fot. Intermarche Groupe Gobert

Najmłodszy kolarz w powojennej historii Tour de France wraca do World Touru. W tym sezonie zobaczymy go w najwyższej dywizji, jeżdżącego dla belgijskiego Wanty-Groupe Gobert. Zapraszamy do zapoznania się z jego sylwetką.

Danny Van Poppel urodził się 26 lipca 1993 roku, a więc dokładnie w dniu zakończenia Tour de France – wyścigu, kojarzonego przez nas z 3. miejscem Zenona Jaskuły, w którym wystąpił ojciec Holendra – Jean-Paul. 

Van Poppel senior był jednym z najlepszych sprinterów przełomu lat 80. i 90. Hurtowo wygrywał etapy wielkich tourów, a w 1987 roku sięgnął nawet po zieloną koszulkę Tour de France. Jednak w 1993 roku nie dotrwał nawet do końca wyścigu. Przerósł go 10. etap z metą pod Serre Chevalier (to właśnie tam Jaskuła po raz pierwszy wskoczył do pierwszej trójki, z której nie wypadł już do końca). Po raz trzeci w karierze wycofał się z wyścigu, dzięki czemu mógł być obecny przy porodzie swojej żony – również kolarki – Leontine Van Linden – wielokrotnej medalistki mistrzostw Holandii.

Od dziecka obracałem się w kolarskim środowisku – czułem, że to coś normalnego. Jestem zdecydowanie zbyt młody, by pamiętać jazdę ojca [który zakończył swoją karierę w 1995 roku – przyp. red.] jednak widziałem wiele zdjęć czy nagrań z wygranych przez niego wyścigów

– wspomina nam dziś Danny Van Poppel.

Nic więc dziwnego, że rower towarzyszył mu od zawsze. Nawet gdy jego ojciec zakończył karierę, na rowerze śmigał już jego starszy o pięć lat brat – Boy. Sam Danny oczywiście również chciał pójść w ich ślady i szybko zaczął startować w zawodach.

Po raz pierwszy ścigałem się już w wieku sześciu lat, a regularne starty zacząłem dwa lata później. Często towarzyszyłem bratu i siostrze na ich wyścigach. To był mój świat, coś bardzo naturalnego. Nie uważałem, że to coś specjalnego, więc nawet nie pamiętam już swojego pierwszego wyścigu

– przyznaje Danny, który odziedziczył po ojcu duży talent i regularnie wygrywał wyścigi dla dzieci w swoim wieku. Co ciekawe, w przeciwieństwie do brata i ojca nie specjalizował się w sprintach, a w jeździe po górach. Wszystko z powodu skąpych warunków fizycznych, które bardzo utrudniały mu walkę w wyścigach – nawet z góralami.

Gdy miałem 13-14 lat byłem bardzo mały i wcale mi się to nie podobało. Ciężko było mi pokonywać większych i silniejszych rywali – nie wiadomo co by było, gdyby ten stan rzeczy utrzymał się dłużej. Na szczęście później, około 16 roku życia zacząłem błyskawicznie rosnąć i szybko przybyło mi mięśni, a wszystko stało się prostsze. Gdy miałem 17 lat zacząłem przestawiać się na coraz bardziej płaskie trasy

– mówi.

Jego kariera w końcu ruszyła z kopyta. Po dwóch udanych sezonach w kategorii juniora, przygodę z młodzieżowym peletonem rozpoczął z kontynentalnym zespołem Rabobank. Jednak przeskok między obiema kategoriami nie był dla niego zabójczy. Szybko zaczął notować kolejne świetne wyniki. Plasował się w czołówce etapów sprinterskich Tour de l’Avenir i zanotował trzy zwycięstwa – wygrał nawet etap przeznaczonego dla elity Vuelta Castilla y Leon. 

