Choć wielu wydaje się, że to Liege-Bastogne-Liege – popularna „Staruszka” jest najstarszym istniejącym wyścigiem w historii kolarstwa, to w kalendarzu można znaleźć przynajmniej jeden starszy wyścig. To Milano-Torino, które dziś rozgrywane jest po raz 100.

Był 1876 rok – 15 lat po zjednoczeniu Włoch. Kolarstwo dopiero raczkowało – pierwszy udokumentowany wyścig odbył się ledwie 8 lat wcześniej w paryskim parku Saint-Cloud. Tyle że liczył sobie tylko nieco ponad kilometr. Na dłuższe ściganie trzeba było czekać do 1869 roku i Paris-Rouen. Jednak to dopiero rozpoczynające właśnie swą historię Milano-Torino miało być pierwszym klasykiem rozgrywanym między dwoma wielkimi metropoliami.

Nic dziwnego, że wyścig spotkał się z olbrzymim zainteresowaniem. Walce kolarzy, którzy zdecydowali się stanąć na starcie przyglądało się 10 000 ludzi. I to pomimo faktu, że było ich zaledwie ośmiu, co w porównaniu do 120 uczestników Paryż-Rouen było wynikiem śmiesznym. W dodatku zaledwie połowa z nich dojechała do Turynu. Najszybciej zrobił to 22-letni Paolo Magretti, któremu pokonanie niespełna 200 kilometrowej trasy zajęło ponad 10 godzin.

Niestety nikt nie zdecydował się na wykorzystanie sporego potencjału drzemiącego w klasyku i jego pierwsza edycja długo była tą ostatnią. Dopiero po wielu latach dostał drugie życie. Tym razem organizatorzy wykorzystali rowerowy szał, jaki wówczas panował. Ten zaczął się, gdy 1885 roku John Kemp Stanley stworzył pierwszy rower stosujący napęd łańcuchowy. Pomysł sprawił, że korzystanie z tego środka transportu stało się znacznie łatwiejsze, więc i ludzie chętniej brali udział w zawodach kolarskich.

Jak grzyby po deszczu zaczęły powstawać kolejne klasyki – m.in. Bordeaux-Paryż, Paryż-Brest-Paryż, czy organizowany do dziś Liege-Bastogne-Liege. W listopadzie 1894 roku dołączyło do nich Milano-Torino. Tym razem wygrał Luigi Airaldi – zaledwie 21-letni włoski kolarz, który w tym samym roku triumfował także w Milano-Luino i Milano-Salsomaggiore. Dwaj kolejni zawodnicy – Giacomo Capella i Luigi Masetti przyjechali do Turynu 15 minut za nim.

Jednak i tym razem wyścig nie utrzymał się zbyt długo w kolarskim kalendarzu. Odbył się jeszcze w 1896 roku, jednak później znów zniknął na wiele lat. Przełom nastąpił dopiero w 7 lat później. W okresie między 1903, a 1917 rajd między Piemontem, a Lombardią odbywał się, z drobnymi wyjątkami, co dwa lata.

Jego zwycięzcami byli wtedy często wybitni kolarze – m.in. Luigi Ganna – pierwszy zwycięzca Giro d’Italia, trzykrotny triumfator Wyścigu Dookoła Lombardii – Gaetano Belloni, czy Constante Girardengo – jedna z najwybitniejszych postaci w historii całego włoskiego kolarstwa, który wygrał tu aż pięć razy i do dziś pozostaje rekordzistą wyścigu. Zawody stały się na tyle popularne, że startowało w nich również wielu zawodników z zagranicy co w tamtym czasie nie było wcale normą.

W dodatku nie jeździli tam tylko w celach treningowych. Podczas gdy Giro d’Italia po raz pierwszy łupem obcokrajowca padło dopiero po II wojnie światowej, Milano-Torino już w latach 20. XX wieku dorobiło się dwóch zagranicznych zwycięzców. W 1917 wygrał Oscar Egg. Szwajcar był jednym z pierwszych kolarzy, którzy mieli na swoim koncie zwycięstwo etapowe zarówno w Giro, jak i w Tour de France.

Natomiast 6 lat wcześniej jako pierwszy na metę w mieście Fiata wjechał słynny Henri Pellisier. Francuz, który w kolejnych latach szalał razem ze swoimi braćmi po rodzimych szosach, w 1911 roku przyjechał do Mediolanu jako młody i bardzo utalentowany zawodnik. Miał 22 lata i notował pierwsze zawodowe starty, a mimo to w większości przypadków nie miał sobie równych. Wygrywał m.in. Giro di Romagna-Toscana i Il Lombardię. Milano-Torino również wygrał, a w kolejnych latach dołożył do tego zwycięstwa w monumentach i w Tour de France. Karierę zakończył w 1926 roku, a równą dekadę później zginął zastrzelony przez zazdrosną kochankę.

Od 1918 wyścig odbywał się już co roku i stanowił świetną próbę generalną przed Mediolan-San Remo, które odbywało się równy tydzień po nim. Skrzętnie korzystało z tego wiele gwiazd światowego peletonu, stąd na liście zwycięzców mamy całą plejadę genialnych kolarzy. Girardengo, Kubler, Bitossi, De Vlaeminck, czy Moser i Saronni – to tylko niektóre nazwiska.

Jednak brakuje na niej choćby kilku wielkich włoskich mistrzów. Choćby Alfredo Bindy, którego najlepsze lata kariery przypadły akurat na czas jednej dwóch dłuższych przerw w rozgrywaniu wyścigów. Albo Gino Bartaliego i Fausto Coppiego, którzy toczyli zaciętą rywalizację na trasach Tour de France, Giro d’Italia, Wyścigu Dookoła Lombardii czy Mediolan-San Remo, a wyścig prowadzący z Mediolanu do Turynu zwykle sobie odpuszczali – Bartali nie wystartował w nim ani razu, natomiast Coppi zadebiutował w nim dopiero w 1954 roku, gdy powoli kończył swoją karierę.

Wyścigu w swoim palmarés nie ma także Eddy Merckx. Słynny Kanibal, który aż siedmiokrotnie wygrywał pierwszy monument sezonu, w okresie przygotowującym go do Primavery zwykle wybierał inne starty i ostatecznie w Milano-Torino wystartował zaledwie raz – w 1974 roku, gdy zajął dopiero czwarte miejsce, za Marcello Bergamo, Franco Bitossim i Rogerem De Vlaeminckiem.

W 1987 zmieniono termin rozgrywania wyścigu na październik. Od tej pory korzystali z niego kolarze przygotowujący się nie do Primavery, a do Il Lombardia. Tyle że długo nad wyścigiem ciążyła klątwa. Przez pierwsze dziesięć edycji po zmianie terminu żaden z jego zwycięzców nie był w stanie powtórzyć sukcesu w Wyścigu Spadających Liści. Ba! Tylko dwóch z nich – Ralf Golz i Stefano Zanini znalazło się później w dziesiątce ostatniego monumentu w sezonie.

Niemoc triumfatorów wyścigu przełamał dopiero Laurent Jalabert, który w 1997 roku ustrzelił dublet. Później wyczyn ten udało się powtórzyć jeszcze Michele Bartoliemu i Thibautowi Pinotowi, który dokonał tego 12 miesięcy temu. Jednak niewiele brakowało, by Francuzowi nie udała się ta sztuka, bowiem w 2008 roku, z powodu braku sponsora, zaprzestano organizacji wyścigu.

Wznowiono ją dopiero w 2012 i od razu spotkał się z zainteresowaniem największych gwiazd kolarstwa. Wzięli w nim udział m.in. Vincenzo Nibali, Joaquim Rodriguez i Alberto Contador. Ostatecznie na metę jako pierwszy wjechał ten ostatni, dla którego tamto zwycięstwo było pierwszym odniesionym w wyścigu jednodniowym.

Niestety w kolejnych latach nie udało mu się już powtórzyć sukcesu. Podobnie jak kolejnym triumfatorom. Najbliżej był Miguel Angel Lopez – który wygrał przed trzema laty, a rok temu szans na zwycięstwo pozbawiła go kraksa z Davidem Gaudu w końcówce i ostatecznie do mety dojechał jako drugi. Tym razem Kolumbijczyk nie stanie na starcie w Magencie, ponieważ uznał, że przyda mu się nieco odpoczynku przed Wyścigiem Dookoła Lombardii.

Zawodnik Astany nie jest wcale wyjątkiem – w dzisiejszym wyścigu udział weźmie zaledwie jeden zawodnik, który ma na koncie zwycięstwo w nim. Zresztą jest nim Diego Rosa, który dziś będzie pewnie pełnił rolę pomocnika Egana Bernala, dlatego jeśli nie zdarzy się nic niespodziewanego, to dziś do listy zwycięzców dołączy nowy zawodnik. Czy będzie nim Kolumbijczyk? A może zaskoczy Gaudu, który w ostatnich dwóch latach przyjeżdżał na najstarszy wyścig świata w topowej formie, a ten sezon jest dla niego najlepszy w dotychczasowej karierze? A może wygra ktoś inny? Cóż, odpowiedź na to pytanie poznamy już za kilka godzin.