To nie jest zwykły wyścig jednodniowy, ani nawet zwykły monument. La Doyenne, czyli odrobinę anachroniczna Staruszka, w swoim długim życiu widziała i przetrwała już więcej niż zdecydowana większość współczesnych imprez sportowych, dlatego niestraszne jej kolejne turbulencje i zmiany. Bez zbędnego szumu, jak gdyby nic się nie stało, powraca więc w październiku w swoim najbardziej klasycznym wydaniu, a jak przystało na damę w tak szlachetnym wieku, z jesienną słotą bardzo jej do twarzy. To, czy Liège – Bastogne – Liège jest najtrudniejszym z monumentów pozostaje przedmiotem pozbawionych jednoznacznych konkluzji dyskusji, ale rozgrywana w nietypowym terminie 106. edycja imprezy może zapisać się w historii jako jedna z bardziej pamiętnych. Kto zostanie jej triumfatorem?

Tradycyjnie czwarty z największych wyścigów jednodniowych sezonu wyznacza bardzo ważny punkt w kalendarzu startów, z jednej strony grubą linią oddzielając kampanię wiosennych klasyków od miesięcy, których rytm wyznaczają kolejne etapy wielkich tourów, z drugiej zaś pozwalając tym światom na chwile się zetknąć za sprawą dość eklektycznej listy pretendentów do tytułu. Chociaż Liège – Bastogne – Liège stanowi ostatni akt ardeńskiego tryptyku, a ze względu na swoją długą i bogatą historię w pełni zasługuje na swój przydomek La Doyenne, towarzysząca mu atmosfera nie ma w sobie nic schyłkowego. Ekscytacja związana z nadchodzącym Giro d’Italia i fakt, że wielu pretendentów do tytułu staje na starcie najstarszego z monumentów sprawia, że punkt ciężkości mimowolnie przesuwa się już w kierunku najbliższej przyszłości.

Przy wszystkich, często bardzo drastycznych zmianach, którym musiał ulec tegoroczny kalendarz startów, przeniesienie obu wyścigów na październik sprawiło, że Liège – Bastogne – Liège rozgrywane jest w pierwszy weekend Giro d’Italia, tym samym uniemożliwiając pretendentom do wywalczenia maglia rosa zaprezentowanie swojej wyszlifowanej na najwyższy połysk formy na La Redoute i Cote-de-la-Roche-aux-Faucons. Czy jednak miało to znaczący wpływ na kształt listy startowej Staruszki, a tym samym również charakter, jaki przybierze niedzielny wyścig?

Zabraknie na niej co prawda Jakoba Fuglsanga, ale na starcie staną zarówno zregenerowani uczestnicy wrześniowego Tour de France, jak i głodniejsi niż kiedykolwiek specjaliści od wyścigów jednodniowych, mający w nogach zaledwie Strade Bianche, Milano-Sanremo, Fleche Wallonne i… Il Lombardię, a przed sobą niemal całą kampanię północnych klasyków. Wszystko więc będzie, nomen omen, po staremu, nie tylko w aspekcie jak zwykle szerokiego grona potencjalnych pretendentów do triumfu, ale również w odniesieniu do trasy, która po zatoczeniu trwającej ładnych kilka lat wolty powróciła do swojego najbardziej klasycznego wariantu, czyli do centrum Liege.

Aby jednak zrozumieć, dlaczego i w jaki sposób do tego doszło, prześledzić trzeba ostatnie trzy dekady rozgrywania Liège – Bastogne – Liège, począwszy od momentu, kiedy finał imprezy przeniesiony został do niezbyt urokliwego, położonego na obrzeżach miasta Ans (1990 rok).

Manewr ten na pewno nie przydał końcówce wyścigu wizualnej atrakcyjności, ale uczynił go obok Il Lombardii najtrudniejszym z monumentów, znacznie poszerzając grono zawodników zdolnych walczyć o triumf. Wystarczy powiedzieć, że według oficjalnych wyliczeń łączna wartość przewyższenia wielu edycji Bastogne do Liège przekraczała 4000 metrów, co przetłumaczone na skumulowany wysiłek nie różni się od górskich odcinków Giro d’Italia czy Tour de France. Można w tym miejscu także dodać, że od momentu przeniesienia finiszu wyścigu na bezimienną hopkę w Ans na liście zwycięzców swoje nazwiska złotymi zgłoskami zapisali między innymi Davide Rebellin, Alexandre Vinokourov czy Danilo di Luca, co potwierdza, że mówimy o nadludzkim wysiłku. Ewolucja kolarstwa w kierunku skrajnie taktycznego rozgrywania wyścigów kontrolowanych przez najsilniejsze składy sprawiła jednak, że ostatni akord ardeńskiego tryptyku, nie bez oporów, musiał przejść małą rewolucję.

