Notatki z pobocza. Sukces jest ciągle przed nami.

Bardzo lubię to określenie, które usłyszałem przed laty od mojego szefa.

Lubię je z kilku powodów. Po pierwsze dlatego, że skutecznie chroni przed wpadaniem w niezdrowy samozachwyt, nie negując jednocześnie niczego, co dotychczas udało się już osiągnąć. Można oczywiście powiedzieć, co zresztą często słyszymy w różnego rodzaju refleksjach, wygłaszanych na gorąco po etapach lub wyścigach, że „pracowaliśmy bardzo ciężko, ale niestety dziś się nie udało, więc będziemy pracować jeszcze mocniej, żeby udało się kolejnym razem”. Ale to krótkie zdanie: „sukces jest ciągle przed nami” znacznie lepiej koncentruje się na celu i jest poniekąd zapowiedzią, że ów sukces w końcu przyjdzie. Ten podświadomy optymizm to drugi powód, dla którego lubię to powiedzenie i dość często je stosuję.

Ale lubię je również z tego powodu, że w zależności od kontekstu, to samo zdanie można wypowiedzieć na kilka różnych sposobów.

Na przykład z mieszaniną ironii i zażenowania, kiedy jeden z członków zarządu PZKol pokazuje palcem zawodników Reprezentacji, zmierzających na prezentację podczas Tour de Pologne, oznajmiając z dumą w głosie, że „w ostatniej chwili udało nam się te stroje zamówić i uszyć, bo inaczej nie mieliby w czym jechać”. Nie przeczę: zawsze to jakiś sukces, że kolarze dobrze wyglądają, choć trochę szkoda, że pod względem sportowym doczekaliśmy się zaledwie 8. miejsca Pawła Franczaka na finiszu pierwszego etapu i 50. miejsca Szymona Rekity, najlepszego z naszych reprezentantów (sic!) w klasyfikacji generalnej. A kiedy sobie człowiek przypomni, jakie problemy do rozwiązania ma nasza federacja, to trudno na myśl o nowych strojach nie uśmiechnąć się pod nosem i nie powiedzieć: sukces jest ciągle przed nami.

Z niezrozumieniem, gdy się patrzy na komunikat trenera kadry U23, niewysłanej na wyścig Tour de l’Avenir. Nie do końca jest jasne dlaczego akurat naszym młodym reprezentantom ten start miałby jakoś zaszkodzić, nie szkodząc jednocześnie kolarzom z innych krajów, ale może – cytując klasyka: „w tym szaleństwie jest metoda”? Będziemy mieli okazję przekonać się już we wrześniu, bo podobno opuszczenie najważniejszego startu młodzieżowców miało na celu zwiększenie ich szans w zbliżających się mistrzostwach świata. Może właśnie dzięki temu sukces jest ciągle przed nami? Może nieco bliżej, niż nam się wydaje?

Albo z niedowierzaniem, gdy się patrzy na listę startową, a później na wyniki Memoriału Stanisława Królaka, w którym na urokliwych uliczkach centrum 2-milionowego miasta w środku Europy ścigało się… 22 zawodników elity. Wyścig ukończyło 12 z nich (21 we wszystkich kategoriach), a przecież to nie jest jedyny przypadek imprezy, organizowanej na ulicach naszych miast, w której zabezpieczeniu bierze udział więcej ludzi, niż zawodników, stających na starcie. OK, wystartowało też około 300 amatorów (we wszystkich grupach wiekowych), czyli mniej więcej tylu, ilu w tym samym czasie jechało do Góry Kalwarii na kawę. Choćbyśmy nie wiem jak zaklinali rzeczywistość, sukces jest ciągle przed nami.

Trudno nie wypowiadać tych słów z nutą lekkiego rozczarowania i żalu, patrząc na nieliczne polskie drużyny, startujące w zagranicznych wyścigach. Z jednej strony: dobrze, że chociaż próbują, bo każdy taki start to okazja do zdobywania cennych doświadczeń. Z drugiej: jak na dłoni widać wówczas coraz większą przepaść, jaka nas dzieli od reszty świata. Sukces jest ciągle przed nami, choć tym przypadku sprawia niestety wrażenie, jakby się ciągle oddalał.

Na szczęście zdarzają się również sytuacje, w których w ów zapowiadany sukces przychodzi uwierzyć znacznie łatwiej, na przykład patrząc na poczynania zaplecza ekipy CCC. Wprawdzie większość zwycięstw CCC Development Team to lokalne sukcesy, ale ta dominacja na własnym podwórku daje jakąś nadzieje na to, że z czasem tryumfy przyjdą również w znacznie poważniejszych wyścigach. Z mojej ostatniej rozmowy z Piotrem Wadeckim wyszedłem z silnym przekonaniem, że sukces jest ciągle przed nami, bo choć nie wszystko da się z wyprzedzeniem przewidzieć i nie wszystkim okolicznościom można zawczasu zapobiec, to mimo wszystko widać, że ten pomysł jest spójny, logiczny i konsekwentnie realizowany. Szkoda tylko, że między Tatrami i Bałtykiem jest też właściwie jedyny.

Problem w tym, że gdy się spojrzy na pełen obraz polskiego profesjonalnego kolarstwa, to widok jest raczej ponury. Być może faktycznie sukces jest ciągle przed nami, ale mam poważne obawy, że kiedy minie już czas Kwiatkowskiego i Majki, to na kolejny przyjdzie nam długo poczekać.

Bo być może sukces jest ciągle przed nami, ale byłoby miło mieć na niego najpierw jakiś pomysł. A tego na razie zupełnie nie widać.