• Sezon 2021 był ostatnim w karierze 29-letniej Anny Plichty, dwukrotnej mistrzyni Polski w jeździe indywidualnej na czas. Ostatnio Polka reprezentowała barwy kobiecej drużyny Lotto-Soudal. 
  • Podczas wyścigu olimpijskiego w Tokio, Plichta zabrała się do ucieczki dnia razem z późniejszą mistrzynią Anną Kiesenhofer i do ostatnich chwil walczyła o medal. Peleton dopadł ją dopiero nieco ponad 4 km przed metą. Kibicom dostarczyła tym występem mnóstwo pozytywnych emocji. 
  • W wywiadzie dla Naszosie.pl opowiedziała o motywacjach do zakończenia kariery, problemach, jakie niestety nigdy jej nie omijały, swoich najlepszych momentach w peletonie i przestrodze, która przydać się może każdemu, nie tylko w kolarstwie. 

Kiedy podjęłaś decyzję o zakończeniu profesjonalnej kariery kolarskiej? 

Pierwszy raz przyszło mi to do głowy wiosną tego roku, ponieważ zmagałam się z różnymi problemami – związanymi między innymi z kontuzją oraz z drużyną. Trochę się męczyłam z tym wszystkim. Przeszło mi przez myśl, czy jest sens to kontynuować, czy lepiej skończyć karierę. Jednak – wiadomo – był to ważny sezon, bo olimpijski itd. Postanowiłam dać sobie jeszcze czas. Skupiłam się na przygotowaniach do mistrzostw Polski, bo skoro nie startowałam w takich wyścigach, w jakich bym chciała, to postanowiłam skupić się chociaż na wyścigach z kadrą. Właśnie tam chciałam spróbować pokazać się z dobrej strony. Gdy skończył się sezon, to tak naprawdę moje odczucia się nie zmieniły. Wahałam się, czy kontynuować karierę, bo nie chciałam znowu mieć takiej wiosny jak w tym roku. Wiedziałam, że nie będę ścigała się w takich wyścigach, jakbym chciała i stwierdziłam we wrześniu, że dam sobie czas i jeśli nie poczuję tęsknoty za ściganiem, to zakończę karierę. I tak się stało – nie wystartowałam na MŚ we wrześniu i w sumie już w połowie sierpnia zaczęłam roztrenowanie. W październiku jeszcze jeździłam na rowerze, ale to już bardziej dla przyjemności. Ta chęć ścigania nie wracała. Czułam, że kocham rower, ale cieszyłam się tym, że nie jadę na trening, tylko po prostu na przejażdżkę. Niejako poczułam miłość do roweru na nowo. Ten rok kosztował mnie dużo stresu i potrzebowałam po prostu wyluzowania.

To, że nie byłaś zadowolona z programu startów w drużynie Lotto-Soudal przyczyniło się do podjęcia decyzji o zakończeniu kariery?

W jakimś sensie tak. Ścigaliśmy się w Belgii, a to jest typ wyścigów, który mi nie odpowiada. Nie miałam możliwości pokazać się gdzieś indziej, chociaż wiedziałam, że do sezonu byłam przygotowana świetnie i zaczynałam go z wysokiego poziomu. Ale jeśli startujesz tylko w takich wyścigach, które nie pasują do twojej charakterystyki jako zawodniczki, to w większości nie jesteś w stanie ich ukończyć. Swój poziom możesz podnosić wyścigami, w których walczysz o coś, a nie o przeżycie.

Jak już się teraz okazało, twoja wspaniała ucieczka w wyścigu olimpijskim była ostatnim widocznym występem, którym niejako pożegnałaś się z zawodowym peletonem. Co prawda później startowałaś jeszcze w „czasówce” i w ME, ale tam już nie przeprowadzałaś takiej spektakularnej akcji. Dałaś nam tym wiele radości. Jak to wspominasz? 

Wspominam to bardzo dobrze. Startując w jakimkolwiek wyścigu – bez znaczenia, czy są to igrzyska, MŚ, MP czy jakiś regionalny wyścig – jest się tak skupionym, że nie myśli się o randze wyścigu. Trzeba się wyłączyć i skupić na jeździe. Myślę, że to była moja dobra cecha, że potrafiłam się wyłączyć, nie przeliczałam i dlatego też mogłam zawsze dać z siebie wszystko. Fajnie, że tak pojechałam w Tokio, bo widzę ile radości dało to wszystkim, którzy oglądali i kibicowali. Ja tylko jechałam, dałam z siebie 100 proc. i nie mam sobie nic do zarzucenia, bo nie mogłam wycisnąć z tego nic więcej. W tym dniu udowodniłam sobie, że pomimo tak ciężkiego roku, gdzie tak naprawdę od wiosny zastanawiałam się nad odstawieniem roweru, jestem w stanie coś zrobić. Dotarło do mnie, że warto było jeszcze trochę się pomęczyć.

Jesteś zdziwiona zwycięstwem Anny Kiesenhofer?

Na pewno było i będzie dla wszystkich dużym zaskoczeniem, że ta ucieczka, która odjechała na pierwszym kilometrze dojechała tak daleko. Tego dnia faworytki i reprezentacja Holandii dużo przeliczały i dlatego ten odjazd odjechał tak daleko. Mistrzyni olimpijska jest świetną góralką, którą pamiętałam z wyścigu Tour Cycliste Féminin International de l’Ardèche w 2016 roku, gdzie wygrała etap z Mont Ventoux i od tej pory to nazwisko utkwiło mi głowie. Później podpisała zawodowy kontrakt, ale dość szybko zawiesiła karierę z powodu jakichś problemów z odżywianiem. Jednak jak widać trenowała i zakwalifikowała się na igrzyska. Pewnie większość osób spoglądając na listę startową nawet nie zwróciło uwagi na jej nazwisko, ale jak się okazało to było błędem. Co prawda na wyścigu olimpijskim nie ma radia, ale w każdej chwili można zjechać do dyrektora sportowego i zapytać, kto jest z przodu. Myślę, że jej nazwisko nie powinno nikomu umknąć.

Umknęło nawet reprezentacji Holandii, dla której było niemal oczywiste, że wyjedzie z Tokio ze złotym medalem.

To nie była pierwsza mistrzowska impreza, na której Holenderki się pogubiły. Stało się to – nie chcę powiedzieć przez głupotę – ale przez egoistyczne myślenie. Nie jest to drużyna, w której każda zawodniczka poświęci się dla drugiej i to czasami widać. Kolarstwo jest sportem drużynowym – każdy musi dać z siebie 100 proc., żeby jeden mógł zwyciężyć. Jeśli ktoś przelicza, to często reszta kończy niestety bez medalu.

Na kolarskiej emeryturze nadal będziesz zajmować się czymś związanym z kolarstwem?

Trenując kolarstwo ciężko się od tego odciąć. To nie jest tak, jak w innych zawodach, że kończysz pracę i zaczynasz żyć czymś innym. Kolarstwem żyjesz cały czas. Staje się to całym twoim życiem. W ostatnich latach całe moje życie kręciło się wokół kolarstwa i pokochałam je tak bardzo, że nie wyobrażam sobie tak po prostu odejść i robić coś zupełnie innego. Zatem mam w głowie to, że chciałabym zostać w tym sporcie i wykorzystać doświadczenie, które zebrałam jako zawodniczka. Wiem, że mam ogromną wiedzę na ten temat i chciałabym się tym podzielić. Fajnie by było zmotywować inne zawodniczki, młode dziewczyny trenujące w Polsce, bo potrzebujemy młodego narybku. Będę chciała znaleźć pracę w tym kierunku. Poza tym mam ukończone studia (jestem magistrem fizjoterapii), a także różne kursy – instruktora kolarstwa, teraz skończyłam trenerski i mam jeszcze kurs dietetyki sportowej. Tak naprawdę mam w ręku kilka narzędzi, które pozwolą mi podejść holistycznie do tematu kolarstwa. Bardzo interesuje się treningiem, a przez ostatnie półtora roku sama dla siebie byłam trenerką i bardzo mnie to wciągnęło.

Masz już coś konkretnego?

Tak, w najbliższych dniach ogłoszę, czym będę się zajmowała, ale na razie nie mogę nic zdradzić. Powiem tylko tyle, że będzie to praca związana z kolarstwem. Mam nadzieję, że z wykształceniem i doświadczeniem, które mam, nie będę miała problemu ze znalezieniem satysfakcjonującego zajęcia. Ja chciałabym pracować z ludźmi. Jestem osobą, która zawsze największą radość czerpie z dawania czegoś innym, dlatego też studiowałam fizjoterapię, która jest ukierunkowana na pracę z ludźmi. W tym kierunku chciałabym iść. Połączenie tego z wiedzą praktyczna byłoby dla mnie najlepsze.

A co z aktywnością fizyczną? Będziesz starała się nie przytyć zbyt mocno? (śmiech)?

(śmiech) Oczywiście, że tak. Przed ślubem z braku czasu musiałam odstawić rower, ale później zatęskniłam za ruchem. Zawsze jesienią spędzałam mnóstwo czasu w górach i to też uwielbiam – każdą wolną chwilę wykorzystywałam na to, by pojechać w góry. Teraz niestety złapałam Covid, więc musiałam zrezygnować z wszelkich aktywności i tak naprawdę nie wiem, kiedy będę mogła wrócić do treningów na zewnątrz, bo na razie zwykłe wejście po schodach sprawia mi trudność. Mam jednak nadzieję, że z dnia na dzień będzie coraz lepiej.

Wróćmy jeszcze na moment do twojej kariery? Jako kolarka czujesz się spełniona czy masz jakiś niedosyt?

Przyznam szczerze, że wcześniej o tym nie myślałam, dlatego to, co teraz powiem będzie taką odpowiedzią „na gorąco”. Zdobyłam dwa tytuły mistrzyni Polski w jeździe indywidualnej na czas, co na pewno jest dużym sukcesem, chociaż może taką wisienką na torcie byłby jeszcze złoty medal ze startu wspólnego. Byłam kilka razy dość blisko, ale niedostatecznie blisko. Dwa razy brałam udział w IO, co przecież nie każdemu sportowcowi się udaje. To jest to, co teraz przychodzi mi do głowy.

Jak wiadomo o klasie kolarza świadczą nie tylko sukcesy, ale również to, jak wykonuje pracę dla drużyny. Myślę, że w Boels-Dolmans i w Treku wypełniałaś te obowiązki wzorowo.

To były te lata, które podczas mojej kariery sprawiały mi największą radość. Mogłam wtedy reprezentować najlepsze drużyny na świecie i dokładać swoja cegiełkę do zwycięstwa w najbardziej prestiżowych wyścigach w kalendarzu. Ponadto miałyśmy w tych ekipach świetną atmosferę. Poznałam wiele wartościowych osób, z którymi zaprzyjaźniłam się na całe życie. To jest coś bardzo cennego. Bardzo się cieszę, że do takich ekip trafiłam. Z tego też powodu przejście do Lotto nie było dla mnie łatwe.

A gdzie było tobie najlepiej? W Boels-Dolmans czy w Trek-Segafredo?

Zdecydowanie w Treku. Ta drużyna stała się dla mnie jak rodzina. Miałam w trakcie swojej kariery kilka trudnych sezonów. Na początku, gdy byłam w Nestle Fitness u Pauliny Brzeźnej i Pawła Bentkowskiego, to wszystko zaczęło się rozkręcać oraz iść w dobrym kierunku. Potem była BTC Ljublana i także dyspozycja była świetna, a potem koniec roku 2016 dostarczył mi życiowych zawirowań. Miałam chorobę, której długo nikt nie mógł zdiagnozować i tak naprawdę przez cały sezon 2017 walczyłam ze swoim organizmem. Wiedziałam, że coś jest nie tak, że nie potrafię trenować na wysokim poziomie, że mam słabe dni, że nie mogę nawet czasami wsiąść na rower. Nigdy przedtem coś takiego mi się nie zdarzało. Spotkałam się wówczas z ignorancją. Ludzie myśleli, że symuluję i próbowali mi wmawiać, że sobie wymyślam tę chorobę. I wreszcie pod koniec 2017 zdiagnozowano u mnie boreliozę, anaplasmę i jersiniozę – choroby odzwierzęce przenoszone przez kleszcze. Przez rok żyłam z tymi chorobami, nieleczona, bo nikt nie chciał mi pomóc i znaleźć problemu. Później miałam długi powrót, trzy miesiące leczenia antybiotykami, więc znowu nie mogłam mocno trenować i potem przez kilka miesięcy wracałam do poziomu sprzed choroby. W sumie ten powrót zajął mi dwa lata. Dopiero rok 2020 dał mi takie poczucie, że jestem w tym miejscu, gdzie byłam dwa lata temu. W Treku poczułam, że chcą mnie wspierać, że chcą się dowiedzieć czegoś więcej na temat choroby, którą przeszłam. Byli bardziej otwarci i pomocni, obdarzyli mnie wsparciem, zarówno medycznym i trenerskim. Chcieli żebym wróciła na wysoki poziom i tak się stało – mogę powiedzieć, że w drugim roku w Treku byłam bardzo mocna, ale to zajęło mi kilka lat.

Myślę, że to, co mówisz może być przestrogą dla wszystkich, którzy lubią wydawać twarde sądy nie wiedząc wszystkiego.

Tak. Ale to może być także przestrogą dla innych, żeby nigdy nie dawać sobie niczego wmówić. My, sportowcy znamy swoje ciała od podszewki, jesteśmy w stanie poczuć każdy najmniejszy uraz czy infekcję. Jeśli ktoś z zewnątrz ci mówi: „Nie, wydaje ci się, oszukujesz”, to prędzej można nabawić się choroby psychicznej. Jeśli jest się przekonanym, że ma się rację, to trzeba iść swoim tropem i nie dać sobie niczego zmienić.

Rozmawiała Marta Wiśniewska  

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments