Volta Ciclista a Catalunya

W Volta a Catalunya 2015 wzięło udział wielu świetnych zawodników. Na liście startowej znalazło się miejsce m.in dla Chrisa Froome’a, Alberto Contadora i Alejandro Valverde. Jednak ta trójka ani przez moment nie zakładała biało-zielonej koszulki. W przeciwieństwie do Macieja Paterskiego, który wygrał pierwszy etap i został pierwszym liderem wyścigu. Dziś, niemal równo pięć lat później wspominamy ten sukces wraz z byłym kolarzem CCC Sprandi Polkowice.

Jak wyglądały twoje ostatnie godziny przed startem? Czułeś, że to jest twój dzień, czy wciąż odczuwałeś skutki tego, że niecałe 24 godziny wcześniej brałeś udział w Mediolan-San Remo?

Godziny przed etapem wyglądały tak, jak przed każdym innym wyścigiem – nie robiłem niczego specjalnego. Na szczęście dobrze zniosłem Mediolan – San Remo. Ukończyłem go w czołówce, bo byłem świetnie przygotowany. Nastawiłem się na to, że po San Remo startuję w Hiszpanii i potraktowałem to jako kolejny etap wyścigu. 

Jaki był wasz plan na etap? Od początku wiedziałeś, że weźmiesz udział w odjeździe czy wyszło to dopiero “w praniu”?

Nie pamiętam już jakie dokładnie były nasze plany na ten etap. Trochę czasu minęło. Nie przypominam sobie jednak, żebym miał wyznaczone jakieś specjalne cele i zadania na ten dzień. Wszystko wyszło spontanicznie. Przez przez bardzo długi czas nie mogła zawiązać się żadna ucieczka. Ja na samym początku etapu dochodziłem do siebie, aż w końcu, gdy już zacząłem czuć się dobrze, poczułem, że mam dobre nogi. Wtedy skoczyłem…

W pewnym momencie mieliście 14 minut przewagi. Czy już wtedy pomyślałeś sobie, że prawdopodobnie dojedziecie do mety przed peletonem?

Zgadza się, gdy przewaga wzrosła do 14 minut byłem pewien, że dojedziemy i zaczynałem myśleć o tym, by jak najlepiej rozegrać końcówkę. Ta była płaska, więc trzeba było być skupionym do końca. Szczerze mówiąc, spodziewałem się ataków przed metą, ale okazało się, że wszyscy czekaliśmy na sam finisz.

Jak oceniałeś swoje szanse na pokonanie De Clercqa i Rollanda? Obaj mają w swoim dorobku duże sukcesy…

To są znakomici zawodnicy i bardzo dobrzy górale. Tyle że etap kończył się płaskim finiszem, a to zwiększało moje szanse na zwycięstwo. Wiedziałem, że jestem od nich szybszy, ale zdawałem sobie także sprawę z tego, że muszę do końca utrzymać maksymalną koncentrację, bo w takich końcowych rozgrywkach nieraz różnie bywa…

Na szczęście wygrałeś…

Tak, a tamten moment, w którym jako pierwszy przekroczyłem linię mety był niesamowity. Pamiętam, że aż złapałem się za głowę z niedowierzania. Właśnie po raz pierwszy w karierze wygrałem wyścig należący do World Touru. W dodatku po takiej spontanicznej akcji.

Wierzyłeś w to, że masz szansę utrzymać koszulkę do końca wyścigu?

Nawet o tym nie myślałem, z tej prostej przyczyny, że nie był on pode mnie. Nie nastawiałem się także na walkę o koszulkę górala, ponieważ zależało mi przede wszystkim na tym, by utrzymać koszulkę lidera najdłużej, jak to możliwe i wiedziałem, że będzie mnie to kosztowało mnóstwo sił. 

Ostatecznie straciłeś ją po trzecim etapie. Myślisz, że mogłeś w niej pojeździć jeszcze jeden-dwa dni dłużej?

Nie, wydaje mi się, że nie było na to żadnych szans. Znam swoje miejsce w szeregu i wiem, że moje możliwości podczas tak ciężkiego górskiego etapu na tak mocno obsadzonym wyścigu są mocno ograniczone. Mimo to pamiętam, że koledzy do końca robili wszystko co ich mocy, by pomóc mi w utrzymaniu pozycji lidera. Natomiast po utracie koszulki zacząłem walczyć o kolejne zwycięstwa etapowe i prawie mi się to udało – na metę szóstego odcinka wjechałem jako trzeci.

Niedługo później wygrałeś też Tour of Croatia. Drugie miejsce zajął wtedy Primoż Roglić. Już wtedy dało się przewidzieć, że za chwilę wskoczy do światowej czołówki?

Pamiętam, że wtedy po wyścigu niektórzy ludzie śmiali się i komentowali: ,,co to za wyścig, skoro skoczek narciarski kończy go na drugim miejscu?”. Czy już wtedy wiedziałem, że niedługo stanie się wybitnym kolarzem? Ciężko powiedzieć, ale pamiętam, że jego ataki pod górę już wtedy robiły wrażenie.

Z czego wynikała tak wysoka forma na początku twojej przygody z CCC Team? Oprócz tych zwycięstw zajmowałeś także miejsca w czołówce kilku innych bardzo prestiżowych wyścigów. Czy wpływ na to miała chęć udowodnienia, że w pełni zasługujesz na powrót do World Touru?

W sporcie, a już na pewno w moim przypadku zmiany zazwyczaj przynoszą efekty.  A wtedy zmieniłem otoczenie, trenera i myślę, że to było kluczowe. Poza tym rzeczywiście – na pewno chciałem coś udowodnić i chyba wciąż próbuję, bo to mnie tylko nakręca do dalszej pracy i ścigania. Jak tego nie będzie, to przestanę się ścigać.

Jak z dzisiejszej perspektywy oceniasz przyczyny tego, że nie udało ci się dłużej utrzymać w Cannondale i w ogóle w World Tourze?

Takie jest kolarstwo. Zmiany to rzecz naturalna. Z wieloma kolarzami nie przedłuża się kontraktu. Wtedy taka zmiana ewidentnie była mi potrzebna, co przełożyło się na późniejsze wyniki. Po 6 latach przebywania we Włoszech wróciłem do domu, a to miało ogromne znaczenie. Po prostu lepiej wypoczywałem i się regenerowałem. We Włoszech czułem się, jakbym ciągle był na zgrupowaniu. Byłem w nowym klubie nowym otoczeniu i widocznie tego mi brakowało. Kiedy jeździłem w CCC mieliśmy bogaty kalendarz startów, który właściwie nie odbiegał zbyt mocno od tego, który miałem w World Tourze. Więc nie czułem żebym pod tym względem zrobił jakiś duży krok wstecz

Czyli czułeś, że spokojnie poradziłbyś sobie w najwyższej dywizji?

Myślę, że tak. Cztery wcześniejsze lata spędziłem w WT i myślę, że cały czas prezentowałem podobny poziom. Zresztą, żeby było jasne. Ja niezależnie od tego czy jeżdżę w WT, II czy III dywizji tak samo podchodzę do swojej pracy. Zawsze daję z siebie wszystko. Wtedy, w 2015 roku akurat nie szukałem sobie nowego zespołu. Dobrze odnajdywałem się w CCC, więc gdy niedługo po Wyścigu Dookoła Katalonii dostałem od ekipy ofertę przedłużenia kontraktu, postanowiłem ją zaakceptować.

Słuchając cię mam wrażenie, że zdecydowanie wolisz jeździć w polskich ekipach, niż tych zagranicznych. Rzeczywiście tak jest? 

To nie tak. We Włoszech spędziłem jednak sześć lat, ścigałem się w najlepszej ekipie globu, z wieloma kolarzami zaliczanymi w tamtym czasie do ścisłej światowej czołówki i naprawdę dobrze się w niej odnajdywałem. Wolałbym jednak jeździć tam, ale mieszkać w Polsce, bo dzięki temu łatwiej o efektywny wypoczynek.

Teraz masz 33 lata i jeździsz w Wibatechu. Myślisz, że jesteś jeszcze w stanie wrócić na tamten poziom? 

Sport ma to do siebie, że czasem zdarzają się w nim rzeczy nieprzewidywalne. Jednak nie myślę o tym, ponieważ najważniejsze dla mnie jest to, że znowu czerpię z kolarstwa wielką radość i satysfakcję. A niestety już były lata, kiedy to zatraciłem, a bez tego bardzo ciężko jest ciężko pracować i uprawiać tak ciężki sport.