fot. CCC Team/Twitter

W niedzielę Kamil Małecki zakończył Etoile de Besseges – swój pierwszy wyścig w barwach CCC Team. We Francji Polak zaprezentował się ze świetnej strony, zwłaszcza na dwóch ostatnich etapach, które zakończył w czołowej “10”. W rozmowie z nami zdradza m.in jakie uczucia towarzyszyły mu podczas 4. odcinka i czy była szansa na to, by powalczyć wtedy o coś więcej niż świetne 3. miejsce. Zapraszamy do lektury!

Za tobą pierwszy wyścig w barwach CCC Team i trzeba przyznać, że jako drużyna spisaliście się świetnie. Jechaliście aktywnie, kończyliście etapy w czołówce. Jesteście w stu procentach zadowoleni ze swojej postawy, czy jednak czujecie niedosyt związany z tym, że mimo wszystko skończyliście wyścig bez choćby jednego triumfu?

Lekki niedosyt faktycznie jest, bo rzeczywiście, szukaliśmy tego zwycięstwa, bardzo nam na nim zależało. Chyba każdy zespół chce wygrywać, ponieważ to buduje morale. Na szczęście to tylko lekki niedosyt, bo generalnie możemy się cieszyć z tego, co osiągnęliśmy. Przez cały wyścig byliśmy bardzo aktywni, ciągle było nas widać. Dzięki temu skończyliśmy wyścig z dwoma miejscami w trójce, dwoma kolejnymi w dziesiątce i z koszulką najlepszego górala, więc myślę, że możemy być ze swojej postawy bardzo zadowoleni. Swój indywidualny występ również oceniam dobrze. Starałem się zabierać w odjazdy, by jak najlepiej wykorzystać szansę, którą dostałem i chyba mi się to udało.

Też mi się tak wydaje. Zwłaszcza na 4. etapie pokazałeś olbrzymie możliwości. Byłeś zaskoczony tym, że zdołałeś zająć miejsce w trójce?

Zdecydowanie, przecież razem ze mną jechało wielu dobrych zawodników, którzy wielokrotnie pokazywali się ze świetnej strony podczas największych wyścigów świata. Poza tym nie było wcale powiedziane, że uda nam się dojechać do mety. Peleton nie chciał nas odpuścić – mimo ciężkiej pracy nie byliśmy w stanie wyrobić sobie dużej przewagi – przez większość trasy wynosiła ona około dwóch minut, ponieważ z tyłu szło naprawdę wysokie tempo. W sukces zacząłem wierzyć, gdy z głównej grupy dojechała do nas trójka z Team NTT, a od początku był z nami jeszcze Ben O’Connor. Oni narzucili bardzo mocne tempo i nasze szanse na pokonanie peletonu wzrosły. Ben, który pracował na Valgrena narzucił na podjeździe takie tempo, że Duńczyk strzelił, a za nim utrzymaliśmy się tylko ja i Clarke. Gdy ta dwójka zaatakowała, postanowiłem, że nie pojadę za nimi. Nie chciałem przeszarżować – wiedziałem, że to mogłoby się dla mnie źle skończyć. Jechałem równym tempem. Na 500 metrów do mety dopadłem Clarke’a, ale niestety nie starczyło mi pary, by przekroczyć kreskę przed nim. Zająłem 3. miejsce, ale i tak jestem z tego bardzo zadowolony.

Nic dziwnego. Uważasz że przejechałeś perfekcyjny wyścig, czy też dostrzegasz jakieś błędy przez które straciłeś szanse na to by wjechać na metę na 2. miejscu albo nawet wygrać?

O’Connor był zbyt silny, aby go pokonać. A jeśli chodzi o drugie miejsce… to cóż, po wyścigu zawsze można „gdybać”. Być może popełniłem kilka drobnych błędów, jestem młodym kolarzem, to mój pierwszy sezon w World Tourze, więc mogą się one pojawiać. Zresztą nie popełnia ich tylko ktoś, kto nie próbuje.

