fot. Unipublic / Charly López

75. edycja Vuelta a España zrealizowała cel, który jeszcze kilka miesięcy temu wydawał się trudny, a nawet niemożliwy do zrealizowania. Wyścig dojechał do Madrytu zdrowy, bez ani jednego zakażenia koronawirusem wśród kolarzy. 

Przełom marca i kwietnia. Hiszpania jest obok Włoch i Francji najbardziej dotkniętym koronawirusem krajem w Europie. Codziennie notowane są dziesiątki tysięcy nowych zakażeń, zwłoki ofiar nowej choroby nie mieszczą się w prosektoriach, a Hiszpanie mogą wychodzić z domu tylko z zaświadczeniem potwierdzającym, że udają się do pracy lub do lekarza. Organizatorzy Vuelty przekazują wykorzystywane podczas wyścigu namioty do celów walki z epidemią. Czy wierzył ktoś wtedy, że w 2020 roku odbędzie się 75. edycja Wyścigu dookoła Hiszpanii? Ja szczerze mówiąc nie.

Kiedy Międzynarodowa Unia Kolarska (UCI) opublikowała przeorganizowany kalendarz startów, uwzględniający rozegranie trzech wielkich tourów i wyścigów najwyższej kategorii, dowiedzieliśmy się, że Vuelcie przypadł termin 20 października-8 listopada, który nie dość, że pozwalał spodziewać się złej pogody, to jeszcze wszystko wskazywało na to, że rozgrywanie wyścigu przypadnie na drugą, jesienną falę pandemii. Pierwsza z obaw zrealizowała się częściowo, ponieważ niektóre etapy dały kolarzom popalić, jeśli idzie o zimno i chłód, ale były też przyjemne dni z temperaturą oscylującą wokół dwudziestu stopni. Druga niestety ziściła się w stu procentach, bowiem na Starym Kontynencie ponownie wzrasta liczba chorych i pech chce, że Hiszpania jest jednym z tych państw, w których notuje się najwięcej zakażeń.

Dyrektor wyścigu Javier Guillén i spółka stanęli wobec tego przed arcytrudnym zadaniem zorganizowania trzytygodniowego wyścigu kolarskiego w momencie, gdy każdego dnia choruje więcej osób niż miało to miejsce w pierwotnym terminie, czyli w sierpniu. Zabroniono kibicom wstępu tam, gdzie znajdowały się finisze na podjazdach, ograniczono ich obecność na metach i startach, zrezygnowano z kolumny reklamowej, miasteczka wyścigu i wielu innych towarzyszących atrakcji. Dla zawodników, ich drużyn oraz pracowników stworzono tak zwane bańki, w których obowiązywał ostry reżim sanitarny. Było nawet bardziej restrykcyjnie niż podczas Tour de France. Ponadto zarówno w mediach tradycyjnych, jak i społecznościowych prowadzono kampanię zachęcającą do oglądania wyścigu w domu. #LaVueltEnCasa

W rezultacie, pomimo wielu wątpliwości i obaw, udało się rozegrać wszystkie osiemnaście etapów, zgodnie z tradycją zakończyć wyścig w Madrycie oraz – co najważniejsze – uniknąć zachorowań i wycofania zawodników z powodu COVID-19. Teraz już wiadomo, że najgorzej poradzili sobie z tym włodarze wyścigu Giro d’Italia. Przypomnijmy bowiem, że dwie drużyny (Mitchleton-Scott i Jumbo-Visma) musiały opuścić karawanę z powodu zakażeń, w innych wycofywali się poszczególni zawodnicy, a ponadto napływały głosy, że między innymi zakwaterowanie w hotelach pozostawia wiele do życzenia.

– Mówiąc szczerze nikt nie dopuszczał do siebie myśli, że nie dojedziemy do końca. Były momenty trudne, ale nigdy nie pomyśleliśmy, że to się nie uda. W niedzielę nagradzamy Primoža Rogliča jako zwycięzcę i można powiedzieć, że wyścig się skończył. Stworzone bańki sprawdziły się. Jednak to była bardzo skomplikowana edycja, wymagająca wielkiej koncentracji, aby to wszystko dobrze się potoczyło w środku tej okropnej pandemii

– mówił na mecie w Madrycie dyrektor hiszpańskiej Vuelty Javier Guillén.

Organizatorom dziękowali w niedzielę Madrycie zarówno zwycięzca wyścigu we własnej osobie, jak i chociażby doświadczony kolarz drużyny Deceuninck-Quick Step Michael Mørkøv. Pozytywnie przebieg wyścigu i panujące na nim zasady bezpieczeństwa, oceniają także hiszpańscy dziennikarze, którzy relacjonowali Vueltę z miejsca wydarzeń.

– Organizatorzy zasługują na wyróżnienie, że zorganizowali wyścig w tak skomplikowanych czasach. Rezultaty są takie, że wirus kontrolowano perfekcyjnie. Strategia polegająca na tym, aby myśleć tylko i wyłącznie o każdym następnym dniu sprawdziła się. Było oczywiście wiele przeciwności losu, ale dojechanie do Madrytu jest wielkim sukcesem

– napisał w swoim komentarzu na łamach dziennika “AS” Santiago Blanco.

Pomimo problemów podczas Giro d’Italia, można stwierdzić, że kolarstwo na najwyższym poziomie nie jest sportem generującym duże liczby zakażeń, a także bezpiecznym dla kibiców. Na własnej skórze doświadczyłam tego pracując przy Tour de Pologne. To dobry prognostyk przed kolejnym sezonem, w którym – jak wszystko na to wskazuje – ponownie przyjdzie ścigać się w tle światowego kryzysu sanitarnego.