Tadej Pogačar show – tak w gigantycznym skrócie można by podsumować 111. edycję Tour de France. Byłoby to jednak bardzo krzywdzące spłaszczenie pięknego wyścigu do tego co zdominowało ostatni tydzień, albowiem wcześniej byliśmy świadkami wielu ciekawych wydarzeń. Przypomnijmy sobie o nich wszystkich w obszernym podsumowaniu.
Począwszy od tegorocznego Tour de France Red Bull został sponsorem tytularnym ekipy BORA-hansgrohe. Będąc nieco złośliwym zauważę jednak, że austriacki potentat rynku napojów energetycznych dodał skrzydeł nie tej drużynie co trzeba – po francuskich szosach fruwało bowiem pół peletonu, ale niemiecka formacja się do nich nie zaliczała. Oglądaliśmy szalone rekordy na podjazdach, niesamowicie szybkie etapy, a także pisanie się historii w postaci 35. zwycięstwa etapowego Marka Cavendisha czy pierwszego zwycięstwa w klasyfikacji punktowej wywalczonego przez czarnoskórego zawodnika. Choć zdarzały się pewne przestoje i gorsze dni to stwierdzić można jedno – to był naprawdę pełen emocji wyścig!
Król Tadej powrócił na tron
Po dwóch wielkich zwycięstwach Jonasa Vingegaarda najlepszy w latach 2020-21 Tadej Pogačar powrócił na najwyższy stopień podium w klasyfikacji generalnej Tour de France. Słoweniec od pierwszego dnia mocno naciskał na rywali i poza dosłownie krótkimi momentami gdy jego główny konkurent z Danii potrafił utrzymać jego rytm czy nawet raz ograć 25-latka na górskim finiszu to jednak było czuć kto jest obecnie numerem 1 w światowym kolarstwie pod kątem walki w wielkich tourach.
Choć Tadej Pogačar miał nad drugim Jonasem Vingegaardem przeszło 6 minut przewagi, kolejne trzy nad trzecim Remco Evenepoelem i aż 19 minut zapasu nad czwartym João Almeidą to jednak trzeba przyznać, że walkę w klasyfikacji generalnej oglądało się podczas Tour de France przyjemniej niż w trakcie Giro d’Italia. Przez większość wyścigu gdzieś można było żyć tym czy Słoweniec będzie miał kryzys, czy rywale znajdą jakiś sposób by go odizolować i zgubić i odpowiedzi przez wiele dni nie były jasne. Owszem, gdy stawkę opuścił już Primož Roglič to walka o dalsze miejsca stała się dość nudna, ale mam wrażenie, że większość kibiców ogląda jednak kolarstwo dla tej żółtej koszulki i jej otoczki, a nie rywalizacji o czołową piątkę czy dziesiątkę.
Powrót Tadeja Pogačara na tron został przed niego okraszony aż sześcioma zwycięstwami etapowymi, dzięki czemu ledwie 25-letni kolarz ma ich w swoim dorobku już 17, a to daje mu 9. miejsce w rankingu wszech czasów. Do Marka Cavendisha Słoweniec traci w tym momencie 18 etapów – z jednej strony multum, z drugiej przy regularnym udziale w Wielkiej Pętli na tym poziomie można sobie wyobrazić, że gwiazdę UAE Team Emirates stać na prześcignięcie sprintera z Wyspy Man. To jednak cały czas kwestia potencjalnie wielu lat ciągłego wygrywania.

Biniam Girmay zaskoczył świat
Jeśli jesteśmy już przy kolarzach zasiadających na tronie i wygrywających wiele etapów to nie sposób przejść obojętnie obok wyczynu Biniama Girmaya. Choć układ wyścigu sprawił, że w 3. tygodniu o sprinterach nieco zapomnieliśmy to chciałbym jeszcze raz podkreślić jak wielką historię napisał młody Erytrejczyk. 24-latek z Intermarché – Wanty nie przyjechał nawet na Tour de France jako główny sprinter swojej ekipy, albowiem tym miał być Gerben Thijssen, ale splot wydarzeń sprawił, że popularny Bini wygrał 3. etap i został liderem belgijskiej formacji na kolejne dni skupiając się nie tylko na finiszach, ale i na klasyfikacji punktowej, którą finalnie Erytrejczyk wygrał utrzymując niewielką przewagę nad zaciekle goniącym go dotychczasowym królem sprintu Jasperem Philipsenem.
