Pierwszy naprawdę trudny, górski etap Tour de France 2020 za nami. Niestety zawodnicy postanowili dziś nie ryzykować, odpuszczając jakąkolwiek walkę w decydujących momentach. Czas na oceny.

Plusy:
Cel wykonany
Zaraz po starcie uformowała się dziś bardzo mocna ucieczka, która nie miała zamiaru się poddawać i przez cały etap dyktowała na czele bardzo mocne tempo. Dzięki nim widać było, że dzisiejszy etap to nie przelewki. W górzystej końcówce tylko tych ośmiu zawodników postanowiło dać nam choć odrobinę emocji, jednocześnie walcząc o cel na tegoroczny wyścig – etapowe zwycięstwo. Ostatecznie z walki najlepiej wyszedł Aleksey Lutsenko, dla którego jest to najważniejszy sukces w karierze. Panowie, gdyby nie wy, dzisiejszego wieczoru nie byłoby żadnego plusa.

Minusy:
Na zero z tyłu
Kilka lat temu w decydującej fazie piłkarskiej Ligi Mistrzów spotkały się drużyny Athletico Madryt i Chelsea Londyn. Oba zespoły prowadzone były przez trenerów bezsprzecznie nastawionych na utrzymanie szczelnej defensywy, przez co można było odnieść wrażenie, że żaden z piłkarzy nie chce przejąć piłki lub agresywniej zaatakować rywala. Dzisiejszy etap Tour de France wyglądał identycznie. Choć tempo było względnie mocne, żaden z liderów nie postanowił nieco konkretniej pociągnąć, przez co zamiast walki oglądaliśmy nużącą procesję do mety.

Koszul parzy
Z całej stawki zawodników mających wciąż realne szanse na wygranie całego wyścigu, absolutnie żaden nie połasił się dziś o możliwość przejęcia żółtej koszulki lidera wyścigu, choć, jak zobaczyliśmy w końcówce, wielu z nich było naprawdę mocnych. Skoro odrobienie kilkunastu sekund do lidera było dziś zbyt ryzykowne, to absolutnie nikt na tę koszulkę nie zasłużył.

Proste wybory
Choć dzisiejsza jazda Grega van Avermaeta była naprawdę solidna, należy przyznać, że ekipa CCC wysłała do ucieczki raczej nie tego zawodnika, którego powinna. Choć można się domyślić, że celem polskiego zespołu było przejęcie koszulki lidera wyścigu, większe szanse na wygranie etapu miałby z pewnością ktoś z dwójki Jan Hirt – Ilnur Zakarin. Trochę szkoda, że mimo to w odjazd zabrał się mistrz olimpijski z Rio.