Nic więc dziwnego, że 19-letni talent zaczął wzbudzać duże zainteresowanie. Oczywiście Rabobank chciał przedłużyć z nim kontrakt, ale kolarz wiedział już, że może sięgnąć zdecydowanie wyżej. Wprawdzie worldtourowy zespół Rabobanku zaproponował kontrakt nie jemu, a jego o dwa lata starszemu koledze – Moreno Hoflandowi, jednak w końcu na jego stole pojawiła się oferta od Vacansoleil – holenderskiego zespołu

Bardzo im zależało na tym, by mnie pozyskać. Ekipa od dwóch sezonów występowała w World Tourze. Wygrałem kilka wyścigów, oni to zauważyli i powiedzieli mi, “hej, może chciałbyś podpisać z nami swój pierwszy zawodowy kontrakt”. Zgodziłem się i tak rozpoczęła się moja przygoda z tym zespołem

– przygoda, której pierwsze miesiące przebiegały dość spokojnie. Choć młody kolarz był synem dyrektora sportowego, to nie mógł liczyć na specjalne traktowanie. Jego starszy brat – Boy, który również dołączył do zespołu przed sezonem, dostał kalendarz składający się z takich wyścigów jak Milano-Sanremo, Gent-Wevelgem czy Tour de Suisse. Tymczasem Danny z racji swojego wieku jeździł raczej w mniejszych wyścigach.

I szło mu bardzo dobrze. Choć nie zanotował żadnego zwycięstwa, wielokrotnie był go całkiem blisko. Świetnie może wspominać choćby Baloise Belgium Tour, gdzie na finiszach był godnym rywalem dla Andre Greipela i Toma Boonena. Zasłużył na szansę którymś z większych wyścigów, ale raczej nie sądził, że od razu otrzyma przywilej jazdy w Tour de France – największym wyścigu na świecie. A jednak, stało się.

W ogóle się tego nie spodziewałem. Przecież to był mój pierwszy rok w zawodowym peletonie, więc gdy się o tym dowiedziałem, pomyślałem sobie “WOW”. Informację dostałem przez telefon. Zadzwonili do mnie i powiedzieli: “podoba nam się to, co do tej pory pokazałeś, udowodniłeś nam, że masz duży talent”. Bardzo się cieszyłem – tym bardziej, że miał to być mój pierwszy wyścig World Touru, mój pierwszy wyścig z radiem…

– przypomina sobie kolarz. 

Van Poppel z miejsca stał się gwiazdą. Wszystko dlatego, że w momencie, gdy stanął na starcie umiejscowionym w korsykańskim Porto-Vecchio, oficjalnie stał się najmłodszym uczestnikiem Tour de France po II wojnie światowej (i pierwszym kolarzem prrzystępującym do zmagań jako nastolatek). Był o równe 54 dni młodszy niż dotychczasowy rekordzista – Robert Ducard, który w 1952 wycofał się z rywalizacji już po trzech etapach. Nic więc dziwnego, że Van Poppel nie mógł odpędzić się od mediów. Zresztą, taki był plan…

To było dla mnie coś zupełnie nowego, ale wiedziałem, że to jest Tour de France, że ten wyścig wiąże się z gigantycznym zainteresowaniem. Poza tym zespół miał problemy ze znalezieniem sponsora na kolejny sezon i doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że pojechałem do Francji także po to, by przyciągnąć uwagę mediów. Myślę, że dałem sobie radę, także dzięki zespołowi. Wszyscy bardzo starali się, by cała ta sytuacja nie odwróciła mojej uwagi od ścigania, by presja mnie nie zjadła

– mówi.

I rzeczywiście udało się. Tak naprawdę, powiedzieć, że presja go nie zjadła, to nic nie powiedzieć. Już pierwszy etap ułożył się dla niego fantastycznie. Ostatnie kilometry tamtego etapu były szalone. Najpierw autokar Oriki-GreenEDGE nie był w stanie przejechać pod banerem umiejscowionym nad linią mety i przez moment nie było wiadomo, czy etap nie będzie musiał zostać zakończony trzy kilometry wcześniej niż pierwotnie planowano, a później duża kraksa pozbawiła szans na zwycięstwo m.in. Marka Cavendisha, Andre Greipela oraz Petera Sagana.

Natomiast młody Holender wciąż pozostawał z przodu i wykorzystał ten fakt. Etap wygrał oczywiście Marcel Kittel (było to jego pierwsze z 13 zwycięstw w Tour de France), drugi Alexander Kristoff, a trzeci… właśnie Danny Van Poppel, który w odpowiednim momencie wyskoczył zza pleców niewiedzących co zrobić ze sobą po upadku Greipela kolarzy Lotto Belisol.

Miałem sporo szczęścia. Dostałem gigantyczne wsparcie od zespołu, a w końcówce uniknąłem upadku. Wtedy tego nie czułem – wszystko działo się błyskawicznie, ale później doceniłem to, co udało mi się zrobić

– mówi Van Poppel.

