Fot. Paryż-Roubaix

Paryż-Roubaix w 2016 roku miało przebieg, którego nie przewidziałby chyba nikt. Ostatecznie finałowy sprint z pięcioosobowej grupy, ku zaskoczeniu kibiców na całym świecie, zakończył się triumfem 37-letniego Australijczyka – Mathew Haymana, kolarza mającego do tej chwili na swoim koncie zaledwie trzy zawodowe zwycięstwa. Żadnego o najwyższej randze.

Sześć tygodni wcześniej, wtedy zawodnik ORICA-BikeExchange, upadł podczas otwierającego kampanię klasyków Omloop Het Nieuwsblad. Kraksa okazała się na tyle poważna, że wykluczyła Australijczyka z kolejnych startów, między innymi z całej serii wyścigów we Flandrii. Diagnoza była brutalna i w teorii kończąca wiosnę dla
Haymana – złamana kość promieniowa. Doświadczony zawodnik miał jednak zupełnie inny plan.

Trener Mata – Kevin Poulton mówił, iż po zobaczeniu kraksy w telewizji, gdy zauważył, że jego kolarz nie wstaje z ziemi tak błyskawicznie jak to miał w zwyczaju to już zabierał się do przeredagowania pierwotnie ułożonego planu treningowe. Kilka dni później po przejściu operacji Hayman skontaktował się ze swoim trenerem, ale nie po to by zmieniać jakiekolwiek założenia, wręcz przeciwnie. Opowiedział mu o nowo poznanym
programie – Zwift, który dawał mu dodatkową motywację podczas jazdy na trenażerze, a także pozwalał z laboratoryjną dokładnością rozpisywać wszystkie jednostki. Zapytany o operowaną rękę odparł, że opiera ją na postawionej obok drabinie i stara się jej nie obciążać. Nie stanowiła żadnego problemu w wykonywaniu najważniejszych kolarskich zadań. Teraz celem numer jeden dla Australijczyka i ludzi wokół niego stało się aby Mathew mógł w ogóle stanąć na linii startu Paryż-Roubaix, załapać się do wyselekcjonowanego składu i wystartować. Po raz piętnasty (!) w karierze.

fot. Mathew Hayman

Dwa tygodnie po wypadku prognozy były całkiem dobre, zdaniem trenera Hayman utrzymywał moc na poziomie sprzed kraksy, ale Australijczyk doskonale wiedział, że bez rytmu wyścigowego nie pojedzie w swoim ukochanym monumencie. Zdawał sobie też sprawę, iż gips niczego w jego sytuacji nie ułatwia. Nadszedł dzień zdejmowania dodatkowego obciążenia, kilkanaście sesji na trenażerze w domowym zaciszu równały się litrom wylanego potu, co jak potem opowiadał Mat miało przełożenie na zapach towarzyszący całej procedurze. Potem nadeszła chwila prawdy – pierwsza jazda na otwartej drodze. Ręka Australijczyka wytrzymała, jak sam opowiadał czuł słabość, ale co najważniejsze – nie był to ból. Otrzymał zielone światło by ponownie się ścigać.

Mathew chciał wrócić i rzucić się od razu na bardzo głęboką wodę – wyścig Dookoła Flandrii, nie zgodziło się na to kierownictwo ekipy i zdecydowali się wysłać go na dwa jednodniowe wyścigi w Hiszpanii: Gran Premio Miguel Indurain oraz Vuelta Ciclista a La Rioja. Ręka ponownie dała radę. Hayman wykonał postawione przed nim zadanie i obydwa starty ukończył. Hamowanie czy skręcanie nie sprawiało mu bólu. Pojawił się promyczek nadziei. Ostatecznym testem miał być rekonesans Paryż-Roubaix. To był powrót na kocie łby po wypadku na Omloop. Drgania i obciążenia, które czekały na kość Mata znacznie przerastały to co do tej pory przeszła po operacji. Problemy się nie pojawiły, rekonesans, nawet na tempie wyścigowym, się powiódł. Australijczyk mógł stanąć na starcie, sześć tygodni po złamaniu kości promieniowej. Spełnił swój cel, ale nawet w najśmielszych snach nie mógł przewidzieć tego co wydarzyło się tamtej pamiętnej niedzieli.