Mógłbym tu pisać o pierwszym czarnoskórym z etapem, z koszulką itd., ale mam wrażenie, że to nieco odbiera skalę tego jak wielką niespodzianką czysto sportowo był sukces Biniama Girmaya. 24-latek na Tour de France przyjechał bowiem z ledwie 13 zawodowymi zwycięstwami, w tym jedynie dwoma odniesionymi na poziomie World Tour. Teraz ten dorobek powiększył się o aż 3 triumfy. To chyba najlepiej oddaje jakie to było piękne zaskoczenie.

UAE Team Emirates znalazło sposób na Team Visma | Lease a Bike
Czy Tadej Pogačar wygrałby bez mocnego zespołu? Zapewne tak, ale trzeba oddać, że jego koledzy z UAE Team Emirates znacząco ułatwili realizację tego celu swojemu liderowi. Od samego startu bliskowschodnia formacja objęła kontrolę nad peletonem, pierwszy cios wyprowadziła rywalom już na wietrznym Col du Galibier, a później oglądaliśmy jeszcze wiele pięknych momentów gdy UAE Team Emirates izolowało rywali od pomocników, narzucało mordercze tempo czy nawet korzystało ze stacji jak to było np. podczas ataku Tadeja Pogačara na Pla d’Adet, gdzie czekał na niego Adam Yates.
João Almeida, Adam Yates, Pavel Sivakov, Marc Soler, Tim Wellens i zasługujący na niesamowite brawa, będący małym objawieniem tego wyścigu Nils Politt – każdy z nich może czuć się zwycięzcą tego Tour de France. Celowo pomijam tu jednocześnie Juana Ayuso – już na Galibier Hiszpan pokazał kolejny raz, że jeździ dość egoistycznie, a jego wypadnięcie z powodu covidu w żaden sposób nie zmieniło taktyki UAE Team Emirates. Ciekawe jakie wnioski na przyszłość wyciągnie z tego ta ekipa.
Rekordy, historie, statystyki
Chyba każdy z nas ma już dość historii o tym, że Tadej Pogačar nie lubi podjazdów dłuższych niż 40 minut, więc o 3,5 minuty poprawił najlepszy czas wspinaczki Marco Pantaniego na Plateau de Beille. Trzeba jednak przyznać jedno – przeróżnych rekordów, historycznych wyczynów i innych statystycznych ciekawostek podczas tegorocznego Tour de France było pełno. Kolarstwo niesamowicie przyspieszyło, ściganie często nie tylko zaczyna się już na kilometrze 0, ale i nie ma przestojów w środkowej fazie, a odpuszczanie ucieczek na 20 minut na dobre odeszło do lamusa.
Wśród tych wszystkich rekordów jest jednak jeden, który zapamiętamy chyba wszyscy – Mark Cavendish dopiął swojego i wskoczył na samodzielne prowadzenie w tabeli wszech czasów pod kątem liczby wygranych etapów Tour de France zostawiając na dobre za plecami Eddy’iego Merckxa. 35. zwycięstwo odniesione przez Brytyjczyka w Saint Vulbas ucieszyło chyba cały peleton i dało radość kibicom z całego świata. Warto podkreślić, że droga do tego rekordu nie była prosta – o ile w latach 2008-16 Mark Cavendish odniósł aż 30 zwycięstw tak później na 5 lat jego licznik się zatrzymał. 4 triumfy z 2021 roku rozpaliły publiczność do czerwoności, ale na tą ostatnią wygraną 39-latek (!) czekał kolejne 3 sezony.

Wielcy przegrani
Red Bull – BORA – hansgrohe zbudowała zespół wokół Primoža Rogliča, a ten po raz trzeci z rzędu nie dotarł na metę Tour de France. Tym razem zawiniła kraksa, w której Słoweniec był wyłącznie ofiarą. 34-latek, który przyciąga pecha, jechał dość nisko w peletonie i zamieszał się w upadek, po którym nie było mowy o dalszej jeździe. Nie znaczy to jednak, że Primož Roglič wypisał się w ten sposób z walki o zwycięstwo – szanse na to miał już bowiem na po 11. dniach dość niewielkie i można się było prędzej zastanawiać czy stać go na wyprzedzenie Remco Evenepoela w walce o podium.
