Fot. A.S.O

Tak, dobrze czytacie. A ja sam do końca nie dowierzam, że to piszę. Sam się wściekam na odwołane Strade Bianche, Tirreno – Adriatico, czy Mediolan – San Remo. Drżę na myśl o coraz bardziej realnym zagrożeniu dla Giro d’Italia i wciąż nie dopuszczam do siebie myśli, że ten najradośniejszy z Wielkich Tourów mógłby się w tym roku nie odbyć.

Ale jednocześnie zerkam na ograbiony z części kibiców i drużyn Paryż – Nicea i z każdym dniem dojrzewa we mnie myśl, że na tym ten sezon powinien się chwilowo zakończyć.

Tak, jestem świadomy, że to oznacza straty: dla organizatorów, dla drużyn, dla zawodników, sponsorów, telewizji, w pewnym stopniu również dla mnie samego. Dla kibiców również, choć – paradoksalnie – o nich w tym wypadku martwię się najmniej, licząc po cichu, że w wolnym czasie zrobią coś pożytecznego.

Postulat przerwania kolarskiego sezonu płynie wprost z poczucia odpowiedzialności.

Nie znam się ani na wirusach, ani na matematyce, więc nie będę się wymądrzał na temat tego, czy liczba zarażonych rośnie liniowo czy wykładniczo. Daleki jestem również od ulegania panice i nieszczególnie przeraża mnie wizja, że prędzej czy później epidemia dosięgnie od 20 do 70% populacji. Na daleko posunięte środki ostrożności, wprowadzone w moim miejscu pracy też do tej pory patrzyłem z przymrużeniem oka. Do czasu.

Do czasu, aż przeczytałem artykuł, w którym ktoś wyjaśnił mi jak sześciolatkowi, że w tych wszystkich zabiegach nie chodzi o to, by ograniczyć liczbę zarażonych, bo w przypadku nowego wirusa, na który nie jesteśmy jeszcze uodpornieni, prawdopodobnie i tak w każdym scenariuszu będzie ona taka sama.

Chodzi tu przede wszystkim o to, byśmy wszyscy nie zachorowali w tym samym czasie. Bo tego nie udźwignie żadna służba zdrowia. Nawet ta na najwyższym poziomie i najlepiej zorganizowana. Chodzi o to, byśmy wszyscy stworzyli szansę pomocy tym, którzy jej naprawdę potrzebują.

Kolarstwo lubi się prezentować jako sport społecznie odpowiedzialny. Lubimy mówić o tym, że dbamy o środowisko i odciążamy centra naszych miast. Nie ma więc żadnego powodu, byśmy nie zadbali również o to, by nie obciążać naszych szpitali. Bo ostatecznie odpowiedzialni jesteśmy nie tylko za siebie, ale również za naszych bliskich. Również tych starszych, dla których powikłania po COVID-19 mogą być znacznie bardziej niebezpieczne, niż dla nas.

Odpowiedzialność to nie jest kwestia definicji i sprawdzania, czy impreza spełnia warunki imprezy masowej, albo czy jesteśmy w stanie ograniczyć do 1000 liczbę kibiców i zagwarantować minimalną odległość między nimi. Jeśli kolarstwo istotnie chce być sportem odpowiedzialnym, peleton powinien na jakiś czas rozjechać się do domów.

Bez względu na to, jak bardzo będzie nam przez chwilę żal.