Od samego początku Mat czuł się dobrze, zabierał się w odjazdy i ostatecznie znalazł się w akcji dnia. Wraz z nim z przodu kręcili między innymi Imanol Erviti czy Marcel Sieberg. Współpraca w ucieczce układała się bez żadnych zastrzeżeń, przewaga rosła a kilometry ubywało. Gdy upadek zaliczyli dwaj faworyci: Fabian Cancellara i Peter Sagan, mordercze tempo w peletonie narzuciła drużyna Etixx-Quick Step, pracująca na swoje lidera Toma Boonena, który celował w rekordowy – piąty triumf na welodromie w Roubaix. Uszczuplona grupa z Tommeke i Sepem Vanmarcke w składzie doszła ucieczkę. Następnie atak za atakiem, kontra za kontrą i nagle na czele pozostaje już tylko piątka: Tom Boonen, Sep Vanmarcke, Ian Stannard, Edvald Boasson Hagen i jedyny przedstawiciel początkowego odjazdu – Mathew Hayman. Na ostatnich sekcjach brukowych potężne ataki serwował swoim rywalom Vanmarcke, wydawało się, że Hayman już odpada, a on niczym feniks z popiołów powracał do walki o triumf. Sytuacja się uspokoiła. Jak sam Australijczyk potem opowiadał przyjrzał się wtedy swoim rywalom, ocenił ich tak: Norweg wyglądał na bardzo zmęczonego co na finiszu po całym wyścigu jest kluczowe, Brytyjczyk był bardzo trudny do odczytania, więc nie wiedział czego oczekiwać, Boonen zrobi wszystko by pobić rekord wszechczasów, Vanmarcke prezentuje się najmocniej i jego trzeba obawiać się najbardziej.

Hayman nie czuł na sobie żadnej presji. Był szczęśliwy, że jest tu gdzie jest, nie miał do stracenia absolutnie nic. Dlatego na pięć kilometrów przed metą, w pobliżu miejscowości Hem, na minimalnym podjeździe, potocznie nazywanym przez kolarzy „zmarszczką”, Mat zdecydował się na atak. Na jego koło z wielkimi trudnościami skoczyli dwaj Belgowie. Trójka wjechała na welodrom. Rozpoczęły się kolarskie czary, do grupy wrócili Hagen i Stannard. Hayman podjął wtedy, jak z pozoru mogło się wydawać, złą decyzję – rozprowadzał sprint. Ruszył. Na jego kole legenda tego sportu – Boonen, po zewnętrznej wyjść próbuje Vanmarcke i Stannard, Hagen odpuszcza. Mijają kolejne metry, wyskakuje Tom, kiedyś przecież taki genialny sprinter, ale… ale to już jest meta! Mathew Hayman wygrał Paryż-Roubaix. Czwarta zawodowa wygrana w jego karierze, pierwsza o tak wielkiej wadze. Spełnienie życiowego marzenia, swojego młodzieńczego snu. On to po prostu zrobił. Ograł na sprincie o wiele bardziej utytułowanych kolarzy, miał swój „dzień konia” i wykorzystał go w stu procentach. Docenili go rywale, szybko gratulując Australijczykowi, pomimo pewnego rozczarowania jako pierwszy dłoń podał mu drugi na mecie Boonen. Trzecie miejsce zajął Ian Stannard. Czwarty był Sep Vanmarcke. Sto czternasta edycja Paryż-Roubaix przeszła do historii a wraz z nią jeden z najbardziej zaskakujących zwycięzców, opowiadający całą swoją drogą do sukcesu, naprawdę spektakularną historie. Za takie wydarzenia osobiście kocham sport, za takie wyścigi kocham kolarstwo. Dziękuję Mathew, że mogłem być tego świadkiem i mogę teraz, samemu się wzruszając, wspominać ten niesamowity dzień. Życzę każdemu, by mógł w taki sposób dojść do swoich marzeń. Niech Hayman będzie dla nas wszystkich inspiracją.

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments