fot. Israel Premier-Tech
Simon Clarke wygrał 5. etap Tour de France. Liderem wyścigu pozostał Wout Van Aert.
Jedni wyczekiwali tego dnia z niecierpliwością, modląc się o deszcz, inni wręcz przeciwnie – modlili się o to, by żadnemu faworytowi nie przydarzył się jakiś pech, który wykluczyłby go z walki o zwycięstwo w całym wyścigu. Etap kończący się w Arenbergu składał się bowiem m.in. z 11 brukowanych sektorów, usytuowanych w drugiej części trasy, a to zwykle generuje defekty, kraksy, ale także nierzadko także znakomite ściganie.
Pech
Ten fragment relacji poświęcamy zwykle na wymienienie uciekinierów, ale co zrobić, gdy pierwsza kraksa ma miejsce już przed startem ostrym? Jednym z kolarzy, którzy w niej ucierpieli, był Kevin Vermaerke, ale oczywiście szybko zdołał wrócić do peletonu, który wciąż jechał za czerwonym samochodem organizatorów wyścigu. Zresztą, podobnie jak Kevin Geniets i Peter Sagan, którzy musieli zostać z tyłu z powodu defektów.
Na tym lista pechowców się nie skończyła – wraz z kolejnymi kilometrami, problemy mieli kolejni kolarze. Los nie oszczędzał nawet tych najlepiej radzących sobie na brukach. W kraksach brali udział m.in. Anthony Turgis, wspominany już Sagan oraz Wout Van Aert. Belg, dzierżący koszulkę lidera szybko jednak wrócił do głównej grupy. Mniej szczęścia miał natomiast Ben O’Connor. Australijczyk, który przyjechał do Francji z myślą o klasyfikacji generalnej, na 51 kilometrów przed metą złapał gumę, a później nie był już w stanie nadrobić straty do peletonu – nawet pomimo pomocy ze strony całej drużyny (do mety dojechał ostatecznie ze stratą 4:12).
Z tyłu została więc właściwie cała ekipa Ag2r Citroen Team, ale nie tylko ona. To samo dotyczy również Jumbo-Visma. Jeszcze na około 45 kilometrów przed metą z przodu naciskał Nathan Van Hooydonck, ale później zaczęły się problemy. Najpierw w kraksę zamieszany był George Bennett, a chwilę później kłopoty z rowerem miał Jonas Vingegaard. Najpierw swój rower oddał mu wspominany już Van Hooydonck, ale ten mu nie spasował, więc czynność Belga powtórzył Steven Kruijswijk. Chwilę później z tyłu został od dłuższego czasu słabo wyglądający Van Aert – być może wstrzymany przez grupę, by dociągnąć do peletonu Duńczyka.
Ocaleni
Niestety na tym nie skończyły się nieszczęścia holenderskiej grupy – około 30 kilometrów przed metą doszło bowiem do kraksy, w którą zamieszany był Primož Roglič. Słoweniec stracił dystans nawet do grupki, w której znajdowali się jego zespołowi koledzy. Podobnych problemów nie miał Tadej Pogačar. Właściwie nie mógł ich mieć, skoro większość brukowanych sektorów spędzał z przodu – raz nawet wyszedł na czoło i dał mocną zmianę.
Z innych faworytów „generalki” w peletonie pozostali już właściwie Aleksander Własow, David Gaudu i Nairo Quintana. Obecność tego ostatniego mogła nieco dziwić, ale walkę o przetrwanie ułatwiła mu znakomita ekipa – Kolumbijczyk właściwie przez cały czas mógł liczyć na Hugo Hofstettera, Warrena Barguila i Łukasza Owsiana.
Uciekinierzy 
Chaos z tyłu zapewne z uśmiechem przyjmowali kolarze jadący w ucieczce – w jej składzie, jak zwykle znalazł się Magnus Cort Nielsen, a obok niego jechał Taco van der Hoorn, Neilson Powless, Edvald Boasson Hagen oraz Simon Clarke. Peleton, mimo swoich problemów, trzymał ich krótko – maksymalnie wypuścił ich na cztery minuty. Nic dziwnego, że na około 20 kilometrów przed metą ich przewaga wynosiła już niespełna minutę
Być może jednak kłopoty wspominanych już wcześniej kolarzy, ale także sprinterów, którzy, z wyjątkiem Jaspera Philipsena, byli już daleko z tyłu, sprawiłyby, że w końcówce nie miałby kto gonić? Tyle że wtedy pojawił się Tadej Pogačar, który zaatakował i zabrał za sobą znakomicie czującego się na bruku Jaspera Stuyvena.
Przez moment wydawało się, że taki układ dla prowadzącej piątki oznacza katastrofę. A jednak w pewnym momencie Pogačar i Stuyven przestali się do niej zbliżać. Tym samym, pierwsze zwycięstwo etapowe przypadło uciekinierom właśnie dziś. Wiadomo było jednak, że triumfatorem nie zostanie Cort Nielsen, ponieważ na 5 kilometrów przed metą został z tyłu.
By utrzymać szansę na zwycięstwo Education First, na 1,2 kilometra przed metą zaatakował niezbyt dynamiczny Powless. To jednak nie przyniosło efektu – podobnie jak bardzo długi finisz Boassona Hagena. W ten sposób pojedynek o etap stoczyli Taco van den Hoorn oraz Simon Clarke. Minimalnie szybszy okazał się ten ostatni. Kolarz, który jeszcze niedawno bał się, że zostanie zmuszony do zakończenia kariery, dziś odniósł największy sukces w karierze.
Akcja – uratować koszulkę
Liderem wyścigu pozostał… Wout Van Aert. Bo choć w pewnym momencie grupka z nim (a także m.in. Vingegaardem i liderami INEOS) w składzie miała naprawdę dużą stratę do Gaudu, Quintany i spółki, to mocna praca drużyny Jumbo-Visma, która pogodziła się już chyba ze stratą Rogliča (na mecie okazało się, że do zwycięzcy stracił 2:59), sprawiła, że lider wrócił do grupy, która w tamtym momencie stała się 50-osobowym peletonem.
Oczywiście to wciąż była dopiero połowa drogi do utrzymania koszulki. Trzeba było jeszcze zmniejszyć stratę do ucieczki, w której jechali tracący nieco ponad minutę Boasson Hagen i Powless, a także do grupy 3. w generalce Pogačara. O to, by cel został zrealizowany, zatroszczył się sam Belg, który przez dłuższy czas popracował na czele grupy. W efekcie, peleton stracił zaledwie 1 minutę i 4 sekundy do lidera i… 13 sekund do Pogačara, któremu szalona akcja nie przyniosła ostatecznie zbyt wielkiego pożytku.
Wyniki 5. etapu Tour de France 2022:

Results powered by FirstCycling.com

guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze
Inline Feedbacks
View all comments
vraga
vraga

Taco van der Hoorn ma w tym roku sezon życia podobnie drużyna Intermarche.