Bliska mi osoba przebywa za granicą i nie mam pojęcia, kiedy wróci do domu. A jeśli wróci, to czy wróci zdrowa. A jeśli zachoruje na Covid-19, to jak tę chorobę zniesie i czy nie zarazi innych członków mojej rodziny. A jak wówczas oni poradzą sobie z nowym wirusem?

Kocham kolarstwo. Uwielbiam jeździć na rowerze dla podtrzymania kondycji fizycznej i psychicznej, ale wierzę także w to, że dzięki przejeżdżanym rocznie tysiącom kilometrów jestem chociaż w ułamku procenta bardziej uprawniona do zadawania pytań zawodowym kolarzom oraz pisania o tej dyscyplinie sportu.

Mam szczęście, że tę pasję mogę łączyć z moim zawodem – dziennikarstwem. Jednak obecnie, w czasie światowej pandemii koronawirusa, części tego szczęścia zostałam pozbawiona. Nie mogę pisać sprawozdań z wyścigów, nie mogę na nie pojechać, a co gorsza, nie wiem (jak my wszyscy), kiedy to wszystko się skończy.

Miliony pytań o najróżniejsze tematy majaczą więc w głowie. Chciałabym znać odpowiedzi na te podstawowe, dotyczące egzystencji, aż do tych o sprawy wyższej potrzeby – nie niezbędnych do życia, ale równie ważnych dla wrażliwego człowieka. Czy ja, moja rodzina i przyjaciele wyjdziemy z tego zdrowi? Kiedy będę mogła swobodnie oddawać się mojemu hobby? Kiedy będę mogła normalnie pracować, by zarobić na życie? Kiedy spotkam się z przyjaciółmi na kawie w restauracji?

Do tego wszystko dochodzi jeszcze duchowa łączność z Polakami, którzy zachorowali na Covid-19 oraz z tymi, którzy stracili swoich bliskich. Bardzo im współczuję. Niesamowicie martwię się również o Włochów, Hiszpanów – państwa i narody, które darzę ogromną sympatią, które miałam przyjemność odwiedzić, i co do których miałam plany, zawodowe i wakacyjne. Serce mi pęka, gdy widzę wojskowe samochody przewożące trumny z ciałami zmarłych na północy Italii, ponieważ brakuje karawanów.

Jeśli jeszcze w tej całej atmosferze naturalnego strachu, smutku i niepewności czytam informacje o agresji wobec kolarzy jeżdżących po szosach w krajach, gdzie wciąż wolno to robić, to mój i tak zbyt pełny już wachlarz negatywnych uczuć dopełnia złość. Każdy z nas, nawet w czasach wojen, kryzysów, epidemii, pandemii i osobistych tragedii, stara się walczyć żyjąc normalnie. Realizując społeczną akcję #ZostańWDomu pracujemy, bawimy się z naszymi dziećmi, jesteśmy aktywni na portalach społecznościowych… A sportowcy – profesjonalni i amatorscy – próbują wciąż jeszcze, tam, gdzie jest to prawnie dozwolone, wykonywać swoją pracę i oddawać się pasji.

Do niczego nie jest nam teraz potrzebna agresja, czy to ta słowna czy nie daj Bóg fizyczna, jak miało to miejsce w Belgii w przypadku kolarza Lotto-Soudal Harma Vanhoucke. Nic jej nie tłumaczy i niczym nie można jej usprawiedliwić. Dopóki żyjemy, staramy się robić to, co musimy i kochamy.

Kilkanaście miesięcy temu, gdy jeszcze nikt nie znał słów Covid-19 i koronawirus,  jadąc na rowerze miałam następującą sytuację. Zjechałam na chwilę z drogi rowerowej, by ominąć jej zabrudzony szkłem fragment (to bardzo częsta sytuacja na polskich ścieżkach dla rowerzystów). W mig pojawił się przy mnie samochód, którego kierowca zaczął spychać mnie do boku i mówić “Wyp***”. Żona “miłego pana” w średnim wieku z zapalczywością mu wtórowała. Z pewnością Szanowni Czytelnicy Naszosie.pl również mieli niejedną podobną sytuację, choć życzyłabym sobie, aby tak nie było.

Dlatego nie ma mojej zgody na dawanie upust emocjom i nagromadzeniu codziennych frustracji w czasach jeszcze trudniejszych, jakim jest rozprzestrzenianie się koronawirusa. Należy natychmiast zaprzestać agresywnym zachowaniom wobec kolarzy. To, co było niewytłumaczalne i nieakceptowalne wcześniej, teraz musi być potępione tym bardziej!

Hiszpański dziennikarz dziennika “AS” Juan Gutiérrez napisał w swoim felietonie, że to “rok bez wiosny”. Zaiste. Bez wiosny w kolarstwie, w miłości, w naszym życiu. Ale po wiośnie nadejdzie lato. Zobaczycie.

Marta Wiśniewska