fot. Alex Broadway

Wczorajszy etap miał w sobie spory potencjał na wywołanie pewnego zamieszania w klasyfikacji generalnej wyścigu, ale trzeba otwarcie przyznać, że takiego trzęsienia ziemi spodziewało się niewielu. Wielka niespodzianka, druzgocące porażka, wreszcie długo wyczekiwane odkupienie – odcinek o długości zaledwie 36 kilometrów pomieścił wszystkie te uczucia. Dlatego dzisiejszego etapu przyjaźni potrzebujemy bardziej niż zazwyczaj, bo niewiele mamy czasu, aby przyswoić wszystkie wydarzenia z soboty i nacieszyć się widokiem zwycięzcy 107. edycji wyścigu Tour de France ubranego w wymarzoną maillot jaune.

W natłoku emocji łatwo zapomnieć, że choć zdarza się to nieczęsto, jest to etap w pewien sposób wyczekiwany, bo przed trzema tygodniami nikt nie mógł mieć pewności, że tegoroczna Wielka Pętla w ogóle dotrze do Paryża. Nie obyło się przy tym bez mniejszych i większych kontrowersji czy przepisów pisanych na kolanie, a bliskie spotkanie z koronawirusem nie ominęło samego Christiana Prudhomme’a, ale wszyscy mierzymy się z sytuacją, która jest nowa i dla której dopiero metodą prób i błędów zdołamy wypracować skuteczne rozwiązania. Gratulacje należą się więc organizatorom Tour de France i uczestniczącym w nim ekipom, bo dzięki stworzonym przez nich bezpiecznym bańkom zdecydowana większość zawodników dotrze dziś do mety, a 20 września zapisze się jako kolejny dzień w długiej historii tej imprezy. To także ich wielkie zwycięstwo.

Doroczna parada z wielkim finałem na słynnych Polach Elizejskich rozpocznie się tym razem w przytulonym do zakola Sekwany Mantes-la-Jolie, a będąca częściowo senną przeprawą wiodącą przez równie senne przedmieścia, częściowo dynamicznym miejskim kryterium ukazującym niemal przy okazji największe zabytki centrum Paryża, liczyć będzie 122 kilometry.

Na decydujących 350 metrach, które na pamięć zna zarówno każdy sprinter, jak i miłośnik kolarstwa szosowego, ostatni raz zmierzą się najszybsi zawodnicy 107. edycji Tour de France, bo limit niespodzianek mamy już chyba wyczerpany.

Oto, to na temat 21. etapu 107. edycji Tour de France napisaliśmy przed rozpoczęciem wyścigu:

Etap 21, 20 września: Mantes-la-Jolie – Paryż (122 km, płasko)

Na koniec kolarzom pozostanie do pokonania tradycyjny, płaski etap do Paryża, gdzie z pewnością zawodnicy skupią się na robieniu zdjęć i piciu szampana. Do głosu dojdą oczywiście sprinterzy, którzy na ostatnich kilometrach powalczą o jedno z najbardziej prestiżowych zwycięstw w kalendarzu.

Pomimo tylu przeszkód napotkanych na drodze, 107. edycja Tour de France kończy się z takim samym duetem najszybszych sprinterów, z jakim się rozpoczęła. Spodziewamy się więc jeszcze jednego pojedynku nieco szybszego Caleba Ewana (Lotto Soudal) z Samem Bennettem (Deceuninck-Quick Step), którego dodatkowo nieść będzie zielona koszulka i niezawodny Michael Morkov.

Jako mocnego outsidera potraktować można Wouta Van Aerta (Jumbo-Visma), który na pewno lepiej od wymienionych sprinterów zniósł trudy trzech tygodni rywalizacji, o jego dyspozycji i możliwościach można układać poematy, a drużyna Jumbo-Visma z pewnością potrzebuje takiego światełka w tunelu po wczorajszym upadku.

Po jedno z najbardziej prestiżowych z perspektywy sprintera triumfów mogą też sięgnąć znający już jego smak Alexander Kristoff (UAE-Team Emirates), jak również Cees Bol (Sunweb), Mads Pedersen (Trek-Segafredo) czy Luka Mezgec (Mitchelton-Scott).