Myślisz, że to największy sukces w twojej dotychczasowej karierze, czy wyżej stawiasz zwycięstwa w polskich wyścigach, których masz przecież trochę w swoim dorobku?

Wyżej cenię to, co osiągnąłem teraz. Tutaj rywalizowałem z zawodnikami z najwyższej światowej półki – przecież poza O’Connorem i Clarkiem w pierwszej “10” tego etapu znaleźli się choćby Cosnefroy i Bettiol – zwycięzca ostatniego Ronde van Vlaanderen. Zabranie się w tak mocną ucieczkę, z zawodnikami o olbrzymich umiejętnościach, a potem utrzymywanie ich tempa przez długi czas, to dla mnie wielki sukces.

Świetnie poszło ci też na niedzielnej czasówce. Byłeś dziesiąty i znów wyprzedziłeś większość zawodników z czołówki klasyfikacji generalnej. Myślisz, że gdybyś od początku wyścigu jechał z myślą o “generalce” to byłbyś w stanie skończyć go w “10”?

Bardziej skupiałem się na etapach. Drugiego dnia też byłem w ucieczce i grupa doszła nas na 4 kilometry przed metą. Teraz widzę, że jestem w stanie walczyć w takich wyścigach – tę czasówkę pojechałem bardzo fajnie, mimo że czułem jeszcze w nogach etap rozgrywany dzień wcześniej. Może gdyby była trochę dłuższa, to byłoby mi trudniej do końca utrzymywać wysokie tempo, ale na szczęście miała tylko 10 kilometrów. W dodatku kończyła się podjazdem – tak jak lubię najbardziej, co pewnie miało wpływ na to, że po przejechaniu jej znów miałem prawo być zadowolony ze swojej postawy i mam nadzieję, że podobnie będę się czuł po kolejnych startach.

Czy to oznacza, że w kolejnych wyścigach przypominających Etoile de Besseges możemy się spodziewać ciebie walczącego o czołowe lokaty w klasyfikacji generalnej? 

W tym momencie ciężko mi powiedzieć. To zależy od dyrektora sportowego. Jeśli powie mi żebym skupił się na “generalce”, to oczywiście to zrobię. Wtedy dam z siebie wszystko i teraz, po starcie we Francji myślę, że sobie poradzę. Jednak jeśli zostaną mi przydzielone inne zadania, to wtedy przyjmę to bez mrugnięcia okiem i pojadę tak, by być jak najbardziej przydatnym dla drużyny.

A jakie są twoje plany na kolejne tygodnie?

Wyjeżdżam do Hiszpanii, gdzie wystartuję w Vuelta Ciclista a la Región de Murcia. Nie wiem jeszcze, jak będą wyglądać moje zadania w tym wyścigu, czy będę pomagał liderom, czy też dostanę możliwość, by poszukać jakiejś szansy dla siebie. Jestem w dobrej formie, więc myślę, że niezależnie od tego, jak będą wyglądały moje obowiązki, pokażę się z dobrej strony i wniosę do drużyny coś wartościowego. Po powrocie do domu odpocznę trochę od ścigania. Wykorzystam ten czas na regenerację i kolejne ciężkie treningi przed klasykami.

Czyli twoim głównym celem na pierwszą część sezonu będą północne klasyki?

Tak, będę miał okazję wystartować choćby w Brugge-De Panne, które będzie moim pierwszym startem w wyścigu rangi WT w barwach CCC Team.

A jak wygląda kwestia twoich występów w wielkich tourach? Jakie masz szanse na to, by zadebiutować w nich w przyszłym sezonie?

Mam już ustalony wstępny plan kolejne miesiące i na razie jestem na liście rezerwowej na Vuelta a Espana. Jednak do tego wyścigu, podobnie jak do pozostałych wielkich tourów jeszcze zostało sporo czasu, więc wiele może się zmienić. Teraz moja dyspozycja jest bardzo dobra, ale nie wiadomo jak będzie to wyglądać za kilka miesięcy. Na razie podchodzę do tych wyścigów z dużą dozą spokoju. Start w trzytygodniowym tourze to jednak bardzo duży wysiłek, a trenerzy nie chcą od razu rzucać mnie na głęboką wodę, wolą powoli wprowadzać na ten najwyższy poziom.

W zeszłym sezonie byłeś zawodnikiem CCC Development Team, teraz jesteś w dorosłej ekipie. Obie drużyny dzielą dwie dywizje, ale sponsor pozostaje ten sam. Mógłbyś porównać je pod względem organizacyjnym? Są jakieś różnice?

Delikatne różnice na pewno są. Oczywiście w CCC Development Team niczego nam nie brakowało – mieliśmy super obsługę, zaplecze, sprzęt. CCC Team to jest już jednak World Tour, więc organizacja stoi na najwyższym poziomie. 

A jak to wygląda pod względem sportowym?

Wcześniej już zdarzało mi się jeździć w wyścigach razem z ekipami worldtourowymi, więc wiedziałem czego mniej więcej mogę się spodziewać. Oczywiście trochę się obawiałem, bo mimo że przychodziłem z zespołu młodzieżowego, to zmiana dywizji z trzeciej na pierwszą, to zawsze jest jednak duży skok. Tutaj jeździmy wszystkie najważniejsze wyścigi, w ubiegłym sezonie braliśmy udział głównie w tych mniejszych, gdzie jeździli zawodnicy o innych umiejętnościach niż ci z World Touru. 

Jesteś jednym z pierwszych polskich zawodników, którzy nie musieli wyjeżdżać za granicę, by trafić do World Touru. To dużo dla ciebie znaczy? I jaki miało wpływ na twój rozwój?

Jasne, to świetna sprawa. Miałem szczęście, że w wieku 19 lat trafiłem do prokontynentalnego CCC Sprandi Polkowice, gdzie byłem bardzo dobrze prowadzony, a teraz, po pięciu latach mogłem w barwach tej samej ekipy zadebiutować w World Tourze. Nie musiałem wyjeżdżać i borykać się z problemami, jakie przeżywali zawodnicy, którzy jako nastolatkowie musieli odnaleźć się za granicą. Jestem wdzięczny ekipie i sponsorowi za szansę i zaufanie. Mam nadzieję, że dzięki zaangażowaniu naszego sponsora w ekipę młodzieżową i kolarską akademię takich chłopaków jak ja będzie więcej. 

W podobnej sytuacji jak ty jest jeszcze Michał Paluta. A z młodych zawodników przed tym sezonem doszli jeszcze Attila Valter i Georg Zimmermann. Czy to sprawia, że łatwiej było ci się odnaleźć w zespole?

Na pewno to w pewien sposób ułatwia, ale nie ma u nas takiego wyraźnego podziału na młodszych i starszych. Jesteśmy jedną drużyną, każdy sobie pomaga, a atmosfera jest naprawdę świetna. Doświadczeni kolarze, tacy jak Michael Schar czy Greg Van Avermaet często doradzają nam, co zrobić, by poprawić wyniki. 

To z pewnością pomaga w osiąganiu sukcesów. Masz jakieś swoje kolarskie marzenie na kolejne lata?

Super byłoby wygrać jakiś worldtourowy wyścig – nieważne czy byłby to klasyk, czy też wyścig wieloetapowy. Ale to dopiero melodia przyszłości. Aby być w stanie rywalizować z najlepszymi, muszę poprawić swoje umiejętności jazdy po górach. W ostatnim czasie zrobiłem spory progres, ale jest jeszcze trochę do nadrobienia. Dlatego muszę pracować ciężko, ale również mądrze. Jeśli będę to robił, to zwycięstwa prędzej czy później przyjdą. Oczywiście poza tym muszę realizować założenia zespołu, aby ekipa była ze mnie zadowolona. A to jest dla mnie najważniejsze. Dlatego nawet w wyścigach w których nie jestem w stanie walczyć na własny rachunek, daję z siebie wszystko pomagając swoim kolegom osiągnąć jak najlepsze rezultaty.

Rozmawiał Bartek Kozyra