fot. Trek-Segafredo

Richie Porte (Trek-Segafredo) po pierwszym tygodniu wyścigu Tour de France plasuje się na jedenastym miejscu w klasyfikacji generalnej, a do lidera Primoža Rogliča (Jumbo-Visma) traci minutę i 53 sekundy. Tasmańczyk wydaje się korzystać z tego, że tym razem znajduje się nieco w drugim szeregu, z dala od nagłówków w prasie.

W 2017 i 2018 roku Porte zaliczał kraksy, które uniemożliwiały mu dalszą jazdę w Tour de France. Podczas innych startów prześladował go z kolei innego rodzaju pech i w rezultacie jego obecna pozycja jest najlepszą po pierwszym tygodniu, jaką kiedykolwiek zajmował.

– Zawsze jest miło ukończyć dziewiąty etap i zakończyć pierwszy tydzień w wyścigu w dobrej formie oraz w dobrym zdrowiu. Bardzo chciałem dojechać do mety z kolarzami z czołówki, zabrakło mi dosłownie kilkaset metrów, ale nie mam jeszcze w sobie tej eksplozywności. Tak czy siak mój kolega z drużyny Bauke [Mollema] i ja wykonaliśmy dobrą pracę. To był ciężki, ale dobry dzień. Dobrze ze sobą współpracowaliśmy

– mówił Richie Porte po zakończeniu dziewiątego etapu.

Zwycięzca styczniowego wyścigu etapowego w Australii Tour Down Under stracił czas na piątkowym etapie, kiedy to peleton podzielił się z powodu silnie wiejącego bocznego wiatru. Porte stracił wówczas minutę i 21 sekund, a dzień później ujawnił w mediach społecznościowych, że jego żona urodziła dziecko.

– Podczas, gdy wczoraj byłem gorzko zawiedziony na rowerze, moja żona Gemma i ja otrzymaliśmy ten swój mały pakiet szczęścia. Trudno mi jest wyrazić słowami to, jak żałuję, że nie było mnie przy narodzinach naszego dziecka, ale dziękuję drużynie Trek-Segafredo za wsparcie. Mentalnie to będzie długi i ciężki wyścig, ale największy prezent czeka na mnie po mecie w Paryżu

– napisał Richie Porte.

Tasmańczyk przyznaje, że służy mu fakt, że w tegorocznej edycji Tour de France nie ma wokół niego zbyt dużego szumu medialnego. Nie musi zatem brać udziału w mentalnej wojnie, a w zamian za to robić to, co potrafi najlepiej, czyli ścigać się.

Według Porte’a ponad minuta straty po pierwszym tygodniu nie stawia go w idealnej sytuacji, ale jednocześnie nie spisuje całkowicie na straty. Decydujący będzie bowiem trzeci tydzień.

– Ostatni tydzień Touru jest po prostu brutalny. Tam nie będzie traciło się sekund, tylko minuty. Bez odpowiedniej liczby kilometrów wyścigowych w nogach… Tak, myślę, że do Paryża to będzie marsz śmierci

– dodał Richie Porte.

Ubiegłoroczną edycję Wyścigu dookoła Francji kolarz Trek-Segafredo ukończył na jedenastym miejscu w klasyfikacji generalnej. Z ulgą, że udało się dojechać do Paryża. Jak będzie tym razem?