O ogromnym pechu może mówić także Mads Pedersen, który przyjeżdżał z nadziejami na zieloną koszulkę, a po kraksie na 5. etapie skończył poturbowany i bez nawet jednego etapowego podium. W kategorii sprinterskich występów do zapomnienia z pewnością na wspomnienie zasłużyli za to Fabio Jakobsen i Sam Bennett – jeśli ci nie znajdą nagle drogi do powrotu na najwyższy poziom to sens zabierania ich na kolejne Tour de France może być żaden.
Juan Ayuso został już wspomniany, ale zaliczyłbym go i do tego segmentu tekstu – 21-letni Hiszpan mimo młodego wieku i wielkiego talentu zalicza się bowiem do największych przegranych tego wyścigu. Miganie się od pracy w pierwszej części zostawiło niesmak, a koronawirus wyeliminował Juana z szansy na zajęcia po cichu miejsca gdzieś tuż za podium. Ciekawe jak zmienią się notowania 21-latka w UAE Team Emirates po takim występie.
W kategorii przegranych na „wyróżnienie” zasłużyło też kilka zespołów – INEOS Grenadiers kończy bez etapu i z dopiero 7. miejscem Carlosa Rodrígueza, rzutem na taśmę czołową „10” dla Bahrain – Victorious uratował z kolei Santiago Buitrago, ale i ten zespół nie ma powodów do zadowolenia. Waleczną postawą fatalne wyniki nieco zatuszować próbowali kolarze Movistar Team, a jeszcze gorsze wspomnienia może mieć zdziesiątkowany Cofidis oraz naprawdę fatalna Groupama-FDJ – aż ciężko uwierzyć, że ci pierwsi wygrali rok temu 2 etapy, drudzy zaś jeszcze 2 sezony temu mieli kolarza tuż za podium klasyfikacji generalnej.
Waleczni
Wspomniany wcześniej brak 20-minutowych ucieczek sprawił, że znalezienie się w każdej z nich wymagało naprawdę dużego wysiłku, a poza kilkoma „spacerowymi” etapami walkę odjazdów z peletonem śledziło się naprawdę ciekawie. Rekordzistą pod względem dni przed główną grupą według statystyk portalu Procyclingstats jest Oier Lazkano – Hiszpan z Movistar Teamu zaznaczył swoją obecność z przodu na aż 9 odcinkach. Najwięcej kilometrów na czele wykręcił z kolei Jonas Abrahamsen – Norweg z Uno-X Mobility w głosowaniu publiczności został wybrany najwaleczniejszym kolarzem całego Tour de France, ale jury postanowiło nie słuchać się ludzi i wręczyć ten tytuł bohaterowi ostatniego tygodnia i zarazem zdobywcy koszulki górala, czyli Richardowi Carapazowi (EF Education – EasyPost). W gronie nominowanych do tego tytułu był także polski rodzynek w stawce, czyli Michał Kwiatkowski – 34-latek szalał w drugiej części wyścigu, otarł się o zwycięstwo w Barcelonnette i zdecydowanie zasłużył na brawa ze strony biało-czerwonej widowni. Tym razem się nie udało, ale miło było kolejny raz ekscytować się przed telewizorem walką polskiego zawodnika w najważniejszej imprezie kolarskiej świata.
👏 Your vote goes to 🇳🇴 @AbraJonas with more than 4 000 RT!
🔥 The #TDF2024 Super-Combative will be elected today, with the addition of your voice and the votes of the jury.👏 Vous avez choisi 🇳🇴 @AbraJonas avec plus de 4 000 RT !
🔥 L'élection du Super-Combatif du #TDF2024 se… https://t.co/0yN7Yl6vmW pic.twitter.com/ghikwta7K6— Tour de France™ (@LeTour) July 21, 2024
Kibic zawsze wie lepiej
Ostatnie dni Tour de France stały nie tylko pod znakiem pięknej sportowej rywalizacji, ale i wielkich emocji w sekcji komentarzy pod każdym artykułem w polskojęzycznych mediach. „Doping”, „skreślanie”, „jak Lance” i inne formułki były jak mantra powtarzane przez najgłośniej krzyczących „kibiców” kolarstwa piszących jednocześnie, że oni to tego w sumie nie oglądają, nie podoba im się i już więcej nie uruchomią. Dobra rada dla osób mających takie podejście – pokażcie dowody inne niż „my wiemy”, „my domyślamy się” i „my czujemy” albo przestańcie pisać nie potwierdzone w żaden sposób domysły. Kolarze w obecnych czasach należą do czołówki najczęściej badanych sportowców na świecie (polecam chociażby nasz podcast na ten temat), a jeśli nie lubicie tego sportu to po prostu go nie oglądajcie. Zostawcie jednocześnie sekcję komentarzy tym, którzy chcą porozmawiać o kolarstwie, a przy tym nie taplać się w bagnie pustych oskarżeń.
