Fot. Assos

Nastała jesień. Długie wieczory, spadające liście, wiatr i melancholia – to słowa, które większość ludzi ma w głowie myśląc o tej zazwyczaj nielubianej porze roku. Szczerze mówiąc, sama kiedyś myślałam podobnie.

Dziś mogę tylko żałować tego, jak wiele straciłam odstawiając rower jesienią. Z kolarskiego punktu widzenia, jest to czas, który powinien być przeznaczony na odpoczynek po sezonie i ,,ładowanie baterii” przed kolejnym pracowitym rokiem. Ale czy regeneracja powinna równać się z pojęciem ,,nic nie robienia”? Zdecydowanie nie.

Przecież jesień potrafi być piękna i nie powinna być kojarzona tylko z deszczem, wiatrem i długimi wieczorami. Pozostając przy takim myśleniu tracimy wiele wspaniałych chwil. Zwłaszcza tego roku była ona zadziwiająco łaskawa pod względem temperatur i ilości słonecznych dni. Ale nawet gdyby zdarzyło się pięć stopni Celsjusza i mżawka, czy to wyklucza wyjście na trening? Nie wierzę, że w kolarskich szafach nie ma cieplejszych rękawiczek i pelerynki od deszczu. Wiadomo, że ubieranie się 15 minut, aby wyjść z domu jest żmudne i potrafi zniechęcić nawet najbardziej zmotywowanych. Jednak, gdy uda się przejść ten najtrudniejszy etap, będzie już tylko lepiej.

Wracając do tego, że jesień jest czasem, w którym możemy sobie pozwolić w dużym uproszczeniu na wszystko, to dlaczego mamy z tego nie skorzystać? Nie trzeba martwić się o średnie pomiary z treningu, generowaną moc czy wynik na niedzielnych zawodach. Odrzucenie większości sezonowych nawyków pozwoli nie tylko odpocząć fizycznie, ale również psychicznie. Przerwa od startowego stresu, presji treningowej i wyników jest bardzo ważna i korzystnie wpływa na nasze nastawienie do uprawianego sportu.

Korzystając z niezależności jaką daje jesień kolarzom, możemy śmiało wybrać się na niedzielną wycieczkę w nieznane i nieodkryte jeszcze przez nas tereny. Możemy poznać wtedy trasy, które zazwyczaj odkładaliśmy w sezonie. Na pewno taka wyprawa korzystnie wpłynie na naszą psychikę, a przy okazji nacieszy nasze oczy i napełni pozytywnymi endorfinami.

W sezonie najczęściej wsiadamy na rower i jedziemy wykonać trening, którego trasa jest z góry zaplanowana. Nie jest w tym raczej nic spontanicznego, a z biegiem czasu zamienia się po prostu w nudną rutynę. Po prostu mamy konkretny cel, którego się trzymamy. Boimy się skręcić w wąską, kusząco wyglądającą dróżkę. Nie zdajemy sobie sprawy jak wiele na tym tracimy. Może jadąc tą nieśmiałą drogą dojechalibyśmy do jednego z najpiękniejszych widoków jakie widzieliśmy w naszym życiu. Czasem warto jest dać się ponieść spontaniczności zamiast podążać utartymi śladami. Nie bójmy się poznawać ciekawych tras. Jazda nowymi ścieżkami przyniesie nam same korzyści, a pokonanie niedostępnych nam wcześniej dróg da nam zastrzyk motywacji. Jeśli baliśmy się spontaniczności w sezonie (bo zaplanowany trening czy inne mniej lub bardziej ważne powody) to jesień wydaje się być na to odpowiednim czasem. Oczywiście w środku tygodnia eksperymentowanie z trasami może być kiepskim pomysłem ze względu na to, że popołudnia są znacznie krótsze. Na tego
typu eskapady najlepszym czasem jest oczywiście weekend. Większe możliwości czasowe pozwolą nam z większym spokojem odkrywać nieznane tereny.

Niedziela rano. Wsiadamy na szosę. Krążymy po okolicznych wioskach nie trzymając się jakiegokolwiek planu. Skręciliśmy już w jakąś prowincjonalną dróżkę i naglę naszym oczom ukazuje się droga gruntowa. Nasza szosa niekoniecznie poradzi sobie z tego typu trudnościami. Mając przed oczami drogę szutrową i rower szosowy w głowie świta zazwyczaj jedna myśl. To zapewne skończy się przebitą oponą. Pamiętam, jak wielokrotnie czułam żal dojeżdżając do końca asfaltu. Nie lubię zawracać. Zwłaszcza, że może kilkaset metrów dalej jest asfalt albo widok zapierający dech w piersiach. W takich chwilach żałuję, że jadę szosą a nie gravel’em. Wtedy z pewnością nic by nie stało na przeszkodzie, aby kontynuować jazdę szutrem czy ubitą leśną ścieżką.

Rower typu gravel wydaje się być świetnym rozwiązaniem dla osób, które cenią sobie niezależność w czasie jazdy oraz nie przykładają wagi do treningowych pomiarów. Może to być także ciekawą alternatywą dla kolarzy podczas jesiennych treningów. W końcu nie każdy lubi przesiadać się na górala, którym jazda jest znacznie bardziej kontuzyjna. Możliwości jakie daje nam gravel bike sprawiają, że nie musimy od razu zamieniać szosy na niekoniecznie lubiane przez szosowców mtb, aby poobcować z naturą. Szersze opony z bieżnikiem sprawią, że nie będziemy ograniczeni tylko do asfaltu. W przypadkach, kiedy przed nami pojawi się szuter będziemy mogli spokojnie kontynuować dalszą jazdę. Polska pod względem dróg szutrowych stoi na całkiem dobrym poziomie. W kompleksach leśnych roi się od tzw. pożarówek. Z resztą, jeśli wybieramy się eksplorować nowe tereny nigdy nie wiemy na jaką drogę natrafimy. Często przeszkodą dla naszym szos może być już sam zły stan asfaltu, który jest niestety częstym zjawiskiem w kraju.

Gravel nie jest na polskim rynku nowością. Większość producentów posiada w swojej ofercie rowery gravelowe i to w przystępnych cenach. Już w okolicach trzech tysięcy złotych możemy kupić sprzęt, który pozwoli nam poruszać się po gorszym asfalcie i szutrowych zakamarkach. W końcu do okazyjnych wypraw czy jesiennych treningów nie potrzebujemy sprzętu klasy mistrzowskiej.

Jesień trwa, a do wiosny jeszcze daleko. Niektórzy już pewnie myślą o kolejnym sezonie i rozpisują swoje plany treningowe. Pamiętajmy jednak, aby w ciekawy sposób wykorzystać ten czas, kiedy możemy pozwolić sobie na dużą swobodę podczas treningów. Nie bójmy się wyszukiwać ciekawych, nieodkrytych tras. Oderwijmy się od rutyny chociaż na czas jesieni. Być może nowe ścieżki okażą się naszą nową ulubiona trasą treningową, a jazda po szutrach pozostanie w pamięci jako wspaniała przygoda. Siedzenie przed kominkiem zostawmy na wieczór. Niech będzie nagrodą po kilku godzinach błądzenia po okolicznych wioskach.