Przez lata kluczowym podjazdem Liège – Bastogne – Liège było Cote de la Redoute, gdzie obserwować można było najbardziej ekscytujące pojedynki pretendentów do odniesienia zwycięstwa. Wspomniana już ewolucja nowoczesnego kolarstwa, wskutek której ataki z dystansu przeszły do lamusa, w kombinacji z niechęcią organizatorów imprezy do bardziej drastycznego przesunięcia linii mety sprawiły jednak, że musieli oni sięgnąć po nowe rozwiązania celem ponownego wskrzeszenia najstarszego z monumentów i odbetonowania go w warstwie taktycznej. W rezultacie trasa La Doyenne wzbogacona została w 2009 roku o umiejscowione wewnątrz finałowych 20 kilometrów Cote-de-la-Roche-aux-Faucons. Eksperyment okazał się sukcesem i podjazd na stałe wpisał się w kanon rozgrywania ardeńskiego monumentu, stając się wraz z Cote de Saint Nicolas i krótkim wzniesieniem przed samą linią mety w Ans jednym z kluczowych momentów wyścigu.

Chociaż wprowadzenie Cote-de-la-Roche-aux-Faucons pozwoliło nieco rozruszać zasłuchany w mantrach nuconych przez dyrektorów sportowych peleton, edycje monumentu z lat 2013-2015 miały i tak rozczarowująco zachowawczy charakter, na co receptą miał okazać się dodany w połowie ubiegłej dekady Cote de la Rue Naniot (600m, 10,5%). Ponieważ jednak zniknął równie szybko, jak się pojawił, można domniemywać, że nie spełnił pokładanych w nim oczekiwań.

I choć w ciągu minionych blisko trzech dekad organizatorzy imprezy zdawali się nie zauważać, że za sprawą pozbawionych tożsamości podjazdów i tego niesławnego finiszu na wysokości stacji benzynowej i warzywniaka w Ans, pokryta patyną Staruszka zaczęła odstawać na tle pozostałych czterech, bardziej wyrazistych monumentów, inwazyjne zmiany musiały w końcu nadejść. W ubiegłym roku La Doyenne przeszła więc dość radykalny, ale długo oczekiwany lifting, a zaplanowana na jutro 106. edycja Liège – Bastogne – Liège rozegrana zostanie na niemal identycznej trasie.

Zgodnie z ponad stuletnią już tradycją, największy z wyścigów ardeńskiego tryptyku rozpocznie się i zakończy w Liège, a kluczowe z podjazdów umieszczonych na trasie o łącznej długości 257 kilometrów znajdują się w jej drugiej części. Wbrew dość powszechnym wyobrażeniom, Bastogne wcale nie wyznacza półmetka, ale zostanie odwiedzone przez peleton już na 102. kilometrze, co poprzedzi pokonanie pierwszego z jedenastu kategoryzowanych wzniesień – Cote de La-Roche-en-Ardenne (2,8 km, śr. 5,5%), które wpływu na ostateczne losy niedzielnej rywalizacji mieć nie będzie. Kolejną z drobnych przeszkód stanowić będzie Cote de Saint-Roch (1,1 km, śr. 9,2%), jednak znacząco zaczną się one piętrzyć dopiero po minięciu Vielsalm, jak przystało na problemy od razu pojawiając się dwójkami, trójkami, a nawet czwórkami.

Na pierwszy ogień pójdą pokonywane w krótkiej sekwencji Cote de Mont-le-Soie (1,8 km, śr. 6,4%), Cote de Wanne (1,6 km, śr. 9,9%), Cote de Stockeu (0,9 km, śr. 12,5%) i Cote de la Haute-Levee, których główną rolą jest doprowadzenie do legendarnej już selekcji od tyłu.

Po nieco dłuższej chwili oddechu, zawodnicy zmierzą się z umiejscowionym w okolicy znanego wszystkim fanom F1 Spa wzniesieniem Col du Rosier (4,5 km, śr. 5,7%), a następnie jednym z najbardziej klasycznych dla Liège – Bastogne – Liège sekwencji: Col du Maquisard (3 km, śr. 5,0%) i Cote de la Redoute (1,9 km, śr. 8,9%).

O ostatecznym wyniku rywalizacji zaś, jeśli ktoś nie pokusi się o bardziej heroiczny atak, zadecydują najprawdopodobniej pokonywane odpowiednio 23 i 13 kilometrów od linii mety Cote des Forges (1,1 km, śr. 7,9%) i Cote-de-la-Roche-aux-Faucons (1,3 km, śr. 11%).

Finałowe 13 kilometrów wyścigu to jeszcze jedno krótkie, pozbawione kategorii wzniesienie, po którym następuje 8-kilometrowy zjazd. Dopiero ostatnie 2000 metrów w centrum Liege są płaskie.

Wyścig kobiet wystartuje z Bastogne i rozegrany zostanie na łącznym dystansie 135 kilometrów. Panie będą finiszować w tym samym miejscu co mężczyźni. W sumie zmierzą się z pięcioma podjazdami –  najpierw z Côte de Wanne, Côte de la Haute-Levee oraz Côte de la Vecquée, a następnie z decydującymi Côte de la Redoute oraz Côte de la Roche-aux-Faucons. 

