fot. Lotto Soudal

Caleb Ewan najszybszy na finiszu w Poitiers. Liderem klasyfikacji generalnej Grande Boucle pozostał zawodnik ekipy Jumbo-Visma Primož Roglič.

Jedenasty odcinek tegorocznej “Wielkiej Pętli” liczył sobie 167,5-kilometra. Kolarze startowali znad wybrzeża Oceanu Atlantyckiego z Châtelaillon-Plage do znanego z historii miasta Poitiers, gdzie w 732 roku doszło do bitwy, która zdaniem wielu historyków ocaliła Europę przed podbojem Arabów.

Tym razem nikt nikogo nie zamierzał zabijać, ale to nie oznaczało, że nie obejrzymy dziś ciekawej walki. Na trasie znalazła się zaledwie jedna, niewielka premia górska 4. kategorii i choć pod koniec mieliśmy krótki i niezbyt stromy podjazd, to można było zakładać, że znów obejrzymy finisz najszybszych kolarzy w stawce.

Niestety do pojechania w odjeździe dnia znalazł się tylko jeden ochotnik. Był nim doświadczony Francuz Matthieu Ladagnous (Groupama-FDJ). 35-latek szybko odjechał od peletonu, który spokojnie pokonywał pierwsze kilometry etapu. Francuz po 20-kilometrach jazdy miał już pięć minut przewagi nad peletonem. Wtedy niespodziewanie z grupy zasadniczej zaatakowała większa grupa. Znaleźli się w niej: Oliver Naesen (AG2R La Mondiale), Stefan Küng (Groupama-FDJ), Michael Gogl (NTT Pro Cycling), Lukas Pöstlberger (BORA – hansgrohe) oraz Tom Van Asbroeck (Israel Start-Up Nation). Mimo szybkiej jazdy wspomnianej wyżej szóstki peleton nie pozwolił jej odjechać i kilka chwil później pościg powrócił do grupy zasadniczej.

Kolejne kilometry ścigania przebiegały w spokojnym tempie. Dzielny Matthieu Ladagnous wypracował sobie stabilną przewagę wynoszącą około trzech minut przewagi i samotnie zmierzał do mety w Poitiers. Grupę zasadniczą prowadziły ekipy sprinterskie, takie jak Deceuninck-Quick Step oraz Lotto Soudal.

Choć zawodnik Groupamy-FDJ jechał, jak przystało na Francuza, bardzo dzielnie, to niestety na około 70 kilometrów przed metą jego przewaga zaczęła nieubłaganie topnieć. 30 kilometrów później, ze wspomnianych wcześniej trzech minut, nie zostało już nic.

Po doścignięciu Ladagnousa nie byliśmy świadkami żadnych ciekawszych ataków, co nie znaczyło, że na trasie nic się nie działo. Niestety działo się całkiem sporo – niestety, bo to “dzianie się” oznaczało najpierw wycofanie się Gregora Muhlbergera z wyścigu, a później kraksę, w której ucierpieli Jose Joaquim Rojas, Krists Neilands i Ion Izagirre – ten ostatni zresztą szybko poszedł w ślady Muhlbergera i przedwcześnie zakończył ten niezbyt udany dla siebie wyścig.

Czysto sportowe emocje zaczęły się dopiero na około 10 kilometrów przed metą. Z przodu zaczęły ustawiać się wtedy pociągi sprinterskie, a także Jumbo-Visma i Ineos Grenadiers, chroniące odpowiednio Primoża Roglicia i Egana Bernala. Cztery kilometry później trochę zamieszania wprowadził Lukas Postlberger, który zdecydował się na dość niespodziewany atak. Popędzili za nim dwaj kolarze Deceunincku – Kasper Asgreen i Bob Jungels.

Ich atak przez moment wyglądał całkiem groźnie, ale na 2 kilometry przez kreską zostali doścignięci przez złaknionych sukcesów sprinterów. Tuż przed decydującą rozgrywką, w całkkiem dobrej sytuacji był Matteo Trentin, nieźle rozprowadzony przez Van Avermaeta.  Ostatecznie jednak walkę o sukces rozstrzygnęli między sobą inni.

Długiego finiszu niespodziewanie próbował zwycięzca dwóch nieco trudniejszych etapów – Wout Van Aert, jednak tuż przed metą został on wyprzedzony przez trójkę Sagan-Bennett-Ewan. Belg zajął ostatecznie 4. miejsce, do czego przyczyniło się brzydkie zachowanie Słowaka, który kilka metrów przed kreską przepchnął go, by zrobić sobie miejsce. Jednak to nie wystarczyło mu do zwycięstwa, które ostatecznie po raz drugi w tym wyścigu wpadło w ręce Caleba Ewana.