dziś z domu medal za jazdę indywidualną na czas, Belg mógł zapozować na tle Wieży Eiffla z dwoma krążkami. Jak sam mówił podczas konferencji prasowej: − To będzie wyjątkowe zdjęcie na Instagrama.

Medal należy się także kibicom, którzy godnie wspierali zawodników, czyniąc wyścig olimpijski jednym z najbardziej niezwykłych przeżyć w ich zawodowych karierach.

Z Paryża dla Naszosie.pl, Kacper Krawczyk

Poprzedni artykułMathieu van der Poel: „Wiedziałem, że ciężko będzie nam dogonić Evenepoela”
Następny artykułRemco Evenepoel − złote dziecko belgijskiego kolarstwa
Kacper Krawczyk
Szukam ciekawych historii w wyścigach, które większość uważa za nieciekawe.
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze