fot. Cofidis

Ostatnie miesiące były dla Elii Vivianiego bardzo trudne. Przedsezonowe kłopoty z sercem i  rozczarowujące wyniki, które doprowadziły do tego, że jego umowa z Cofidisem nie zostanie przedłużona. Na szczęście Igrzyska Olimpijskie zrekompensowały mu ten nieprzyjemny czas. Po powrocie do domu opowiedział nam m.in. o tym, jak przełamał słynną klątwę.

Na początku muszę pogratulować ci fantastycznego występu w Igrzyskach Olimpijskich w Tokio. Byłeś naprawdę świetny, przynajmniej w drugiej części rywalizacji.

Jestem bardzo szczęśliwy. Ostatnie dwa lata były dla mnie bardzo trudne. Nie udało mi się odnieść na szosie choćby jednego dużego zwycięstwa. Dlatego cieszę się, że przynajmniej do igrzysk udało mi się przygotować bardzo dobrą formę. I na pewno nie mogę wracać zawiedziony. Oczywiście, z Rio wracałem ze złotym medalem, ale powtórzenie tego wyniku w Tokio byłoby niesamowitym osiągnięciem. Dlatego ten brąz również znaczy dla mnie bardzo wiele. Straciłem srebro na ostatnim okrążeniu i przez moment bardzo mnie to bolało. No ale teraz, gdy patrzę na wszystko szerzej, przez pryzmat całych zawodów, naprawdę doceniam ten wynik. Fajnie jest wrócić na top.

Zastanawiam się, jak wyglądały te ostatnie metry ostatniej konkurencji. Widziałeś co się dzieje? Na torze panował spory chaos.

Może cię to zaskoczy, ale tak. Przez ostatnie 10 okrążeń mój trener krzyczał: “dawaj, dawaj, musisz przyspieszyć! Jeśli Nowozelandczyk dopadnie peleton, stracisz srebro”. No ale to nie pomogło. Stewart był zbyt mocny i dojechał nas tuż przed metą. Nie sądzę, żebym mógł zrobić cokolwiek więcej… No, może na samym początku. Gdy rozpoczynał swoją akcję, prawdopodobnie miałem siłę, by za nim pojechać, ale wtedy byłem skupiony na pilnowaniu Benjamina Thomasa. Okazało się to błędem. Gdybym podjął inną decyzję, wracałbym ze srebrem

Ok, czyli wiedziałeś, kiedy dołączył do grupy? Pytam, bo na ostatnim sprincie wyglądało to tak, jakbyś w ogóle nie finiszował.

Cały czas mniej więcej wiedziałem gdzie jest Nowozelandczyk. Może i nie widziałem, w którym dokładnie momencie dojechał do grupy, ale gdy zbliżał się finisz, wiedziałem, że udało mu się mnie wyprzedzić w klasyfikacji łącznej. Gdybym wygrał ostatni sprint, odzyskałbym pozycję. I może nie było tego widać, ale naprawdę starałem się zafiniszować, tyle że w tamtym momencie brakowało mi już sił. Mimo to, patrząc na początek rywalizacji, brązowy medal jest wspaniałym osiągnięciem.

Właśnie, pierwsze dwie konkurencje były w twoim wykonaniu bardzo przeciętne [Viviani zajmował po nich 11. miejsce]. Może tak naprawdę to właśnie tam przegrałeś srebro?

Nie, srebro straciłem po walce, na ostatnim okrążeniu i tego mimo wszystko bym się trzymał. Podczas scratchu i wyścigu tempowego straciłem szanse na złoto. Dobrze że później wróciłem na właściwą ścieżkę. Wygrałem wyścig australijski, nadrobiłem sporo punktów w ostatnim wyścigu i wszystko dobrze się skończyło.

Zaskakujący może być zwłaszcza twój wynik w scratchu. Zająłeś dopiero 13. miejsce, choć na pierwszy rzut oka konkurencja ta może przypominać sprinterski etap wyścigu szosowego. Jak byś porównał te dwa elementy kolarskiego rzemiosła?

Scratch jest mimo wszystko jeszcze bardziej taktyczny, niż ściganie na szosie. Tu znacznie trudniej jest utrzymać porządek i sprawić, by o zwycięstwie zadecydowała walka na finiszu. Zresztą tu było tak samo. Najpierw mieliśmy udany atak pięciu kolarzy, wśród których znalazł się Benjamin Thomas, czyli główny kandydat do zwycięstwa. Dlatego na finiszu mogłem walczyć już jedynie o 6. lokatę. To też byłby dobry wynik, ale niestety zabrakło mi wtedy koncentracji, zacząłem finisz z tyłu i potem ciężko było się przepchać.

Myślę, że mój słabszy występ w scratchu i w wyścigu tempowym mógł wynikać z tego, że moje ciało nie było do końca “odblokowane”. Jasne, czułem się dobrze, ale nie na tyle, by walczyć z najlepszymi. Czułem też dużą presję, którą sam na siebie nałożyłem. Dopiero po wyścigu tempowym mój organizm zaczął reagować prawidłowo, no ale to było za mało, by sięgnąć po złoto. Niestety omnium działa tak, że jeśli liczysz na zwycięstwo, musisz prezentować się dobrze już od pierwszej konkurencji. Mi tego zabrakło, ale miałem sporo szczęścia. Po tak słabym występie w dwóch pierwszych rundach, myślałem, że na medal właściwie nie ma już szans.

Przed omnium byłeś w kadrze reprezentacji Włoch na drużynowy wyścig na dochodzenie, jednak ostatecznie nie wystąpiłeś w ani jednym z trzech biegów. Chłopcy zdobyli złoto. Czułeś, że to po części także twój medal?

Byłem rezerwowym i sytuacja od początku była jasna. Lamon, Milan, Consonni i Ganna to najlepsza czwórka, jaką mogliśmy wystawić, więc tylko jakaś kontuzja mogła sprawić, że wskoczyłbym do składu. Na szczęście nic takiego nie miało miejsca, więc występ w wyścigu na dochodzenie mnie ominął.

Jednak byłem blisko z chłopakami, rozgrzewałem się z nimi, bo w każdej chwili musiałem być gotowy do tego, by kogoś zastąpić. Potem, podobnie jak oni, czułem te emocje związane z zdobyciem złotego medalu i pobicia rekordu świata. Być może potem, na poczatku omnium zapłaciłem także za to? Być może nie zregenerowałem się odpowiednio? Prawdę mówiąc, nie wiem. Najważniejsze jest to, że później udało mi się pozbierać i wskoczyć na podium. No i czuję, że miałem wpływ na dwa medale zdobyte w Tokio.

Można więc powiedzieć, że przyniosłeś swojej drużynie szczęście. Co jest o tyle ciekawe, że u nas w Polsce często mówi się o “klątwie chorążego”.

O, widzisz, we Włoszech również mamy taki przesąd. W Rio naszym chorążym była Federica Pellegrini – nie zdobyła medalu, choć wiązaliśmy z nią duże nadzieje. Teraz niosłem flagę razem z Jessicą Rossi [trap – przyp.red]] i ona też nawet nie awansowała do finału [na poprzednich igrzyskach udawała jej się ta sztuka, a w Londynie zdobyła nawet złoty medal]. 

Muszę przyznać, że ja miałem łatwiej. Mój start był w drugiej części igrzysk, więc nie miałem prawa odczuwać skutków tego, że pełniłem taką rolę. Tym bardziej mogłem się z tego cieszyć. Bycie chorążym to spełnienie marzeń. Jedna z najlepszych rzeczy, których możesz doświadczyć, będąc sportowcem. To duma, zwłaszcza, że nasza reprezentacja zdobyła łącznie 40 medali. Mocno przeżywałem wszystkie rekordy, jakie biliśmy, każdy złoty medal, każdy wygrany wyścig, a było tego wszystkiego bardzo dużo. Byliśmy świetni zwłaszcza w lekkoatletyce.

Ach, lekkoatletyka… tam pokonaliście nas w klasyfikacji medalowej, choć zdobyliście prawie dwa razy mniej medali niż my [Włosi zdobyli pięć medali, ale wszystkie złote, my mieliśmy 9 krążków, ale tylko 4 złote- przyp.red]! To było niesprawiedliwe!

Trochę to rozumiem(śmiech). My też mieliśmy podobną sytuację. Zdobyliśmy łącznie 40 medali, ale tylko 10 złotych, przez co w klasyfikacji medalowej przegraliśmy z kilkoma państwami, które miały mniej krążków. Mimo wszystko nie mogę narzekać. Jako reprezentacja wykonała fantastyczną robotę. Spełniliśmy nasz cel z nawiązką. Pobiliśmy swój rekord [wcześniej Włosi zdobyli co najwyżej 36 medali na jednych igrzyskach] i zajęliśmy miejsce w czołowej “10” klasyfikacji medalowej. 

Fajnie, że dołożyli się do tego kolarze. Na torze zdobyliśmy łącznie dwa medale, trzeci dołożyła Elisa Longo Borghini na szosie. Blisko medalu był Ganna, który przegrał go o dwie sekundy. Generalnie, najlepiej zaprezentowali się lekkoatleci, kolarze zaprezentowali się niewiele gorzej od nich.

A jak wiele z tych medali widziałeś z bliska? Miałeś okazje oglądać ze stadionu jakieś dyscypliny poza kolarstwem torowym?

Niestety nie mogłem być na żadnym stadionie. Konkurencje kolarstwa torowego były rozgrywane bardzo daleko od Tokio [w Izu, mieście położonym 118 km od Tokio – przyp.red.]. Korzystałem jednak z możliwości, które miałem, ponieważ bardzo przejąłem się rolą lidera reprezentacji. Widziałem z welodromu chyba wszystkie wyścigi. Kontrolowałem, co się dzieje na innych arenach. Liczyłem medale i gratulowałem wyników naszym sportowcom. To był naprawdę fajny czas.

Teraz wracasz to trochę innej rzeczywistości. Odpoczywasz jeszcze, czy już trenujesz przed kolejnymi, tym razem szosowymi wyzwaniami?

Nie zamierzam próźnować. Wyjechałem z Tokio z przekonaniem, że wciąż umiem jeździć i wygrywać. Że jeśli dobrze przygotuję się do jakiegoś wyzwania, jestem w stanie osiągnąć swoje cele – chcę pokazać, że działa to również na szosie. No to się przygotowuję. Już wróciłem do treningów, bo za około dziesięć dni wracam do ścigania. Niedługo powinienem przejechać m.in. Plouay i Eschborn-Frankfurt.

Żałuję tylko że odwołano Cyclassics Hamburg, bo to był mój największy cel w tym roku. No ale mimo wszystko do końca sezonu czeka mnie jeszcze kilka wyścigów jednodniowych i mam nadzieję, że w tym roku czeka mnie jeszcze kilka zwycięstw. Myślę, że to możliwe, ponieważ ten medal dał mi naprawdę dużego kopa.

A jak odebrałeś wypowiedź swojego szefa, Cedrica Vasseura, który powiedział, że jest tobą zawiedziony i że po sezonie zmienisz barwy klubowe. To był dla ciebie duży cios?

To nie było nic przyjemnego – chyba nikt nie chciałby słuchać, że jego kontrakt nie zostanie przedłużony, a jego wyniki nie są zadowalające. No ale bądźmy szczerzy – taka jest niestety prawda. Byłem w Cofidisie przez dwa lata i nie osiągnąłem żadnych dużych sukcesów. Dlatego nie byłem załamany, gdy to usłyszałem. Wiedziałem co się święci. Nie złapaliśmy dobrej chemii, nie stworzyliśmy zgranego pociągu, nie zrobiliśmy dobrych wyników, nie nabiliśmy punktów do rankingu UCI. To normalne, że zespół postanowił coś zmienić.

Czyli ty też uważasz, że twoje wyniki są zdecydowanie poniżej oczekiwań? Oglądając Giro miałem wrażenie, że wszystko idzie w dobrą stronę.

Oj tak, to prawda. Zwłaszcza Consonni – mój ostatni rozprowadzający był świetny. I tak, mieliśmy wtedy najlepszy pociąg od początku całej mojej przygody z Cofidisem. No ale wciąż, jeśli jesteś sprinterem i nie wygrywasz, to znaczy, że nie wszystko idzie w dobrym kierunku. Nie wiem, co nie zadziałało i pewnie już nigdy się nie dowiem, ale coś po prostu było nie tak. Mam nadzieję, że po tym, jak nasze drogi się rozejdą, zarówno mnie, jak i Cofidisowi będzie wiodło się lepiej.

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments