fot. Ronde van Vlaanderen

Po kapitalnym ściganiu, Mathieu van der Poel odniósł swój pierwszy triumf w monumencie, pokonując rywali startujących w Ronde van Vlaanderen. Holender przyznał, że do samego końca nie wiedział, czy udało mu się odnieść sukces.

Tegoroczna edycja De Ronde bez wątpienia była tym, na co czekali kibice na całym świecie. O zwycięstwo wałczył bowiem duet gwiazd, który przez lata ma zdominować brukowane wyścigi – Wout van Aert i Mathieu van der Poel. Dwaj mistrzowie świata w przełajach, długo współpracując na czele, rozstrzygnęli sprawę zwycięstwa w krótkim finiszu, który i pół koła wygrał Holender. Lider Alpecin Fenix przyznał jednak, że do samego końca nie wiedział, komu udało się wygrać.

Kiedy przekroczyliśmy linię mety, nie wiedziałem jak zakończył się nasz finisz. W normalnych warunkach zawsze świadomość zwycięstwa czy przegranej jest bardzo mocna, lecz dziś kompletnie nie byłem w stanie ocenić sytuacji. Od momentu ataku, ani razu nie spojrzałem na koło Wouta. Przez cały dzień wierzyłem, że stać mnie na sukces. Kiedy udało nam się odjechać w końcówce wiedziałem, że o wszystkim zadecyduje sprint. Jak się okazało, zrobiłem wszystko perfekcyjnie

– powiedział van der Poel zaraz po przekroczeniu linii mety.

Dzisiejszy pojedynek dwóch wielkich specjalistów od wyścigów jednodniowych jest zapowiedzią tego, co na brukach będziemy oglądać w ciągu najbliższych lat. Zanim jednak przejdziemy do przyszłości, warto spojrzeć w przeszłość. Mathieu van der Poel zdołał bowiem powtórzyć sukces swojego ojca, który Flandryjską Piękność wygrał w 1986 roku, co jest pierwszą tego typu sytuacją w historii.