Świat sportu żegna najbardziej utytułowanego i zasłużonego polskiego kolarza Ryszarda Szurkowskiego. Czterokrotny zwycięzca Wyścigu Pokoju zmarł w poniedziałek rano w szpitalu w Radomiu w wieku 75 lat. W trakcie kolarskiej kariery walczył z rywalami (najczęściej skutecznie), ale pod koniec życia przyszło mu zmierzyć się z przeciwnościami losu – najpierw z okropnym wypadkiem na amatorskim wyścigu weteranów w Kolonii, a ostatnio z rakiem. Z tym ostatniem niestety przegrał, ale jak mówił św. Augustyn z Hippony „Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą”. Pan Ryszard był zwycięzcą do śmierci. 

Zaledwie trzy tygodnie temu, dokładnie 12 stycznia, obchodził 75. urodziny. Z tej okazji kazał życzyć sobie pierwszego od czasu wypadku samodzielnego kroku oraz tego, aby wsiadł na rower. Choćby trzykołowy. Niestety, te pragnienia nie ziściły się. Jakiś czas temu dowiedział się, że ma nowotwór. Kilka dni temu przeszedł operację, po której co prawda wybudził się i wydawało się, że dochodzi do siebie, ale w weekend jego stan się pogorszył. Jak powiedział Wirtualnej Polsce jego przyjaciel Tomasz Derejski, w niedzielę potrzebna była reanimacja. Zmarł w poniedziałek o godzinie 7:05, o czym Polską Agencję Prasową poinformowała jego żona Iwona Arkuszewska-Szurkowska. 

Przez ostatnie dwa i pół roku zmagał się z wieloma przeciwnościami losu. Zła passa rozpoczęła się po wypadku na wyścigu weteranów w Kolonii 10 czerwca 2018 roku, gdzie jadący przed nim dwaj kolarze splątali się kołami. Ryszard Szurkowski, który gdy był kolarzem zaliczył wiele kraks i kolarskich „szlifów”, nie mógł mieć pojęcia, że ta najgorsza w skutkach spotka go już na kolarskiej emeryturze. Doznał bardzo poważnych obrażeń, w tym uszkodzeniu uległ rdzeń kręgowy, powodując czterokończynowe porażenie. Słowa otuchy i wsparcia, a także pieniądze potrzebne na specjalistyczną rehabilitację przesyłała mu cała sportowa Polska, sympatycy kolarstwa i nie tylko. Wszyscy, którzy czuli dumę czterdzieści lat temu, gdy Polak na Wyścigu Pokoju odjeżdżał Niemcom i Rosjanom, pokazując, że nasz kraj nie jest tylko tym do podbijania, ulegania i cierpienia. Ale także ci, którzy nie mieli prawa tego pamiętać. Bo każdy, kto pasjonuje się kolarstwem wie, kim dla tego sportu był Ryszard Szurkowski. Po prostu legendą. 

Odszedł człowiek-symbol polskiego kolarstwa. Właściwie można pokusić się o stwierdzenie, że nasze rodzime kolarstwo było Ryszardem Szurkowskim. Największą i najbardziej rozpoznawalną gwiazdą polskiego sportu był w latach 70., kiedy to w Polsce panowała siermiężna komunistyczna rzeczywistość. Nie dość, że nie można było napisać do kogoś na Messengerze, to jeszcze w sklepach były puste półki. Ryszard Szurkowski nie „uploadował” danych z treningu swojemu trenerowi na TrainingPeaksa, na kierownicy nie miał zamontowanego Wahoo czy innego Garmina z wgranymi „traskami”, a także nie otaczał się sztabem dyrektorów sportowych, trenerów fizycznych, mentalnych, masażystów, fizjoterapeutów, dietetyków. Mało tego. Fakt, że pochodził z państwa satelickiego wobec ZSRR sprawił, że nie mógł przejść na zawodowstwo. Świat dzielił się wówczas na Zachód i Wschód. Zdawał sobie z tego sprawę nawet Bernard Hinault, który powiedział mu kiedyś, że gdyby nie to, że pochodzi z państwa należącego do bloku wschodniego, mógłby walczyć o zwycięstwo w Tour de France. Zresztą interesowała się nim belgijska grupa Molteni, w której triumfy święcił Eddy Merckx, ale ograniczenie zawsze było to samo: pochodził z kraju za żelazną kurtyną. Z tego gorszego Wschodu. 

