fot. Giro d'Italia

W tegorocznej edycji wyścigu Corsa Rosa długo panował status quo i zastanawialiśmy się, kiedy zmieni się niemal śmiesznie miała różnica pomiędzy dwoma pierwszymi kolarzami w klasyfikacji generalnej. Teraz już wiemy, że to srogie odcinki podjazdu Passo Fedaia okazały się zabójcze dla Richarda Carapaza (INEOS Grenadiers), głównego faworyta do zwycięstwa. Ten etap wszystkich kosztował mnóstwo zdrowia, o czym opowiadają Alessandro Covi, Jai Hindley oraz Mikel Landa.

Po raz piąty w ostatnim tygodniu wyścigu Giro d’Italia przetrwała ucieczka dnia, z której tym razem najlepszy okazał się 23-letni Alessandro Covi. W tym roku Włoch zaczął odnosić pierwsze zwycięstwa na poziomie World Tour. W lutym wygrał wyścig Vuelta a Murcia oraz etap na Ruta del Sol. Teraz może pochwalić się pierwszym etapowym zwycięstwem w wielkim tourze, choć fakt ten został nieco przyćmiony przez to, co wydarzyło się w klasyfikacji generalnej.

Oto, jak kolarz UAE Team Emirates skomentował swój sukces na szczycie Passo Fedaia.

– Miałem szansę na ostatnich trzech etapach, a bardzo chciałem wygrać, więc jestem bardzo szczęśliwy. Od momentu, kiedy straciliśmy [João] Almeidę z powodu zakażenia koronawirusem naszym celem było wygranie etapu. Wyjedziemy z tego Giro w trochę lepszym nastroju. Zaatakowałem z daleka. Nie jestem typowym góralem, więc wiedziałem, że muszę wypracować sobie przewagę wcześniej. Ostatecznie wszystko ułożyło się idealnie. Jechałem na pełen gaz, nie martwiąc się o swoje nogi. Jednak cieszę się, że linia mety nastała tuż przed tym, jak zacząłbym mieć skurcze. Czułem, że są blisko. Dałem z siebie wszystko

– powiedział zaraz po zakończeniu dwudziestego etapu Alessandro Covi.

Do historii tegorocznej 105. edycji przejdzie to, co wydarzyło się na najtrudniejszym odcinku podjazdu Passo Fedaia. Richard Carapaz przystąpił do ostatniego górskiego etapu z przewagą trzech sekund nad drugim Jai’em Hindley’em. Ekwadorczyk i Australijczyk jechali koło w koło do ostatnich kilometrów dwudziestego odcinka, aż wreszcie Carapaza dopadł moment kryzysu, a kolarz BORA-hansgrohe zaatakował i zostawił na szosie absolutnie wszystko. Na ujęciach realizatora transmisji telewizyjnej było widać wyczerpanego Australijczyka, który po przekroczeniu linii mety nie był w stanie zejść z roweru.

Przed finałowym etapem jazdy indywidualnej na czas w Weronie ma minutę i 25 sekund przewagi nad Carapazem, co praktycznie zapewnia mu zwycięstwo (oczywiście, jeśli nie przytrafi mu się jakiś pech). Na mecie, gdy Hindley doszedł już do siebie, mówił następująco:

– Wiedziałem, że to może być kluczowy etap dla tego wyścigu, ponieważ ta końcówka była absolutnie brutalna. Jeśli ma się tam nogi, to zdecydowanie można zrobić różnicę. Byliśmy cierpliwi. Lenny [Lennard Kämna] był w ucieczce dnia i nie mógł zjechać, aby mnie wesprzeć w lepszej chwili. Kiedy usłyszałem, że Carapaz puścił koło, dałem z siebie wszystko. To był epicki etap. Zobaczymy, co będzie jutro. Zawsze ciężko jest powiedzieć, co wydarzy się podczas jazdy na czas, ponieważ to jest ostatni etap trzytygodniowego wyścigu, ale ja będę umierał jutro za tę koszulkę

– zapewniał Jai Hindley.

Całkiem nieźle z trudami przedostatniego dnia rywalizacji poradził sobie Mikel Landa. Kontrolę nad etapem przejęli jego koledzy z drużyny Bahrain-Victorious, ale – jak przyznał Bask – wszyscy nie czuli się dzisiaj najlepiej. Przed ostateczną rozgrywką Landa plasuje się na trzecim miejscu w klasyfikacji generalnej i traci minutę i 51 sekund do lidera.

– Nie czułem się dzisiaj najlepiej. Cierpiałem naprawdę dużo. Moja strata do Carapaza wydaje się duża, ale zobaczymy, co będzie jutro. Widziałem, że on dojechał do mety kompletnie wyczerpany. Być może nie będzie w stanie dostatecznie się zregenerować. Do ostatniego kilometra niczego nie można powiedzieć. Zacisnę jutro zęby i dam z siebie wszystko

– dodał Mikel Landa.

Pełne sprawozdanie z dwudziestego etapu wraz z wynikami znajduje się TUTAJ

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments