Fot. UCI

Panie ruszyły na trasę Tour Down Under, do startu panów pozostały już właściwie tylko godziny, można zatem nieśmiało ogłosić, że szosowy cyrk Anno Domini 2020 właśnie wystartował.

Jaki będzie? Nie wiem.

I – prawdę powiedziawszy – przynajmniej do końca września nie chcę wiedzieć.

Od czasu do czasu ktoś mnie pyta o moje typy na bieżący sezon. Kto wygra Tour de France? Giro? Vueltę? Kto zostanie mistrzem świata i – w tym roku pytanie chyba najważniejsze – kto ma największe szanse na przywiezienie z Tokio olimpijskie złota?

Popełniłem w jednym z kolarskich magazynów spory materiał o tym jak ten sezon będzie wyglądał, ale starałem się skupić wyłącznie na sprawach natury „organizacyjnej”: jak układa się kalendarz, jakie zmiany zaszły w zespołach, kto zmienił barwy i kto w jakiej imprezie planuje wystąpić. Mam kilku swoich „ulubieńców”, za których będę mocno ściskał kciuki, ale odpowiedzi na pytania o możliwe rozstrzygnięcia uprzejmie odmawiam.

Lubię dać się zaskakiwać i to właśnie ten element najbardziej mnie w sporcie pociąga. Tymczasem łapię się często na tym, że czytając zapowiedź jakiejś ważniejszej imprezy, czytam często długi wywód o tym, kto może wygrać, w jaki sposób i dlaczego. Gdyby dobrze poszukać, to i w niektórych moich własnych tekstach bez trudu można by znaleźć przegląd potencjalnych faworytów (szczęśliwie niejednokrotnie zupełnie nietrafionych).

Po części to zrozumiałe. Mamy dziś dostęp do tak wielu źródeł informacji, że grzechem wydaje się nie spróbować połączyć pozornie odległych kropek.

Ale tęsknię trochę za czasami, kiedy siadałem przed ekranem telewizora kompletnie nie wiedząc, czego się mogę spodziewać. Trzymałem kciuki za „naszych”, cieszyłem się do szaleństwa gdy wygrywali, a kiedy dostawali baty mój żal, a czasem złość, były równie prawdziwe i szczere.

Dziś, jeśli w ogóle zdarzy mi się usiąść przed ekranem w roli kibica, patrzę na widowisko bez entuzjazmu, bo na wiele godzin przed jego rozpoczęciem widziałem co najmniej kilka wskazówek na temat tego, czego powinienem się spodziewać. Nie musiałem ich nawet szukać, bo atakują mnie same w reklamach bukmacherów, które „sprzedając” mi możliwe korzyści z posiadanej „wiedzy” odbierają jednocześnie całą frajdę z bycia zaskoczonym. Być może gdybym grał moje emocje na powrót byłyby szczere, ale ze sportem miałoby to już niewiele wspólnego.

Tkwi ta pokusa prognozowania również w nas, dziennikarzach, często mających dostęp do licznych źródeł, dzięki którym łatwiej nam przewidzieć niektóre możliwe sytuacje. My również powinniśmy pamiętać o tym, by chęć jak najszybszego udostępnienia „newsa” nie odebrała jednocześnie naszym odbiorcom frajdy z ewentualnej niespodzianki.

Piszę zatem ten felieton również jako przestrogę dla siebie, bym nie ulegał zbyt łatwo pokusie przedwczesnego chwalenia się umiejętnością łączenia tych kropek. Bo głęboko wierzę, co w pewnym sensie jest też moim zawodowym drogowskazem, że w sporcie nie tyle chodzi o to, żeby dużo wiedzieć, ale żeby jak najwięcej przeżywać.

Zaś wszystkim czytelnikom NaSzosie.pl życzę u progu tego startującego sezonu jak najwięcej zaskoczeń i wzruszeń. Niech to będzie sezon niespodzianek! Jestem pewien, że wówczas będziemy go chętniej wspominać.