W czwartek Jai Hindley świetnie zaprezentował się na etapie z metą w Kościelisku. Obok Jonasa Vingegaarda był prawdopodobnie największym zaskoczeniem odcinka. Natomiast na ostatnim etapie, w przeciwieństwie do Duńczyka zdołał utrzymać się w gronie faworytów, dzięki czemu zajął w naszym wyścigu drugą lokatę.

Oto co powiedział nam chwilę po zakończeniu ostatniego etapu.

Jestem pozytywnie zaskoczony swoim wynikiem, ale też wydaje mi się, że w pełni na niego zasłużyłem. Mocno przygotowywałem się do tego wyścigu, a moja dyspozycja była w ciągu ostatnich kilku dni naprawdę wysoka. Bardzo się cieszę, bo jeszcze nie miałem na swoim koncie równie dobrego występu w World Tourze

– mówi 23-latek. Jego świetny wynik imponuje jeszcze bardziej, gdy weźmiemy pod uwagę fakt, że początkowo wcale nie był on liderem Sunwebu.

Na początku wyścigu nie mieliśmy wyraźnego lidera. Być może troszkę wyżej w hierarchii był Chris Hamilton, ale po tym co wydarzyło się wczoraj zespół postawił na mnie. Mimo wszystko Chris też był w tym wyścigu świetny – zajął 7. miejsce. Dlatego jestem pewien, że obaj możemy wyjechać z Polski z podniesionymi głowami.

Kolarz z Australii zdradził także, jakie są jego kolejne plany na ten sezon.

Po Tour de Pologne wezmę udział w Deutschland Tour, dlatego nie pojadę na Vueltę. Później pewnie pojawię się też w kilku wyścigach jednodniowych. Prawdopodobnie jednym z nich będzie Il Lombardia. Tam pewnie będę pełnił rolę pomocnika, choć jeśli uda mi się wypracować dobrą dyspozycję, to być może dostanę pozwolenie na to, by powalczyć na własny rachunek.

Mimo, że Hindley nie pojawi się w ostatnim wielkim Tourze tego sezonu, to on sam właśnie w trzytygodniowych wyścigach upatruje największe szanse na odniesienie kolejnych, jeszcze większych sukcesów.

Moim marzeniem jest walka w wielkich tourach. Chciałbym kiedyś regularnie startować w nich z myślą o tym, by zająć jak najwyższe miejsce w “generalce”. Oczywiście wiem, że muszę jeszcze poprawić się w praktycznie wszystkich elementach kolarskiego rzemiosła, ale wierzę w to, że kiedyś moje marzenia się spełnią

– kończy utalentowany Australijczyk.