Specjaliści od imprez jednodniowych i etapowych średnio dwa razy rocznie stają na linii startu mając w głowach ten sam cel, jednak kiedy tak się dzieje, autorzy zapowiedzi znajdują się w kropce. I kiedy już wydawało się, że trudniej być nie może, w sukurs przychodzi przedziwny w swoim kształcie sezon 2020.

O ile bowiem obserwowane w ciągu ostatnich dwóch dekad podejście organizatorów do jakichkolwiek zmian dotyczących trasy Liège – Bastogne – Liège nazwać należy konserwatywnym, wykreowało to wyścig przewidywalny w warstwie taktycznej, jednak relatywnie często przynoszący zaskakujących triumfatorów. Nietrudno w takich okolicznościach pokusić się o stwierdzenie, że w kontekście liczby potencjalnych pretendentów do wdrapania się na najwyższy stopień podium, Staruszka jest najbardziej otwartym z wszystkich monumentów.

Ograniczając się w analizach do ostatnich dziesięciu edycji wyścigu, tylko jedna zakończyła się sprintem z 10-osobowej grupy, trzy zwycięstwami po solowych akcjach, a o wyniku pozostałych sześciu zadecydowała rozgrywka pomiędzy 2-4 zawodnikami. Komu najbardziej sprzyja taki scenariusz?

Kiedy nie wiadomo nawet, od kogo zacząć, warto zacząć od triumfatorów ostatnich największych wyścigów jednodniowych. Kopnięty ardeński tryptyk otworzyła środowa Walońska Strzała, a pod nieobecność Alejandro Valverde i Juliana Alaphilippe najszybszy na szczycie Mur de Huy okazał się Marc Hirschi (Sunweb). 22-letni Szwajcar w ciągu zaledwie miesiąca z bardzo obiecującego zawodnika stał się diabelnie skutecznym łowcą kolejnych trofeów i nic nie stoi na przeszkodzie, aby w niedzielę spróbował sięgnąć po swój pierwszy monument. Hirschi jest szybki, jest dynamiczny i świetnie się wspina, a jego występy na trudnych etapach Wielkiej Pętli dowodzą, że pomimo młodego wieku zdołał już zbudować imponującą wytrzymałość. Jeśli więc cokolwiek budzi pewne wątpliwości, to fakt, że zawodnik Sunwebu szczyt formy utrzymuje już od kilku tygodni – kiedyś ta krzywa musi zacząć opadać.

Nieco inaczej ma się sprawa dyspozycji Juliana Alaphilippe (Deceuninck-Quick Step), którego wysoka forma i Tour de France tym razem nie spotkały się w jednym punkcie, ale być może właśnie dlatego to Francuz może się cieszyć koszulką w tęczowe pasy. Zawodnik ekipy Deceuninck-Quick Step jeszcze nigdy nie stał na najwyższym stopniu podium La Doyenne, ale powrót do klasycznego wariantu trasy to dla niego bardzo sprzyjająca okoliczność, podobnie jak decyzja, by tym razem zrezygnować z udziału we Fleche Wallonne.

Innym zawodnikiem, który stawał już na niższych stopniach podium w Liège – Bastogne – Liège jest Michał Kwiatkowski (INEOS Grenadiers), podobnie jak Alaphilippe mający na swoim koncie zwieńczony etapowym sukcesem udział w Wielkiej Pętli i świetny występ w niedawnych mistrzostwach świata. O jego wysokiej formie nie musimy więc nikogo przekonywać, a jego dodatkowy atut jak zwykle stanowić będzie fakt, że jest w stanie rozegrać wyścig na swoją korzyść niezależnie od scenariusza, który wejdzie w życie w końcówce. Skoro więc Hirschi i Alaphilippe mają już swoje skalpy, może czas na Kwiato?

Innymi zawodnikami, których triumf w 106. edycji Liège – Bastogne – Liège wydaje się wysoce prawdopodobny, są Tadej Pogacar (UAE-Team Emirates), Michael Woods (EF Pro Cycling), Maximilian Schachmann (Bora-hansgrohe), Tom Dumoulin (Jumbo-Visma) i Primoz Roglic (Jumbo-Visma).

W nieco szerszym kręgu faworytów (z którego zresztą bardzo często wyłoniony zostaje zwycięzca) mieszczą się zaś Dan Martin (Israel Start-Up Nation), Adam Yates (Mitchelton-Scott), Rigoberto Uran, Daniel Martinez (EF Pro Cycling), Michael Valgren (NTT Pro Cycling), Tim Wellens, Tiesj Benoot (Lotto Soudal), Benoit Cosnefroy (AG2R-La Mondiale) czy Lennard Kamna (Bora-hansgrohe).

106. edycja wyścigu Liège – Bastogne – Liège rozegrana zostanie w niedzielę, 4 października.

Relację z wyścigu śledzić będzie można na kanale Eurosport 2 od 13:30.