„Eiffel Champ-de-Mars” — wybrzmiał tajemniczy głos w metrze numer 6, tym samym, którym podróżują wszyscy instagramowi influencerzy dla majestatycznego widoku na Wieżę Eiffla. Do mostu Bir Hakeim jednak nie dotarłem, choć moim celem również była żelazna wieża, tyle że z innej perspektywy.
Widok na Wieżę Eiffla z trybun otaczających boisko do siatkówki plażowej opanował media społecznościowe już na początku igrzysk olimpijskich. Zakochali się w nim kibice, sportowcy, celebryci czy dziennikarze. Szczególnie oblegana była rzecz jasna trybuna na wprost wieży, pozwalająca na raczenie się nie tylko rozgrywkami, ale i zapierającym dech w piersiach z widokiem.
Dla kogoś, kto może swobodnie poruszać się po olimpijskich arenach, jest to miejsce, które trzeba było odwiedzić. Z areną na Polach Marsowych było mi jednak trochę nie po drodze, ale wczoraj, po finale gimnastyki artystycznej, do którego też z pewnością jeszcze wrócę, znalazłem chwilę, by wpaść na wygrany mecz polskiej pary.
Wcześniej widziałem już między innymi szermierkę w Grand Palais, koszykówkę 3×3 na Place de la Concorde czy jeździectwo w ogrodach Wersalskich, przez co byłem przygotowany na zachwyt, którego miałem doświadczyć na siatkówce plażowej — szczególnie, że nieco wcześniej od jednego z kolegów dowiedziałem się, że trybuna prasowa ulokowana jest naprzeciwko Wieży Eiffla.
Niesamowite połączenie widoku, współgrających z otoczeniem i wydarzeniami na boisku iluminacji i doskonale prowadzonym dopingiem czyni to doświadczeniem jedynym w swoim rodzaju. Igrzyska olimpijskie jeszcze nie miały takiej areny, mimo że wcale nie oznacza to, że jest to najlepsza arena w Paryżu — ma niezłą konkurencję!
Po widowiskowym zwycięstwie Polaków nad Francuzami, co — przy trójkolorowej publiczności — również dodaje pewnego smaczku do pobytu na Polach Marsowych, byłem tak upojony atmosferą boiska, że zdecydowałem się zostać na mecz Chinek z Amerykankami. Już podczas meczu Polaków było widać zbliżające się czarne chmury, które kilkadziesiąt minut zawisły nad Wieżą Eiffla.
Deszcz rozpędzał się powoli, niczym diesel. Już pierwsze, delikatne krople wystraszyły kibiców, a wraz z rozwojem opadów trybuny coraz bardziej pustoszały. Gra trwała jednak w najlepsze, a w przerwach między punktami mogliśmy oglądać kolejne widowiskowe iluminacje. Również te w postaci pojawiających się nad Paryżem błyskawic, jeszcze bardziej urozmaicających olimpijski spektakl. Miasto światła wczorajszej nocy rozbłysło jeszcze bardziej, niż można się było tego spodziewać.
Wiele osób nie było przygotowanych na takie atrakcje, co dało się dostrzec po przemoczonych ubraniach i tłumach zgromadzonych we wnękach kamienic, restauracjach i na stacjach metra. Przede wszystkim widać było jednak tysiące uśmiechów ludzi żartujących z sytuacji, w której razem się znaleźli. Co zawzięci turyści starali się wykorzystać moment opustoszenia okolic Wieży Eiffla, by w strugach deszczu uchwycić idealny kadr z błyskawicą w tle świecącej budowli. W końcu to miasto światła!
Z Paryża dla Naszosie.pl, Kacper Krawczyk