Niestety na kolejnych etapach układ planet nie był dla Holendra równie korzystny. Jeszcze dwukrotnie finiszował w drugiej połowie pierwszej “10”, a przed 16. etapem, na dziesięć dni przed swoimi dwudziestymi urodzinami, wycofał się z wyścigu.

Tempo było bardzo wysokie i były etapy, w czasie których z trudem utrzymywałem się w peletonie. Dlatego trudno było mi się na poważnie włączyć w walkę o zwycięstwo

– dodaje.

Niestety rozgłos, którym cieszył się Van Poppel na niewiele się zdał. Vacansoleil nie znalazł nowego sponsora i zespół wypadł z peletonu. Na szczęście on sam nie miał problemów ze znalezieniem nowego pracodawcy. Wraz z bratem przeszedł do Trek Factory Racing. Już w pierwszym sezonie startów odniósł swoje pierwsze zawodowe zwycięstwo na etapie Driedaagse van West-Vlaanderen, natomiast kolejny sezon zakończył z czterema wygranymi i największym sukcesem w karierze – triumfem na 12 etapie Vuelta a Espana.

To było coś wspaniałego. Dziś poziom sprinterskiej rywalizacji stoi na bardzo wysokim poziomie, więc o zwycięstwa podczas wielkich tourów jest naprawdę trudno i każde z nich smakuje wyjątkowo

– wspomina Van Poppel, który postanowił wykorzystać swoje pięć minut, by podpisać kontrakt z najlepszą grupą na świecie – z Team Sky. Niestety nie była to do końca dobra decyzja – sprawiła, że nieco trudniej było mu o zwycięstwa – w World Tourze odniósł tylko jedno, w Tour de Pologne.

W Sky było mi dobrze, ale dla zespołu zdecydowanie najważniejsza była walka w klasyfikacjach generalnych wielkich tourów. W takich warunkach praca sprintera jest bardzo trudna. Kilka razy byłem bliski odniesienia zwycięstwa – czy to w Vuelcie, czy to w Giro, ale za każdym razem czegoś brakowało. Z tego powodu przeszedłem do Lotto Jumbo, gdzie w pierwszym roku wystartowałem w dwóch wielkich tourach, ale niestety szybko okazało się, że oni także zmienili swoją strategię. Postawili na Roglicia, chcieli, żeby wygrał któryś z wyścigów trzytygodniowych, więc mi zostały tylko starty w klasykach.

– wspomina.

Znów postanowił odejść, co było całkowicie zrozumiałe. Natomiast niespodzianką był zespół, który go zakontraktował. Choć Holender nie miał na swoim koncie wielu dużych triumfów, a w 2019 roku ani razu nie mógł podnieść swych rąk w geście zwycięstwa, to wciąż należał do światowej czołówki sprinterów. Tymczasem jego nowym zespołem zostało prokontynentalne Wanty Groupe Gobert.

Miałem kilka ofert z World Touru, ale zależało mi, by wrócić do korzeni – do mojego brata, do taty i teraz znów czuję się, jak w Vacansoleil. Przeszedłem do Wanty nie wiedząc, że zespół wskoczy do najwyższej dywizji. Wiedziałem za to, że dostanę duże zaufanie od grupy, że wreszcie będę mógł wybierać, w jakich wyścigach chcę startować i kto pojedzie jako mój rozprowadzający. 

– zdradza Van Poppel

Podjęcie tej decyzji zdecydowanie mu się opłaciło. Nie dość, że podczas Gooijkse Pijl w końcu odniósł swoje pierwsze od wielu miesięcy zwycięstwo, to jeszcze jego ekipa dość niespodziewanie przejęła w World Tourze miejsce CCC Team. Dzięki temu w tym roku sympatyczny Holender, który po 12 miesiącach przerwy wraca do World Touru, będzie miał wszystko, by osiągnąć swoje cele.

Chcę w końcu znów poczuć smak zwycięstwa etapowego w którymś z wielkich tourów. W dalszej perspektywie myślę także o Ronde van Vlaanderen i Paryż-Roubaix – wprawdzie wiem, że jestem zbyt ciężki na to, by regularnie występować w klasykach, ale liczę na to, że kiedyś uda mi się osiągnąć dobry wynik w którymś z tych wyścigów

– zakończył.

Rozmawiał Bartek Kozyra.