fot. Challenge Mallorca

Matteo Moschetti to włoski sprinter, który od 2019 roku reprezentuje barwy Trek-Segafredo. W 2020 roku zwyciężył w dwóch jednodniówkach z cyklu Challenge Mallorca, jednak przed kolejnymi wygranymi powstrzymała go ciężka kontuzja. Porozmawialiśmy z nim o trudach ubiegłego sezonu i o celach na przyszłość.

Od dwóch lat Matteo Moschettiego prześladują kontuzje. W 2019 roku Włoch pokazał, że na płaskich finiszach będzie w stanie walczyć z najlepszymi sprinterami świata zajmując drugie miejsce na etapie UAE Tour i dwukrotnie meldując się w czołowej piątce odcinków Giro d’Italia. Po jego jeździe widać było, że jest on w bardzo dobrej dyspozycji, jednak z La Corsa Rosa wykluczyło go zwichnięcie stawu obojczykowo-barkowego.

Gdy wrócił do zdrowia, przewrócił się na treningu i złamał jedną z kości nadgarstka, co spowodowało kolejną przerwę w jeździe na rowerze. W drugiej części sezonu wynikami nie zdołał nawiązać do wiosny. Jego najlepszym rezultatem było piąte miejsce na etapie Gree-Tour of Guangxi.

Kolejny sezon Moschetti zaczął jednak z przytupem – od dwóch zwycięstw na Majorce (w Trofeo Felanitx, Ses Salines, Campos Porreres i Trofeo Playa de Palma), gdzie pokonał między innymi Pascala Ackermanna (BORA-hansgrohe). Wydawało się, że to będzie jego rok, jednak znów na drodze stanęła mu kontuzja.

Podczas trzeciego etapu Etoile de Besseges brał udział w groźnej kraksie, w której doznał licznych złamań i urazów. Moschetti przez kilka tygodni przechodził rehabilitację, jednak ze względu na odwołanie wiosennych wyścigów z powodu koronawirusa nie stracił wiele dni startowych.

Do ścigania wrócił w pierwszym zawodowym wyścigu po przerwie pandemicznej – w Vuelta a Burgos, jednak nie udało mu się powalczyć na żadnym z etapów. Następnie wziął udział w kilku klasykach, też bez sukcesów. Z dobrej strony pokazał się dopiero w Tour de Hongrie, gdzie kończył etapy na drugiej i czwartej pozycji.

– Ciężko jest ocenić mój sezon. Zacząłem go świetnie, później chciałem wrócić do ścigania, co było bardzo trudne. Dawałem z siebie wszystko i osiągnąłem kilka dobrych wyników w Tour de Hongrie, ale czułem, że nie byłem w szczycie formy

– mówił Matteo Moschetti.

Po węgierskim wyścigu startował jeszcze w Antwerp Port Epic oraz w Vuelta a Espana. Na pierwszym etapie zakończonym finiszem z peletonu finiszował na szóstej pozycji. Do drugiego sprintu z dużej grupy jednak nie wytrwał, ponieważ nie ukończył w limicie czasu siódmego etapu wyścigu. Gdy Michael Woods z EF Pro Cycling unosił ręce w geście triumfu w Villanueva de Valdegovia, Moschetti toczył z samym sobą walkę o ukończenie etapu.

– To był dziwny etap, wystartowaliśmy bardzo szybko, była zacięta walka o zabranie się w odjazd, a ja nie czułem się najlepiej. Starałem się przetrwać, ale przez większość czasu jechałem sam. Nie miałem mocy w nogach i przez moment myślałem o zatrzymaniu się i wycofaniu się z wyścigu, ale po tak ciężkim dla mnie sezonie uznałem, że dojadę do mety bez względu na to, czy zmieszczę się w limicie, czy nie. Niestety mi się nie udało, ale przynajmniej walczyłem do końca. Niektórzy mogliby powiedzieć, że to głupota, bo walczyłem o nic, ale dla mnie było to bardzo ważne

– tłumaczył Włoch.

– Ciężko jest jechać samemu, także od strony mentalnej, ponieważ trzeba być skupionym i starać się nie myśleć o najgorszym

– dodał.

W 2021 roku Moschetti będzie chciał się odbudować i ponownie zwyciężyć. Swoje starty rozpocznie w Volta a la Comunitat Valenciana, a później zobaczymy go w Clasica de Almeria i UAE Tour, gdzie będzie mógł zmierzyć się z najszybszymi zawodnikami na świecie. Na razie włoski sprinter nie zna dokładnych planów startowych na kolejne miesiące. Być może zobaczymy go na starcie rodzimego Wielkiego Touru.

– Celem na nadchodzący sezon jest nabranie pewności siebie, ponieważ nie było to łatwe po mojej kraksie w zeszłym sezonie. Chcę udowodnić sobie i innym, że znów mogę wygrywać. Miałem dobrą drugą część sezonu, ale ponownie chcę poczuć smak zwycięstwa. Rozmawiam z drużyną na temat startu w Giro d’Italia. Na razie czekamy na prezentację trasy i wtedy podejmiemy decyzję. Być może znajdzie się dla mnie wolne miejsce w składzie, ale na razie nie wiem, czy w nim wystartuję.

Matteo Moschetti wypowiedział się też na temat szybkich finiszów i ewentualnego zaostrzenia zasad UCI.

– Sprinty są niebezpieczne. Jeśli zawodnik pojedzie bardzo niebezpiecznie, to powinien zostać zdyskwalifikowany, nie ma tu żadnych wątpliwości, ale moim zdaniem wprowadzanie dziwnych zasad, jak na przykład trzymanie się jednej linii sprinterskiej na ostatnich 200 metrach jest bez sensu

– mówił.

Na razie Włoch specjalizuje się w płaskich wyścigach, jednak zaznacza, że w przyszłości chciałby powalczyć w monumentach. Jego marzeniem jest zwycięstwo w Paryż – Roubaix albo Mediolan – San Remo.

– Chcę wygrywać w szybkich finiszach, to moja mocna strona, ale chciałbym też jeździć w klasykach, jak Paryż – Roubaix czy Ronde van Vlaanderen. Za kilka lat fajnie by było najpierw wystartować w tych wyścigach, a później walczyć w nich o wysokie lokaty

– zakończył.

Z Matteo Moschettim rozmawiał Kacper Krawczyk.

Plany startowe Matteo Moschettiego:

Volta a la Comunitat Valenciana (3-7 lutego)

Clasica deAlmeria (14 lutego)

UAE Tour (21-27 lutego)