fot. Cofidis, Solutions Credits

Wydaje się, że kłopoty Elii Vivianiego z poprzedniego sezonu odeszły w zapomnienie – w dużej mierze dzięki coraz lepszej pracy pociągu, w którym kluczową rolę pełni Simone Consonni – bohater drugiej odsłony naszego cyklu.

Ubiegły rok nie był dla Cofidisu zbyt udany. Zespół, który dopiero co wskoczył do World Touru miał spory problem z wygrywaniem – odniósł zaledwie dwa zwycięstwa, w dodatku w mało prestiżowych wyścigach. Na szczęście w tym roku jego sytuacja wygląda zdecydowanie lepiej. Choć mamy dopiero połowę maja, to kolarze francuskiej ekipy już zdążyli sięgnąć po pięć triumfów – ostatni odniesiony w ostatnią sobotę przez Victora Lafaya na 8. etapie Giro d’Italia. Młody Francuz nie jest jednak jedynym jasnym punktem swojej ekipy podczas Corsa Rosa.

– Myślę, że jako zespół wykonaliśmy kawał dobrej roboty. Nie mamy kolarza na “generalkę”, ale właściwie każdego dnia walczymy o jak najlepszy wynik, na przykład w ucieczkach. W ten sposób wygrał w sobotę Lafay. Moją rolą jednak jest walka na finiszach, choć tam na razie trochę brakuje nam szczęścia – na przykład na jednym z pierwszych etapów Elia Viviani został zablokowany przez Molano. Generalnie jednak czuję, że wykonujemy bardzo dobrą pracę

– tak w rozmowie z nami pierwsze dziesięć etapów podsumował Simone Consonni.

Jak wspomniałem we wstępie, Consonni jest kluczowym, często ostatnim rozprowadzającym Vivianiego. W tym sezonie 32-latek jest w zdecydowanie lepszej formie, niż w poprzednim. W marcowym Cholet-Pays de la Loire zanotował nawet pierwsze zwycięstwo w barwach Cofidisu, ale później odniósł kontuzję, po której widzieliśmy go tylko w Scheldeprijs i Tour de Romandie, gdzie z różnych względów nie mogliśmy zobaczyć, jak radzi sobie na finiszach.

Dlatego jego występ w Giro d’Italia był pewną niewiadomą, nawet jeśli sam uważał, że stać go na odniesienie kilku zwycięstw. Co prawda Włochowi nie idzie aż tak dobrze i wciąż czeka na pierwszy triumf, ale wydaje się, że jest obecnie w bardzo dobrej formie – może nawet lepszej, niż w czasach przed przejściem do Deceuninck-Quick Step, a to już naprawdę dużo. Świetnie radzi sobie na podjazdach – gdy wielu sprinterów, jak Nizzolo, Ewan czy Merlier, nie daje rady – on utrzymuje się w peletonie, zwiększając swoje szanse na zwycięstwo.

– Mam wrażenie, że obok Sagana Elia jest jednym z najmocniejszych sprinterów w tegorocznym Giro. W zeszłym roku było inaczej. Nie osiągnęliśmy zbyt dużych sukcesów – głównie ze względu na Covid. Długo czekaliśmy na wznowienie sezonu, nie mieliśmy się kiedy zgrać, więc Elia mógł odnieść swoje pierwsze zwycięstwo dopiero w tym sezonie. Teraz czuję, że wracamy do gry

– zapewnia Consonni.

Jak rozprowadzić sprintera?

Elia Viviani może więc być zadowolony. Po jego kłopotach z sercem z początku roku nie ma już śladów, a do tego wreszcie może liczyć odpowiednio zgrany pociąg, złożony z jego brata Attilio, a także mocnej dwójki: Fabio Sabatini-Simone Consonni.

– Nasza strategia różni się w zależności od etapu. Bo choć jak na razie mieliśmy już kilka sprinterskich finiszów, każdy z nich jest inny. Jedne prowadzą lekko pod górę, inne są całkowicie płaskie, ale poprzedzone wymagającym podjazdem. Dlatego strategię uzgadniamy dopiero w wieczór poprzedzający etap. Omawiamy techniczne aspekty finiszu, ustawienie, przewidywaną prędkość – właściwie wszystko, dlatego przed etapem zawsze mamy jasny plan, który trzeba już tylko wprowadzić w życie

– opowiada Consonni. 

W praktyce jednak finisze w wykonaniu kolarzy Cofidisu często wyglądają bardzo podobnie. W peletonie tegorocznego Corsa Rosa rzadko widujemy klasyczne długie pociągi, ale ekipy takie jak BORA-hansgrohe, Qhubeka-ASSOS czy Lotto Soudal kilka razy potrafiły stworzyć przynajmniej jego namiastkę. Kolarze Cofidisu natomiast przyjęli nieco inną taktykę. Chowają się w drugim, trzecim szeregu, by wyskoczyć dopiero w ostatniej chwili.