Bezwzględne jury
Nie tylko kontrolerzy antydopingowi, którzy podczas Tour de France pobrali od kolarzy tysiące próbek byli zarobieni w trakcie wyścigu. Swoją pracę wykonywała też komisja sędziowska, która w pewnym momencie stała się naprawdę ostra. Relegacje dla Jaspera Philipsena, Marka Cavendisha, Phila Bauhausa, Biniama Girmaya czy Arnaud Démare’a pokazały, że jury ma rękę na pulsie i zaczyna faktycznie walczyć o bezpieczeństwo kolarzy na finiszach, choć wszystko to straciło na znaczeniu gdy popełniono gigantyczny wizerunkowy błąd wlepiając karę Julienowi Bernardowi podczas czasówki. Tak, zatrzymanie się podczas czasówki mogło zostać regulaminowo potraktowane w ten sposób, ale ktoś nie pomyślał, że w ten sposób setki mediów z całego świata zaczną pisać o „karaniu za pocałunek” nie wnikając w faktyczny powód 200-frankowej grzywny. Oby lekcja z tego zdarzenia została odrobiona.
Co dalej?
Masa osób z pewnością liczy, że Tadej Pogačar spróbuje jako pierwszy kolarz w historii zaatakować wygraną w La Vuelta a España. Cóż, powodów przeciwko temu jest tak wiele, że zasługują na osobny tekst, ale nie oznacza to, że Słoweniec całkowicie znika z wyścigów – przed nim Igrzyska Olimpijskie, Mistrzostwa Świata czy Il Lombardia. W Hiszpanii nie pojawi się także Jonas Vingegaard, którego możemy spodziewać się na starcie 81. Tour de Pologne. To oznacza, że podczas ostatniej z trzytygodniówek zapowiada się naprawdę ciekawa walka bez wyraźnego faworyta.
Wszystko o 111. Tour de France:









Kiedyś na forum Onetu był „mark2802”. Największe doświadczenie, wiedza i pisanie w obronie Lance’a jak pan Jakub w obronie Tadeja i reszty. No, ale jednak najlepsi też się mylą. Mark2802 to była IKONA!
Z wszystkimi tezami się zgadzam, dodam jeszcze że dla mnie dużym zaskoczeniem był występ Evenepoela, nie spodziewałem się tak dobrej jego jazdy w wysokich górach.
Ja nikogo nie bronię. Ja po prostu sugeruję by posiadać coś takiego jak dowody albo nie katować się oglądaniem „światowego spisku” czy innych doperów jeśli widzi się ich na każdym kroku.
Oglądałem Induraina, Ullricha i Armstronga. Potem Contadora i Frooma. Oglądam Jonasa i Tadeja. Niech trwa ten wyścig zbrojeń. Liczę że Alpe d’Huez zostanie podjechanie w 35 a Mont Ventoux poniżej 50 minut.
Pod sekcja „Kibic zawsze wie lepiej” podpisuje się obiema rękoma. Szkoda, że większość komentarzy pod filmikami/artykułami z TdF jest tylko o tym, bez jakiejś większej refleksji. Jakoś pod filmikami czy artykułami o piłce nożnej nie czytam, że każdy piłkarz się świeci w nocy od dopingu, a przecież też grają szybciej, więcej, mocniej, itd.
Kiedy wrócą podcasty?
Co do ostatniego akapitu.
Moim zdaniem jeżeli z formą wszystko będzie okej jednoznacznym faworytem będzie Primož Roglič (nie wiadomo co z Evenepoelem ale Rogliča i tak stawiam wyżej od niego).
Ktoś kto się zna na tym sporcie to wie, że niemożliwe jest na czysto bycie o wiele szybszym od największych czyli Armstronga,Induraina, Pantaniego czy Contadora.Pogacar to doper, tylko bierze coś co innym się jeszcze nie śniło.
Byłem widziałem i przeżyłem dwa ostatnie etapy w Nicei, emocje i atmosfera szczególnie przy czasówce niezampomniane. a to jak francuscy kibice wariują przy przejeżdżającym Kwiatkowskim to jakiś obłęd, łezka w oku