Mimo to Ryszard Szurkowski się nie poddawał. Tam, gdzie startował dawał z siebie wszystko i pokazywał wielką klasę. Przez lata był uważany za najlepszego amatora na świecie. W jego palmarés znajdują się między innymi dwa srebrne medale olimpijskie zdobyte z drużyną (Monachium, Montreal), jest indywidualnym mistrzem świata z 1973 roku oraz dwunastokrotnym mistrzem Polski. Jednak największą sławę i uznanie przyniosło mu zdominowanie wspomnianego Wyścigu Pokoju, który w czasach zimnej wojny był dla państw, które w nim uczestniczyły czymś więcej niż imprezą sportową. Poniekąd był wydarzeniem politycznym i polityka wykorzystywała go do własnych celów. Osiągnięcia sportowe miały motywować proletariat do wzmożonej pracy, do wyrabiania osławionego „trzysta procent normy”. Zwykli obywatele, a raczej „towarzysze” dorobili sobie swoją historię – bezpośrednia rywalizacja Polaków z Niemcami czy Rosjanami posiadała wiele historycznych kontekstów, prawie za każdym razem będąc swoistą formą rewanżu. To dlatego, gdy wygrywał Szurkowski pustoszały ulice, a pod oknami, gdzie spała polska kadra ludzie skandowali imiona zawodników jak pod Oknem Papieskim na Franciszkańskiej w Krakowie. 

Po zakończeniu kolarskiej kariery Ryszard Szurkowski pozostał wierny swojej pasji i dziedzinie życia, w której sprawdzał się tak dobrze, i która dała mu tak wiele. Trenował kadrę narodową, u progu przemiany ustrojowej w Polsce tworzył pierwszą zawodową drużynę kolarską, a następnie objął funkcję prezesa Polskiego Związku Kolarskiego. Nie przestawał również jeździć na rowerze, formą zawstydzając niejednego młodego amatora. W feralnym dla niego wyścigu w Niemczech weterani – jak określono jego uczestników – zasuwali 40 km/h i więcej, a Szurkowski razem z nimi. Chociaż „Przeglądowi Sportowemu” powiedział, że „to nie było zbyt szybko”. Niektórzy pytali po wypadku z przekąsem: „Po co mu to było?” „Mógł już przecież dać sobie spokój”, „Chyba ścigał się w życiu wystarczająco”. Może i tak, ale jednocześnie nie mamy prawa być sędziami czyjegoś życia. Wielka pasja ma to do siebie, że nigdy nie odpuszcza. Idąc tym tropem, każdy z nas mógłby odpuścić wychodzenie na szosę, wiedząc, jak wielu nierozsądnych kierowców porusza się po naszych drogach. A jednak zwycięża chęć doświadczenia tego unikatowego uczucia, kiedy jedzie się na cieniutkich oponkach 40 km/h na godzinę i zjeżdża stówkę z jakiegoś alpejskiego bądź pirenejskiego szczytu. 

W ostatnim czasie, pomimo że bywał przecież w życiu w lepszej formie, Ryszard Szurkowski udzielił wielu wywiadów różnym mediom. Pozostał otwartą i rozmowną osobą, dzięki czemu w ostatniej chwili dziennikarze mogli zaktualizować kilka informacji z czasów jego kariery, a także nie bieżąco informować o stanie jego zdrowia. Tym, który od początku śledził jego sportowe (i nie tylko losy) jest redaktor Krzysztof Wyrzykowski. W 1979 roku ukazała się pierwsza książka biograficzna jego autorstwa pt. „Być liderem”. Niedawno z kolei została zaktualizowana i uzupełniona o późniejsze wydarzenia z życia Szurkowskiego – nosi tytuł „Ryszard Szurkowski. Wyścig”, a współautorem został Kamil Wolnicki. Między innymi dzięki tym publikacjom anegdotki Mistrza, wspomnienia z wyścigów oraz inne niezwykle inspirujące wypowiedzi pozostaną z nami na zawsze. Jeśli ktoś jeszcze nie czytał, to teraz jest idealny czas na tę lekturę. 

Panie Ryszardzie, dziękujemy za wszystko. Będziemy pamiętać.