– To oczywiste, że na ostatnich kilometrach warto być z samego przodu peletonu, aby uniknąć ewentualnych kraks. Tyle że niekiedy jest tam naprawdę duży chaos – o pozycję walczą kolarze z “generalki”, sprinterzy, ich pomocnicy. Niestety my mamy dość krótki pociąg – jesteśmy w nim tylko: ja, Saba [Fabio Sabatini – przyp. red.] oraz Attilio [Viviani – przyp. red.]. Właściwie nie mamy osób, które mogłyby nas chronić na wcześniejszych kilometrach. Dlatego musimy dbać o to, by zajmować jak najlepszą pozycję, ale jednocześnie nie możemy tracić energii, przeznaczonej na finisz, więc z przejściem na sam przód czekamy właściwie do samego końca

– tłumaczy 26-letni sprinter.

Warto dodać także, że trzyosobowa ekipa rozprowadzająca gwiazdora Cofidisu w samej końcówce i tak często nie działa w pełnym składzie. Często zdarza się, że w kluczowych momentach z przodu brakuje młodszego z Vivianich. Na szczęście mimo to układ działa bardzo dobrze, a dwaj klasowi pomocnicy sprawiają, że na finiszach gwiazdor ekipy Cedrica Vasseura często jest jednym z najlepiej ustawionych sprinterów w stawce, co owocuje dobrymi miejscami (choćby trzecie pozycje na 2. i 5. etapie oraz czwarta na 3.) i czwartą lokatą w klasyfikacji punktowej.

Jednak nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem. Przykładem mogła być choćby sytuacja z ostatniego etapu przed dniem przerwy. Viviani zgodnie ze swoim nowym zwyczajem dobrze poradził sobie z wymagającym wzniesieniem we wcześniejszej fazie etapu i wydawało się, że w nieco zredukowanej o najszybszych kolarzy stawce znów będzie walczył o zwycięstwo. Niestety zamieszanie w końcówce spowodowało, że kolarz Cofidisu zajął dopiero 9. miejsce.

– Znów próbowaliśmy kontrolować sytuację z drugiego szeregu. Niestety w pewnym momencie zawodnik Team DSM [Max Kanter – przyp.red] upadł tuż obok mnie. To spowodowało, że Elia otarł się o barierki, musiał trochę przyhamować, przez co między mną, a nim utworzyła się luka. Aby wrócić na odpowiednią pozycję. Na 800 metrów przed metą musiał w zasadzie włączyć tryb “finisz”, a to musiało mieć wpływ na to, co działo się kilka sekund później, gdy doszło do walki na kresce, zwłaszcza że w niedzielę mieliśmy bardzo trudny etap

– wyjaśnia jedyny kolarz Cofidisu, na którego mógł wówczas liczyć sprinter.

Jazda na siebie

Choć Consonni został sprowadzony do Cofidisu w roli rozprowadzającego Elii Vivianiego, to dostaje okazje, by samemu powalczyć o dobry wynik. W zeszłym roku na przykład trochę skorzystał ze słabszej dyspozycji swojego lidera i zajął 4. miejsce na 11. etapie Giro d’Italia i 3. na 14. etapie Tour de France (podczas gdy najlepsze wyniki Vivianiego w tamtych wyścigach to odpowiednio 5. i 4. miejsce).

Teraz w związku z poprawą formy Vivianiego rzadziej dostaje szanse walki na własny rachunek. Jednak w kwietniu zdarzył się wyścig, w którym to on był rozprowadzany przez innych. To Volta a Valenciana, gdzie Włoch był wspomagany przez Szymona Sajnoka. W Hiszpanii zajął kilka wysokich miejsc, jednak nie udało mu się sięgnąć po choćby jedno zwycięstwo.

– Początek roku był dla mnie bardzo trudny – w styczniu byłem chory i na trzy tygodnie musiałem odstawić rower. Niedługo później – w lutym miałem stan zapalny lewego kolana. Oczywiście do startu w Hiszpanii przystąpiłem już zdrowy, ale wciąż nie byłem w topowej formie. Szymon bardzo mi pomógł – pomimo młodego wieku już teraz jest bardzo szybki i jeździ bardzo mądrze, ale ja nie byłem w stanie tego wykorzystać i sięgnąć po zwycięstwo

– mówi, a później dorzucił jeszcze trochę ciepłych słów na temat naszego rodaka, dla którego początek sezonu nie był zbyt udany:

– świetnie jeździ czasówki, dobrze radzi sobie jako część pociągu, sam również potrafi zafiniszować. To jeden z najbardziej utalentowanych zawodników nie tylko w Cofidisie, ale także w światowym peletonie. Na razie jednak potrzebuje czasu, musi też zbudować sobie w zespole odpowiednio wysoką pozycję – w końcu gdy mnie rozprowadza, raczej nie ma jak walczyć o wysokie miejsca

Teraz, podczas Giro Consonni wrócił do swojej zwyczajnej roli. Czy w tym sezonie dostanie jeszcze swoje szanse? Teraz nie ma to dla niego zbyt dużego znaczenia.

– Przyszedłem tutaj z Elią, by współtworzyć jego pociąg, z czego jestem bardzo dumny. Dlatego nie myślę o tym, kiedy dostanę kolejną szansę, by pojechać na własny rachunek. Skupiam się tylko na Giro i chcę zrobić wszystko, by mój lider miał jak najwyższe szanse na zwycięstwo

– kończy.

Ankieta ze środka różowego peletonu:

Ulubione miejsce we Włoszech:

W tym miejscu muszę umieścić Bergamo, gdzie mieszkam. Widoki z Citta Alta [stare miasto, położone na wzniesieniu] to coś niezwykłego. Gdy jeżdżę na treningi, zawsze wjeżdżam na najwyższy punkt Bergamo, by poobserwować krajobraz. Całe Włochy są piękne, można wymienić wiele miejsc, ale to miasto, to moje miejsce na ziemi.

Ulubione włoskie jedzenie:

Pizza i piwo to chyba wymarzony zestaw każdego Włocha. Poza sezonem, gdy możemy pozwolić sobie na trochę więcej lubię jeść pizzę z frytkami lub z dżemem i parmezanem.

A jak wygląda przykładowy jadłospis w czasie dnia wyścigowego?

Oczywiście nie możemy pozwolić sobie na takie smakołyki, ale na szczęście mamy włoskiego szefa kuchni, który potrafi przygotować nam zdrowy, lekki i jednocześnie bardzo smaczny posiłek. Niedawno jedliśmy risotto, wczoraj mieliśmy makaron z warzywami. Spędzamy na rowerze 4-6 godzin, więc bardzo ważne jest to, by jedzenie było nie tylko zdrowe, ale także sprawiało przyjemność.

Jesteś kolejną osobą, która mówi mi, że jej zespół ma włoskiego szefa kuchni. Jak sądzisz, z czego to wynika?

Jestem Włochem, więc łatwo jest mi odpowiedzieć, że nasza kuchnia jest po prostu najlepsza na świecie (śmiech). Jednak mówiąc poważnie, dobre jedzenie to jedna z tych rzeczy, które we Włoszech lubię najbardziej. Mamy naprawdę wiele wspaniałych dań i przede wszystkim wielu znakomitych kucharzy.

Pierwsze wspomnienie związane z Giro d’Italia:

Prawdę mówiąc, jako dziecko nie oglądałem zbyt często wyścigów. Zacząłem trenować kolarstwo już jako sześciolatek, ale sam sport niespecjalnie mnie kręcił. Wolałem bawić się z przyjaciółmi, a na trasy wyścigów zaglądałem raczej rzadko. Nie miałem też jakiegoś idola, nie zbierałem autografów, nie robiłem sobie zdjęć z kolarzami, ani nic w tym rodzaju.

Ale mimo to zdarzyło ci się choć raz oglądać wyścig na żywo?

Dosłownie raz – w 2016 roku. Byłem wtedy młodym kolarzem i akurat mieliśmy obóz wysokogórski w Sestriere. W tym samym czasie jeden z etapów Giro kończył się dość blisko – w Pinerolo. Poszedłem więc na trasę i zobaczyłem z bliska jedyny triumf Matteo Trentina w Giro d’Italia.

Jak wspominasz swoje pierwsze Giro d’Italia?

To było w 2019 roku i przeżyłem wtedy kilka wspaniałych chwil. Najlepiej wspominam dwa etapy: 15 i 18. Ten drugi wygrał uciekający Damiano Cima, a ja byłem drugi z peletonu – przegrałem tylko ze świetnym wtedy Ackermannem. Natomiast kilka dni wcześniej wyścig przebiegał po podobnej trasie, co Il Lombardia, a więc blisko mojego domu. Cała moja rodzina i wszyscy przyjaciele przyszli, by zobaczyć mnie w akcji. Wielu ustawiło się na Civiglio i gdy wspinałem się pod ten podjazd zatrzymałem się na chwilę, by porobić sobie zdjęcia z nimi i z moimi fanami, a później ruszyłem w dół i ukończyłem etap.

Wymarzony finisz:

Z tego co pamiętam, Il Lombardia kończyła się kiedyś w Bergamo [rzeczywiście, było tak choćby w 2016 roku – przyp.red]. Chciałbym, żeby kiedyś w centrum mojego miasta zakończył się także któryś z etapów Giro d’Italia. Świetnie byłoby, żeby etap był na tyle łatwy, bym był w stanie go wygrać – to byłoby spełnienie marzeń.

Najpiękniejszy etap: 

Na pewno któryś z górskich etapów, ale prawdę mówiąc, gdy je przejeżdżam cierpię tak bardzo, że nie mam czasu na zapamiętywanie widoków.

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments