Anna Plichta
fot. Polski Związek Kolarski

Uciekała 132km, od samego startu aż do ostatniej rundy na torze Fuji International Speedway. Anna Plichta, bo to o niej mowa, była od krok od wielkiej sensacji i otworzenia worka medalowego dla reprezentacji Polski.

Dzisiejszy wyścig potoczył się bardzo specyficznie. Nieczęsto oglądamy sytuację, w której zawiązana od kilometra zero ucieczka dnia walczy o zwycięstwo w wyścigu jednodniowym, a przecież dzisiaj stawką były medale olimpijskie. Annie Plichcie zabrakło bardzo niewiele, została złapana niespełna 5km przed metą, a już na niej porozmawiali z nią polscy dziennikarze TVP Sport. Pierwsze pytanie dotyczyło tego czy to najdziwniejszy wyścig w karierze 29-letniej Polki.

– Było już kilka takich szalonych dni w mojej karierze. Zawsze dobrze wspominam te, w których zakładałam biało-czerwoną koszulkę reprezentacyjną. Przyjechałyśmy tutaj po medale, Kasia była naszą liderką, ale każda chciała dać z siebie wszystko, bo taka impreza zdarza się raz na 4 lata

– opowiadała na gorąco Anna Plichta.

Rzecz jasna nie mogło zabraknąć pytania o rolę Ani w odjeździe, albowiem wszyscy spodziewali się przed startem, że taka akcja nie może mieć potencjału medalowego, a w walce o krążki decydujące będzie by pomóc Kasi w walce z Holenderkami.

– Posłuchałam swojej intuicji, byłam na kole dziewczyny zawiązującej odjazd, myślałam, że mocniejsze reprezentacje do nas doskoczą. Nasza przewaga rosła, nikt nie przeskakiwał, a my jechałyśmy po prostu bardzo mocno

– kontynuowała Polka.

Przed telewizorami w pewnym momencie z niedowierzaniem obserwowaliśmy, że różnica nie chce spadać. Kolarki pozbawione były jednak łączności radiowej, więc i komunikacja oraz świadomość sytuacyjna mogła być utrudniona. Annę spytano o to, w którym momencie zdała sobie sprawę, że walczy o medal.

– Szczerze mówiąc pierwszy raz ta myśl pojawiła się jak już wjechałyśmy na tor, to było jakieś 20km przed metą, przewaga wtedy była jeszcze dość spora. Wcześniej liczyłam, że uda nam się przejechać przez szczyt, dogonią nas faworytki, a ja pomogę Kasi. Wyszło inaczej, co prawda nie wracamy z medalem, ale jestem z siebie zadowolona, taki jest sport.

– mówiła z uśmiechem na ustach reprezentantka Polski.

Polka została za Austriaczką w dość trudnym momencie – to była końcówka podjazdu, nasza zawodniczka w tym czasie pobierała torbę z żywnością i bidonami.

– To był ciężki moment, ona była bardzo mocna na podjeździe, ale rzeczywiście zaatakowała gdy brałam bufetówkę. Bez tych bidonów by się nie obeszło, nie byłam w stanie pogonić za nią. Udało mi się dogonić kolarkę z Izraela na stromej hopce, potem jechałyśmy już razem

– opowiadała o kluczowych momentach Anna.

Ostatecznie reprezentującą na co dzień Lotto Soudal zawodniczkę złapano niespełna 5km przed metą. Jak sama zainteresowana mówi, nie było to jednak dla niej aż tak bolesne jak można by się spodziewać.

– Zabolało, ale wiedziałam, że za mną z tyłu jest Kasia, jest Marta, do samego końca życzyłam by to ona zdobyła medal. Już na mecie porozmawiałyśmy i wyszło, że ja się modliłam by ona miała medal, ona bym ja go miała, każda walczyła dla swoich koleżanek z drużyny. Każda z nas jest profesjonalistką i chciała dać z siebie 100%

– zakończyła Anna.

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments