fot. Młoda Photography

Już jutro odbędą się mistrzostwa Polski ze startu wspólnego mężczyzn. Choć nie będą transmitowane przez żadną telewizję, to ich stawka jest bardzo wysoka – biało-czerwona koszulka. Gdy trafi na odpowiednią osobę, pozwala latać jak ptak, jak samolot albo po prostu, jak “Aniołek”.

Równo 300 dni minęło od zwycięstwa Stanisława Aniołkowskiego podczas organizowanych w Kazimierzy Wielkiej Mistrzostw Polski ze startu wspólnego. I tak jak 300 Spartan pod Termopilami potrafiło wywrzeć wpływ na losy II wojny perskiej, tak ostatnie 300 dni przyniosło spore zmiany w hierarchii polskiego peletonu.

Jeszcze pod koniec sierpnia ubiegłego roku wszystko było jasne – zdecydowanymi królami naszego podwórka byli Michał Kwiatkowski i Rafał Majka. To oni zwracali na siebie uwagę kibiców i właściwie tylko z nimi można było wiązać nadzieje na wielkie sukcesy w międzynarodowych wyścigach. Za ich plecami były dwa młode wilczki – Szymon Sajnok i Kamil Małecki, którzy mieli za sobą pierwsze dobre wyniki na poziomie World Touru. Oprócz nich był rzecz jasna także cały zastęp pozostałych zawodników z najwyższej dywizji, pełniących jednak w swoich zespołach najczęściej rolę pomocników.

Dopiero gdzieś za ich plecami był Stanisław Aniołkowski. Kolarz z Wólki Radzymińskiej owszem, nie był postacią nieznaną polskim fanom kolarstwa. Wiedzieliśmy, kto to jest, słyszeliśmy, że ma duży talent, że jest bardzo mocny, czytaliśmy (lub pisaliśmy) o jego licznych zwycięstwach. Tyle że właśnie – “czytaliśmy” jest tutaj słowem-kluczem. W akcji niewielu z nas mogło go oglądać, ponieważ wyścigi, w których startował i odnosił sukcesy były na tyle małe, że nie dało się zobaczyć ich w telewizji. A przecież nie był kolarzem, który dopiero co skończył kategorię juniora – jest nieco młodszy od Małeckiego i trochę starszy od Sajnoka.

W komentarzach pod naszą relacją z Kazimierzy Wielkiej, oprócz gratulacji dla Aniołkowskiego, pojawiały się więc także głosy wyrażające pewien niepokój. Bo przecież mistrzostwo Polski to nie tylko tytuł i fajny medal do kolekcji. To także koszulka, która dla nas jest bardzo istotna. Sukcesy, które odnoszą w niej nasi rodacy smakują o niebo lepiej, niż te wywalczone w zwykłym klubowym trykocie. Sam widok biało-czerwonej koszulki w peletonie wywołuje w nas pozytywne odczucia, dlatego zależy nam, by trafiła ona w dobre ręce. Tymczasem przejął ją kolarz ekipy trzeciej dywizji, w dodatku powoli kończącą swą działalność

Okazało się jednak, że obawy się nie sprawdziły. Dziś można pokusić się o stwierdzenie, że mistrzostwo Polski Aniołkowskiego było jedną z najlepszych rzeczy, które w 2020 roku przydarzyły się polskiemu kolarstwu. Mazowszanin stał się świetnym ambasadorem kolarstwa i to nie tylko ze względów czysto sportowych. Regularnie pojawia się w mediach, bo, jak mówił nam przed ostatnimi mistrzostwami świata w Imoli:

– Gdy ktoś prosi mnie o wywiad lub udział w programie, to, oczywiście pod warunkiem, że jest możliwość, aby zmieścić to pomiędzy treningami i wyścigami, zawsze się zgadzam.

I niewykluczone, że wcale nie przesadzał, ponieważ rozmowa z nim pojawiła się nawet na malutkim (400 subskrybcji) kanale zajmującym się biznesem. Sami również mieliśmy okazję się o tym przekonać, ponieważ na Naszosie.pl w ciągu ostatnich dziesięciu miesięcy opublikowaliśmy przynajmniej 8 wywiadów lub krótszych artykułów z jego wypowiedziami.

Pojawił się też w Hejt Parku – popularnym programie, o którym głośno było choćby ostatnio przy okazji występu Jasia Kapeli. I choć odcinki z jego udziałem (bo były dwa) miały łącznie wielokrotnie mniej wyświetleń, niż ten z udziałem “poety”, to “Aniołek” zrobił kolarstwu tysiąc razy lepszą reklamę, niż Kapela artystom i opłacie reprograficznej. Choć wciąż jest młodym chłopakiem i dopiero chwilę wcześniej zaczął zdobywać medialną uwagę, to doskonale odnalazł się w nowej dla siebie roli.

Nie było widać po nim żadnej tremy. Ładnie się wysławiał, często żartował, a czasem nawet potrafił nie zgodzić się z prowadzącym program Tomaszem Smokowskim i sensownie wytłumaczyć swoją opinię (jak przy okazji wątku o trasie Tour de Pologne). I być może dla kolarstwa lepiej byłoby, żeby Kanał Sportowy odwiedzili Majka i Kwiatkowski, którzy pewnie zapewniliby więcej wyświetleń i tym samym większą promocję dla naszego sportu, ale domyślam się, że z powodu innych obowiązków nie przyszliby niezależnie od tego, czy któryś z nich zdobyłby mistrzostwo Polski, czy też nie.

I ktoś mógłby powiedzieć, że lepiej byłoby, żeby Aniołkowski skupił się na jeździe, a nie na “łażeniu po mediach” (choćby te osoby, które winą za niepowodzenia naszych piłkarzy na mistrzowskich imprezach obarczają ich częste występy w reklamach), ale 24-latek nie daje ku temu żadnych powodów. Wręcz przeciwnie, sam przyznaje, że presja go nakręca i widać to po wynikach.

Tak naprawdę sezon 2020 mógłby podzielić na okres przed imprezą w Kazimierzy Wielkiej i okres po niej. W tym pierwszym nie odniósł ani jednego triumfu (w czterech wyścigach) –  w drugim z przynajmniej jednym zwycięstwem kończył każdy swój start, poza mistrzostwami świata, gdzie miał pracować na Kwiatkowskiego.

Natomiast po przyjściu do Bingoal (którego notabene mogłoby nie być, gdyby nie koszulka mistrza Polski) podtrzymał dobrą dyspozycję. Wprawdzie wciąż czeka na pierwsze zwycięstwo, ale też jeździ w zdecydowanie bardziej prestiżowych wyścigach, w dodatku transmitowanych przez Eurosport. Regularnie rywalizuje z kolarzami pokroju Sama Bennetta, Pascala Ackermanna czy Jaspera Philipsena i choć nie może liczyć na takie wsparcie jak oni, to potrafi z nimi walczyć, jak równy z równym. Z bliska (naprawdę bliska) obserwował też powrót Marka Cavendisha do wielkiej formy, podczas Tour of Turkey. Generalnie dobrych momentów z Aniołkowskim w jednej z głównych ról było naprawdę wiele.

Dzięki temu biało-czerwona koszulka jest w tym sezonie widoczna być może nawet bardziej, niż w sytuacji, gdyby po triumf sięgnął ktoś z dwójki Majka-Kwiatkowski (abstrahując już od tego, że żaden z nich w Kazimierzy Wielkiej się nie pojawił), bo pierwszy z wymienionych ostatnio został przyspawany do Tadeja Pogacara, a drugi wiosną co prawda dostawał jakieś szanse, ale częściej i tak widzieliśmy go wspomagającego kolegów z zespołu. Natomiast inne nadzieje naszego kolarstwa mają w tym sezonie spore problemy – Szymon Sajnok nie może odnaleźć się po przejściu do Cofidisu, a Kamil Małecki od wielu miesięcy pauzuje z powodu fatalnej kontuzji i wciąż nie wiadomo, kiedy wróci do ścigania.

To wszystko powoduje, że dziś Aniołkowski jest właściwie jedynym Polakiem, którego regularnie widzimy w walce o najwyższe lokaty. I musimy to doceniać, nawet jeśli trzeba mieć świadomość tego, że szanse na to, że kiedykolwiek dorówna osiągnięciami Kwiatkowskiemu i Majce, dziś często trochę niesprawiedliwie wyszydzanym, nie są duże. W jego wieku Kwiatkowski był urzędującym mistrzem świata, a Rafał Majka miał za sobą dwa miejsca w pierwszej dziesiątce klasyfikacji generalnej Giro d’Italia.

Oczywiście tempo rozwoju poszczególnych zawodników potrafi się diametralnie różnić i zdarza się, że forma nagle wystrzela do góry krótko przed trzydziestką (przykład wspominanego już Bennetta). Ale nawet jeśli tak się nie stanie i Aniołkowski na zawsze pozostanie “tylko” solidnym zawodnikiem, powinniśmy to uszanować. Wszystko wskazuje bowiem na to, że powoli zaczynamy wracać do czasów, w których trzeba cieszyć się z małych rzeczy…

guest
4 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze
Inline Feedbacks
View all comments
Nerd
Nerd

I niestety tak Michał jak i Rafał roztrwonili i rozmienili swoje sukcesy, przez źle dobierane drużyny. Każdy z nich byłby liderem(gwiazdą) w drużynach drugiego szeregu, ale woleli z sobie tylko znanych przyczyn zmarginalizować się do roli pomocników.
Kwiato miał wszystko, żeby być jednym z najlepszych klasykowców, a Rafał nawet gdyby nie zajmował miejsc w top 5 na GT to mógłby być, powiedzmy drugim Virenqem i zgarniać co roku koszulkę w grochy.

osiołek
osiołek

Fajnie aie gdyba… Nie znasz vo sie dzieje wewnątrz drużyn… Nie oceniałbym tak chłopaków. Zrobili i robią kawał dobrej roboty.

Fan
Fan

Brak jakiekolwiek relacji live z MP w dobie powszechnego internetu to kompromitacja PZKOL. A może ja nie potrafię jej/ich znaleźć?

giec
giec

to jest zawodowy sport , liczy sie tylko to gdzie masz najkorzystniejsze warunki finansowe